Koronawirus nie tylko wyłączył gospodarkę, wpychając ją w objęcia recesji. Sprawił także, że coraz mniej wiemy o jej faktycznym stanie. Najlepszym przykładem są problemy z pomiarem zmian cen.
ShutterStock
W połowie maja Główny Urząd Statystyczny będzie musiał podać wskaźnik za kwiecień. Ale jak ustalić zmianę ceny, gdy nie ma sprzedaży? Żeby w pełni zrozumieć, z czym się teraz mierzą pracownicy GUS, musimy wiedzieć, jak do tej pory liczyli oni inflację. Podstawa to mieć informacje, jak ludzie dzielą swoje wydatki na poszczególne towary i usługi, co kupują najczęściej i gdzie. Strukturę wydatków bierze się z badań budżetów domowych, przeprowadzanych co rok na losowo wybranej grupie 30 tys. gospodarstw. Tak powstaje tzw. koszyk inflacyjny, czyli zestaw towarów i usług w określonych proporcjach. Dzięki temu GUS wie, że – na przykład – na żywność i napoje w przeciętnym polskim domu przeznacza się jedną czwartą budżetu, a na restauracje i hotele idzie trochę więcej niż co dwudziesta złotówka. Podobnie na kulturę i rekreację. Na tej podstawie tworzy się wagi – co oznacza, że w koszyku ceny żywności mają większe znaczenie niż np. stawki za nocleg w hotelu.
No ale żywność żywności nierówna. GUS musi więc wiedzieć, jakie towary w poszczególnych kategoriach Polacy kupują najczęściej. Dowiaduje się tego z badań budżetów gospodarstw domowych, ale również czerpie wiedzę z innych źródeł, np. od sieci handlowych, z ekspertyz branżowych, raportów itd. Tak powstaje tzw. lista reprezentantów, czyli towarów i usług o cechach reprezentatywnych dla danej kategorii. To zmiany ich cen są potem mierzone. Lista jest długa i się rozrasta, w 2019 r. GUS zbierał informacje o 230 tys. cen miesięcznie. Żywność ‒ to 72 tys. pozycji.
Na koniec trzeba jeszcze wiedzieć, jak technicznie GUS to robi. Co prawda wykorzystuje coraz częściej tzw. big data czy sięga po informacje bezpośrednio od sprzedawców, ale nadal głównym źródłem są dane zbierane przez ankieterów. Ci, między 5. a 22. dniem każdego miesiąca, odwiedzają wybrane punkty sprzedaży i wklepują ceny do swoich tabletów. Takim punktem może być zarówno duży supermarket, jak i mały kiosk.
I teraz najważniejsze: zarówno koszyk inflacyjny, jak i lista reprezentantów aktualizowane są raz w roku. System wag obowiązujący w 2020 r. to pokłosie badań struktury wydatków z roku 2019. Innymi słowy, jeśli w inflacji ceny żywności stanowią dziś 25,24 proc., to znaczy dokładnie tyle, że średnio polska rodzina wydawała na jedzenie i napoje w ubiegłym roku taką część swojego budżetu. A już np. na noclegi w hotelach i posiłki w restauracjach szło przeciętnie 6,12 proc. wszystkich wydatków.
Ta częstotliwość zmian w koszyku inflacyjnym i na liście reprezentantów jest pewną ułomnością w mierzeniu inflacji od zawsze, bo, w pewnym sensie, jej fundamentem zawsze są dane historyczne. Ale wcześniej można było patrzeć na to przez palce, bo zwyczaje konsumenckie zmieniały się powoli. Tym razem jednak może być inaczej. Wybuch epidemii i sposób walki z nią dość brutalnie zmieniły to, co i jak kupujemy. I w bardzo krótkim czasie. To, co było średnim standardem dla 2019 r., w kwietniu 2020 r. zapewne już nie obowiązuje. Z informacji o transakcjach opłacanych kartami płatniczymi, ale też z danych GUS o sprzedaży detalicznej wiemy już, że konsumenci kupują znacznie mniej ubrań i butów niż rok temu. Po pierwsze dlatego, że galerie handlowe, w których wiele odzieżowych sieciówek ma swoje sklepy, są po prostu zamknięte. A po drugie, gdy siedzisz w domu, to najnowsza wiosenna kolekcja odzieżowa interesuje cię w ograniczonym zakresie. Mówiąc wprost, udział cen ubrań w inflacji obecnie może być zbyt duży w stosunku do tego, ile Polacy wydają na ubrania. A ponieważ załamanie branży widać gołym okiem (sprzedaż i produkcja niektórych ubrań spadły o połowę), to zapewne firmy, które ją reprezentują, będą walczyły obniżkami cen, by przyciągnąć klientów, zaniżając inflację mierzoną na bazie danych o wydatkach z poprzedniego roku.
Odwrotnie może być z żywnością i lekami. To jedyne kategorie towarów, których sprzedaż rosła. Żywność na dodatek drożeje i wiele wskazuje na to, że będzie drożeć (m.in. z powodu suszy). Ale na oficjalną inflację, ze względu na zaniżoną wagę z poprzedniego roku, będzie się to przekładało słabiej, niż mogłoby. Chyba że ludzie, bojąc się o swoją przyszłość, będą kupować produkty tańsze niż dotychczas. Ale to też niedobrze, bo ankietera GUS obowiązuje ustalona wcześniej lista reprezentantów.
Kolejny kłopot to przeniesienie się dużej części handlu do internetu. GUS już wcześniej stosował tzw. wagi wewnętrzne dla kategorii towarów i usług, których część sprzedawana jest przez e-commerce. Przede wszystkim dlatego, że ceny w sieci tych samych towarów są niższe niż w sklepach stacjonarnych. Te wewnętrzne wagi były więc czymś w rodzaju korekty dla obliczania zmian cen. Ale teraz mogą być one już nieaktualne. Na przykład według Polskiego Standardu Płatności, operatora systemu BLIK, w tegorocznym przedświątecznym tygodniu wartość transakcji w sieci była dwukrotnie większa niż przed świętami 2019 r.
I na koniec problem największy: jak mierzyć zmiany cen, gdy nie ma sprzedaży. Przecież całe gałęzie usług zostały wyłączone, a dotyczy to takich segmentów, jak restauracje i hotele czy turystyka. Ile kosztuje wycieczka, której nie ma, a ile niesprzedany obiad? A co z zamkniętymi galeriami handlowymi? Urząd oficjalnie przyznaje, część cen trzeba po prostu oszacować. I zakres tych oszacowań będzie szczególnie duży już w kwietniu, gdy lockdown potrwa zapewne pełny miesiąc.