Jedno pandemia zmieniła na pewno: utylizacja długu publicznego przez bank centralny przestała być tematem tabu.
Reklama
W połowie marca, na początku „zamrożenia”, Europejski Bank Centralny (EBC) ogłosił Pandemic Emergency Purchase Programme (Nadzwyczajny Pandemiczny Program Zakupu). W jego ramach EBC kupił papiery dłużne krajów strefy euro najciężej doświadczonych przez koronawirusa. W marcu, w ramach pierwszej transzy, zakupy opiewały na kwotę 750 mld euro. W czerwcu doszło do tego kolejne 600 mld euro.
Co z tymi długami zrobić? Coraz więcej ekonomistów ma na to pytanie prostą odpowiedź: nie domagać się ich spłacania. Oczywiście eksperci i co bardziej rozgarnięci politycy wiedzą, że dopóki długu nie trzeba spłacać w obcej walucie, bank centralny może taką operację przeprowadzić jednym kliknięciem. Ani nie zadrży od tego ziemia, ani z okien we frankfurckiej siedzibie EBC nie wypadną szyby. Taka propozycja jeszcze do niedawna uchodziła za tabu. Dziś dyskusja o niej toczy się już na całego.
Belgijski ekonomista Paul De Grauwe, wykładowca London School of Economics, uważa, że nie tylko wolno, lecz nawet trzeba długi utylizować. W świeżej pracy na ten temat (napisanej wspólnie z Sebastianem Diessnerem) obala po kolei argumenty przeciwników aktywnej roli banku centralnego w zwalczaniu kryzysu. Warto prześledzić jego tok rozumowania.

Reklama
Najpierw De Grauwe i Diessner mierzą się z przekonaniem, że taka polityka pozbywania się długu publicznego grozi inflacją, a nawet hiperinflacją. Zaczynają jednak od przypomnienia, że tym, co dziś naprawdę grozi strefie euro, nie jest wysoka inflacja, lecz deflacja. Wzrost cen w eurolandzie wyniósł w maju 0,1 proc.; dla porównania w lipcu 2008 r. wynosił 4,1 proc. Według szacunków MFW inflacja wyniesie 0,23 proc. w 2020 r. i 0,98 proc. w 2021 r. Załóżmy teraz – powiadają De Grauwe i Diessner – że próbujemy zutylizować za pomocą banku centralnego całe zadłużenie publiczne istniejące w strefie euro. W zależności od przyjętego scenariusza przełoży się to na wzrost inflacji w o 4–6 proc. przez okres od 4 do 6 lat. I to nie natychmiast, lecz dopiero wtedy, gdy gospodarka wróci na ścieżkę stabilności, czyli ok. 2022 r. Czy te 4–6 proc. to aż tak wysoka cena, by dziś nie ratować krajów, którym grozi wpadnięcie w pułapkę recesji, biedy, bezrobocia i politycznej destabilizacji?
Argument drugi, z którym mierzą się ekonomiści, dotyczy legalności aktywnej roli banku centralnego w zwalczaniu zadłużenia strefy euro. Prawo unijne faktycznie zostało napisane w zachowawczy sposób, a jego autorom przyświecał liberalny sposób myślenia o gospodarce. Istnieją dwa sposoby wyjścia z tej pułapki: albo decyzja polityczna, sprowadzająca się do uznania, że w nowych czasach trzeba użyć nowych rozwiązań, albo droga legalistyczna, czyli szukanie kruczków prawnych, by zmieścić się w granicach obowiązującego unijnego prawa. Licząc, że sądy konstytucyjne nie pokrzyżują planu. De Grauwe i Diessner sugerują ten drugi sposób.
Trzeci argument przeciwko utylizacji długu jest natury ekonomicznej: bank centralny nie jest magicznym drzewem, na którym rosną pieniądze. To odmiana starego powiedzenia, że „nie ma darmowych obiadów”. Tutaj dochodzimy jednak do zmian w myśleniu ekonomicznym, które zachodzą na naszych oczach. A konkretnie do popularyzacji myślenia szkoły MMT (nowoczesnej teorii monetarnej), która przypomina, że w świecie pieniądza fiducjarnego (opartego na wierze) banki centralne dysponują pełną dowolnością w emitowaniu własnego pieniądza. Ta możliwość powinna być wykorzystana w takich momentach jak obecny kryzys.
Ekonomiczni konserwatyści zapytają pewnie: a co, jeśli kryzysowe rozwiązania zostaną z nami na zawsze? De Grauwe i Diessner odpowiadają na to, że temu służy właśnie niezależność banku centralnego. „Niezależność – piszą – nie polega na tym, że nigdy nie podejmuje się działania. Jej sensem jest decydowanie, kiedy należy działać, a kiedy działać nie trzeba. Wszystko to mając na uwadze aktualne okoliczności dziejące się w prawdziwym świecie”.
Dziennik Gazeta Prawna
Niezależność banku centralnego – piszą De Grauwe i Diessner – nie polega na tym, że nigdy nie podejmuje się działania. Jej sensem jest decydowanie, kiedy należy działać, a kiedy działać nie trzeba. Wszystko to mając na uwadze aktualne okoliczności dziejące się w prawdziwym świecie