Rządowe propozycje wsparcia to za mało – mówią przedstawiciele branży. I przedstawiają swoje postulaty.
Zwolnienie ze składek na ZUS i wypłata postojowego za listopad plus nowe mikrodotacje – to oferta, jaką restauratorom w piątek złożyło Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii. Ma ona oczywiście związek z wprowadzonym właśnie dwutygodniowym zawieszeniem stacjonarnej działalności lokali gastronomicznych.
‒ To nie jest realna pomoc. To propozycje, które mają na celu zamknięcie ust gastronomii, by nie mówiła, że nic nie zrobiono – komentuje propozycje rządu Jacek Czauderna, prezes Izby Gospodarczej Gastronomii Polskiej. Jego zdaniem rozmowy powinny dotyczyć przede wszystkim planu działania na najbliższe pół roku, a pomoc powinna być dopasowano do tego planu. I musiałaby uwzględniać podział branży na sektory, bo czego innego potrzeba klubom, pubom czy gastronomii w hotelach.
Reklama
‒ Wyślemy rządowi swoje propozycje. Oczekujemy zwolnienia z ZUS w czasie lockdownu, ale też odsunięcia o rok obowiązku wprowadzenia kas online. Chcemy uruchomienia pożyczek płynnościowych, by było z czego opłacić czynsz, ulg na najem lokali od jednostek budżetowych oraz 8-proc. VAT na napoje i żywność. To pozwoliłoby obniżyć ceny, a co za tym idzie – przekonać więcej klientów do jedzenia poza domem – mówi Jacek Czauderna.
Przedsiębiorcy chcą wsparcia, bo – jak tłumaczą – nie doszli jeszcze do siebie. Co prawda rządowa pomoc ograniczyła skalę bankructw, ale działanie w reżimie sanitarnym po odmrożeniu i rosnący strach przed chorobą w ostatnich tygodniach spowodowały, że nie udało się odrobić strat i zgromadzić gotówki, która pomogłaby przetrwać nowe zamknięcie.

Reklama
‒ Bez pomocy państwa i samorządów dochodzić będzie do masowych bankructw – mówi Adam Ringer, prezes Green Caffè Nero. ‒ Nie do końca rozumiem, jak można zapewniać hodowców zwierząt futerkowych o pełnym odszkodowaniu w razie zakazu ich działalności, a jednocześnie do zduszonej pandemią i przepisami gastronomii czy hotelarstwa oraz wielu innych branż wysyłać przekaz: „Teraz radźcie sobie sami”. Do tego dochodzi jeszcze jeden komunikat: „Spłacajcie już od zaraz to, co wam na wiosnę odroczyliśmy, np. składki ZUS” – tłumaczy Adam Ringer.
Maciej Kotecki, założyciel Stowarzyszenia „Przyszłość dla Gastronomii”, dodaje, że rządowe propozycje mogą wystarczyć, o ile teraz lockdown będzie trwał krótko. ‒ Przy dwutygodniowym zamknięciu to się sprawdzi. Pod warunkiem że pomoc wejdzie szybko. Przy dłuższej blokadzie to już będzie za mało, by uratować sektor przed negatywnymi konsekwencjami. Zdecydowaną większość kosztów (70‒80 proc.) generują czynsze. To one stanowią największe obciążenie, dopłata do nich byłaby najlepszym wsparciem – tłumaczy Maciej Kotecki.
Prezes Polskiego Funduszu Rozwoju Paweł Borys podkreśla, że firmy mają spory bufor płynności z tarcz antykryzysowych. – Obecne wsparcie powinno mieć inny charakter, bardziej ograniczony, branżowy i nastawiony też na pobudzenie inwestycji – mówi DGP.
Zdaniem Jakuba Borowskiego, ekonomisty Credit Agricole Bank Polska, wszystko wskazuje na przyjęcie przez rząd strategii tzw. długotrwałego pełzającego lockdownu – czyli zamykania i otwierania konkretnych branż w rytm pandemii. ‒ W naszych scenariuszach zakładamy, że będzie to występowało z mniejszą lub większą intensywnością do końca marca przyszłego roku. Bo biorąc pod uwagę coroczny przebieg infekcji grypowych, to szczyt zachorowań na COVID-19 będzie w I kw. 2021 r. ‒ mówi ekonomista. A to, jego zdaniem, będzie miało duże znaczenie dla poziomu konsumpcji, która już teraz będzie spadać w porównaniu z III kw.
‒ Nie wyobrażam sobie, że rząd teraz wprowadzi ograniczenia na 2‒3 tygodnie, a potem wszystko otworzy. Nie ma takiej możliwości – ocenia Jakub Borowski.
W branży gastronomicznej zaburzenia konsumpcji wywołane pandemią widać jak na dłoni. Z bankowych danych o transakcjach kartami płatniczymi wynika, że sprzedaż w restauracjach w pierwszej połowie października wyraźnie zaczęła spadać, coraz mocniej odstając od tzw. wzorca sezonowego. Największy polski bank, czyli PKO BP, raportował, że w tym okresie stanowiła ona ok. 80 proc. tego, co w pierwszym tygodniu marca. Tak samo zrobione porównanie sprzed roku pokazuje, że w październiku ruch w restauracjach stanowił 120 proc. przeciętnych marcowych obrotów.
‒ Już od kilku dni widać było wyraźnie obniżoną aktywność w tej części gospodarki. Z dnia na dzień wydatki konsumentów były coraz niższe. Oczywiście ten spadek nie jest tak głęboki jak wiosną, ale zobaczymy, co będzie za tydzień. Choć dziś nie wydaje się, żeby było aż tak źle, jak podczas pierwszego lockdownu – mówi Marta Petka-Zagajewska, ekonomistka banku PKO BP.
Nie ma jeszcze dokładnych danych, w jakim stanie branża gastronomiczna wyszła z pierwszego zamknięcia. Wchodziła w nie z niemal 70 tys. działających lokali – tak wynika z ostatnich dostępnych danych GUS. Z czego jedna czwarta zatrudniała dziewięć osób i więcej, i odpowiadała za 26 mld zł rocznych przychodów, czyli ponad połowę całości. Prawdopodobnie to właśnie największe restauracje miały też największy udział w zatrudnieniu, bo w 2018 r. pracowało w nich 213 tys. osób. Jeśli szacunki branży, wskazujące na zejście z rynku ok. 10 proc. firm po pierwszym lockdownie, są trafne, to można zakładać, że z jesienną falą będzie się zmagać ok. 63 tys. lokali. Niemniej jednak wpływ tego sektora na cały wzrost gospodarczy nie jest duży. Marta Petka-Zagajewska zwraca uwagę, że w wartości dodanej całej gospodarki restauracje i hotele mają ok. 1,7 proc. udziału.
‒ Negatywny wpływ może się uwidocznić na rynku pracy. Ale trzeba pamiętać, że to specyficzny segment, w którym stosowano dość elastyczne formy zatrudnienia. Ludzie pracujący w restauracjach często łączyli tę pracę z innymi aktywnościami, np. z nauką – mówi ekonomistka.