Brakuje nam nie tylko respiratorów, lecz także trzeźwego myślenia. Jeśli chcemy wyjść z kryzysu obronną ręką, musimy wybrać właściwych przewodników.
ikona lupy />
Magazyn DGP 27 marca 2020 / Dziennik Gazeta Prawna
Nie tak miało być. Gdy w 166 r. rzymscy legioniści powracali do domu z dalekiej Mezopotamii po potyczkach z Partami, Imperium było w rozkwicie. Nikt nie przypuszczał, nawet żadna stęskniona żona, że niosą ze sobą coś więcej niż zwycięstwo. A nieśli VARV – wirus z rodziny pokswirusów (duże, o skomplikowanej budowie) wywołujący ospę prawdziwą. Epidemia, która wówczas wybuchła, trwała 25 lat, zabijając ok. 5 mln mieszkańców. Wskaźnik śmiertelności sięgał 25 proc. W samym Rzymie okresami notowano 2 tys. zgonów dziennie. Choroba powaliła nawet Lucjusza Werusa, cesarza i dowódcę, który pokonał Partów.
Epidemia ospy była jednym z najważniejszych wydarzeń, jakie przyczyniły się do upadku Rzymu. Przeszła do historii jako plaga Antoninów, od nazwy rządzącego w czasie jej trwania cesarskiego rodu. Dlaczego o tym przypominam? Żeby zdezawuować zagrożenie z powodu koronawirusa SARS-Cov-2, pokazując, że inni, dawniej, mieli gorzej? Nie. Chodzi o to, by pokazać, że nawet w trakcie kataklizmu, który paraliżuje całą cywilizację, można zachować trzeźwość umysłu. Zrobił to przecież cesarz Marek Aureliusz, który podczas zarazy współrządził Rzymem z Lucjuszem Werusem. I zostawił po sobie instrukcje, jak to zrobić. Są one zawarte w „Rozmyślaniach” – klasyce literatury filozoficznej, wykładni praktycznego stoicyzmu. To bogate w treść 57 stron o tym, jak uodpornić się na szaleństwo. Teraz, jeszcze bardziej niż zwykle, potrzeba nam takich intelektualnych kompasów. Wybór właściwych autorytetów to konieczność, jeśli chcemy jako jednostki i wspólnota wyjść z kryzysu obronną ręką.

Do zwariowania jeden krok

Samotność zabija. Dosłownie. Z szacunków Julianne Holt-Lunstad, profesor psychologii i neuronauki na Brigham Young University w USA, wynika, że ryzyko śmierci wśród osób samotnych bywa wyższe nawet o ok. 26 proc. w porównaniu do reszty populacji. Więcej jest w tej grupie również zawałów serca, nowotworów czy przypadków niewydolności nerek. Oczywiście mowa tu o długotrwałym poczuciu osamotnienia, ale istnieją dowody, że i krótkie okresy izolacji mogą znacznie pogorszyć nasze zdrowie. Wraz z wybuchem pandemii koronawirusa doświadczamy zaś ich wszyscy, chociaż w różnym stopniu. Ci mieszkający samotnie bardziej niż ci mieszkający z kochającymi rodzinami. Izolacja będzie mieć tym poważniejsze konsekwencje zdrowotne, im bardziej zagubieni i niepewni swojej przyszłości będziemy się czuli, a zagubienie i niepewność będą tym silniejsze, im więcej... informacji do nas dotrze. A już teraz dociera ich zatrzęsienie – dzięki social mediom. Fizycznie rozdzieleni, łączymy się ze światem wirtualnie, jeszcze ściślej i intensywniej niż zwykle. Facebook to marny erzac prawdziwego kontaktu z drugim człowiekiem, chcemy jednak – z braku laku – wycisnąć z niego jak najwięcej. Człowiek to zwierzę społeczne, co nie jest kwestią wyboru, lecz ewolucyjnego uwarunkowania.
Chociaż wymiana myśli staje się wyjątkowo wartka, to przepustowość i wydajność naszego umysłu pozostaje ograniczona. Wiele idei, które chłoniemy, jest głupich i niebezpiecznych; to plotki, kłamstwa, przeinaczenia, a w najlepszym razie rzeczy nieistotne, które należałoby odsiać. To jednak staje się coraz trudniejsze. W efekcie nie wiemy już, czy wierzyć bardziej memowi, który mówi nam, że lekarstwem na COVID-19 są dożylne wlewy z witaminy C, czy profesorowi wirusologii, który przekonuje, że prace nad odpowiednimi lekami i szczepionką dopiero trwają. Nie umiemy rozstrzygnąć, kto ma rację w sporze o testy, maseczki, nadchodzącą recesję i tarczę antykryzysową. Nie jesteśmy w stanie oszacować, czy rozsądniejsze są przestrogi, by nie wychodzić z domu, nawet na spacery, czy może wierzyć raczej zachętom do „niepanikowania” i traktowania życia tak, jakby nic się nie zmieniło. To nie są abstrakcyjne dywagacje, lecz sprawy kluczowe dla naszego praktycznego funkcjonowania. Musimy umieć się w nich orientować, a tymczasem zatracamy tę zdolność. Bośmy głupi? Nie. Jak wszyscy jesteśmy po prostu niedoskonali, co objawia się najpełniej właśnie w okresie emocjonalnego przeciążenia. Jeśli biernie się mu poddajemy, sami siebie wpędzamy w stany lękowe i depresję.
Ale wcale nie musi tak być. Możemy uporządkować swoje myśli i rozjaśnić umysł. Krok pierwszy to wyłączyć internet, by celowo i świadomie odwrócić się od świata i skupić na sobie, bo – jak pisze Marek Aureliusz – „nigdzie nie schroni się człowiek spokojniej i łatwiej, jak do duszy własnej”. Choćby i chwilowy spokój, który możemy osiągnąć w trakcie introspekcji, to niezbędny warunek wyrobienia w sobie umiejętności wychwytywania sygnału z informacyjnego szumu, konieczny do podejmowania dobrych decyzji. Ale niewystarczający. Obok „Rozmyślań” Marka Aureliusza trzeba sięgnąć także po współczesną literaturę. Wiedza o ludzkim umyśle w ciągu 1800 lat od śmierci słynnego stoika bardzo się rozwinęła i grzechem zaniechania byłoby z niej nie korzystać. Gdy to piszę, patrzę na książkę grubszą niż „Zbrodnia i kara” Fiodora Dostojewskiego: to „Pułapki myślenia” prof. Daniela Kahnemana, psychologa behawiorysty, który tak mocno wpłynął na teorię ekonomii, że nagrodzono go za to w 2002 r. Nagrodą Nobla w tej dziedzinie.

Zabójcze instynkty

Główną zasługą Kahnemana i innych behawiorystów jest rozprawienie się z modelem homo economicusa, człowieka kalkulującego, skrajnie egoistycznego, który zawsze podejmuje racjonalne decyzje maksymalizujące użyteczność. Otóż nie są one zawsze takie racjonalne, bo często – a właściwie to nieustannie – wpada on w tytułowe „pułapki myślenia”. Behawioryści wyliczają ich około 50 – wśród nich m.in. heurystykę dostępności. Heurystyka dostępności to mechanizm służący do szybkiej oceny istotności danego zjawiska, polegający na przypominaniu sobie zjawisk podobnych. Zapytani o prawdopodobieństwo przeprowadzenia ataku terrorystycznego na kilka dni po takim zdarzeniu bylibyśmy skłonni ocenić je jako bardzo wysokie. Zapytani w listopadzie 2019 r. o prawdopodobieństwo wybuchu pandemii i globalną recesję wiosną 2020 r. ocenilibyśmy je jako niską, bo ostatnie pandemie miały miejsce przed pięciu (ebola) i 11 laty (H1N1, czyli świńska grypa). Ale heurystyka dostępności nie jest z gruntu nieskuteczna – przeciwnie, mechanizm ten zazwyczaj działa, ukształtował się właśnie ze względu na praktyczną skuteczność w życiu powszednim. Jednak gdy się myli, to myli się grubo, co często ma tragiczne konsekwencje.
Dociekania behawiorystów nie tylko wskazują na niedoskonałości naszego umysłu (byłaby to obserwacja banalna), lecz dokładnie je opisując, dają narzędzia do ich niwelowania. Pozwalają zarówno „poznać siebie”, jak i siebie doskonalić. W efekcie możemy na własną rękę, bez sięgania do zewnętrznych opinii, sensownie wyjaśnić problemy, które nas dzisiaj trapią. Niektórzy pytają np., dlaczego na wiele chorób zakaźnych nie wynaleziono szczepionek, a jednocześnie odpowiadają, że ich epidemie trwały po prostu zbyt krótko, popyt szybko wygasał i badań nie opłacało się kontynuować. To jednak tylko część wyjaśnienia. Człowiek uzbrojony w wiedzę behawioralną będzie wiedział, że popyt spadał w wyniku wpisanej w ludzkie zachowania nadmiernej skłonności do optymizmu. To tzw. efekt palacza: „Może i palę papierosy, a palenie powoduje raka, ale nie u mnie!” Dlatego rozumujemy: „Epidemia się skończyła, nie ma sensu inwestować w ubezpieczenie od kolejnej albo w badania nad szczepionką. Nawet jeśli wybuchnie nowa, to będzie dotyczyć sąsiada, nie mnie. Lepiej kupić akcje Tesli, bo te przecież nieustannie rosną”. Taki optymizm wzmacniany jest efektem nadmiernej pewności siebie. Ludziom wydaje się zazwyczaj, że wiedzą i potrafią więcej niż w rzeczywistości. 90 proc. amerykańskich kierowców uważa, że ich umiejętność prowadzenia auta jest ponadprzeciętnie wysoka, a 68 proc. profesorów wyższych uczelni sądzi, że pod względem zdolności do przekazywania wiedzy plasują się w gronie 25 proc. najlepszych pedagogów. Po prostu lubimy samych siebie poklepywać po plecach. Zdając sobie sprawę z własnych przywar, łatwiej jest nam orientować się w ognistych debatach prowadzonych przez znajomych i nieznajomych w internecie.
Tam, gdzie dostrzegamy zbytnią pewność siebie, zapala nam się ostrzegawcza lampka i skuteczniej wychwytujemy bzdury – i to nawet jeśli wypowiada je wybitny naukowiec, taki jak prof. Cass Sunstein z Uniwersytetu Chicagowskiego. Ów specjalista od behawioralnego „szturchania” (czyli kształtowania postaw) 28 lutego w artykule „The Cognitive Bias That Makes Us Panic About Coronavirus” (Poznawcze skrzywienie sprawiające, że panikujemy z powodu koronawirusa) stwierdził, że środki ostrożności, takie jak odwoływanie lotów czy unikanie rejonów, w których występują ogniska choroby, są zbędne. Bagatelizując ryzyko zakażenia koronawirusem, przyrównał je do zwykłej grypy. 28 lutego w USA liczba zdiagnozowanych przypadków infekcji wynosiła 60; gdy piszę te słowa (24 marca) – ok. 50 tys. To wzrost 833-krotny, do którego przyczynił się sam Sunstein. Nadużył swojego autorytetu, wypowiadając się o dziedzinie, w której nie ma specjalizacji, a jego pewność siebie uczyniła go ofiarą pułapek myślenia zdefiniowanych przez jego kolegów po fachu.

Nie taki czarny ten łabędź

Sunstein dał się zwieść „instynktowi prostej linii” – powiedziałby, gdyby jeszcze żył, Hans Rosling, szwedzki lekarz medycyny i autor „Factfulness”, kolejnej obowiązkowej lektury na czas izolacji. To przystępne kompendium wiedzy o tym, jak oprzeć nasze myślenie na myśleniu, a nie zwodniczych instynktach. Rosling wyróżnia ich dziesięć. Instynkt prostej linii to przekonanie, że dane zjawiska będą narastać w sposób liniowy, a nie skokowy. Przewidywalnie i powoli, a nie zaskakująco i szybko. Przyrost zachorowań na „koronę” okazał się jednak skokowy: ich liczba regularnie i szybko ulega podwojeniu. Jakie to może mieć efekty? Rosling tłumaczy: „Według legendy Bóg Kryszna poprosił o jedno ziarenko ryżu na pierwszym kwadracie szachownicy, następnie o dwa na drugim, cztery na trzecim, itd. Gdy doszedł do ostatniego z 64 pól, miał już 18446744073709551615 ziaren, co wystarczy do zakrycia powierzchni Indii warstwą o grubości 75 cm”. Oczywiście „nieskończony" przyrost zachorowań w przypadku wirusa jest możliwy tylko w idealnych dla niego warunkach, czyli np. gdy ludzie dają posłuch takim ekspertom jak Sunstein.
To jest ich więcej? Tak. Ot, choćby prof. John P.A. Ioannidis, wybitny skądinąd epidemiolog z Uniwerystetu Stanforda, który w artykule „Fiasco in the Making” przekonuje, że radykalna reakcja na pandemię koronawirusa może być w skutkach gorsza niż sam wirus. Brzmi rozważnie? „Twierdzenie, że panika jest objawem głupoty, samo jest objawem głupoty” – przekonuje z kolei Nassim Nicholas Taleb. Jeśli słyszałeś o czarnych łabędziach, szczególnie rzadkich wydarzeniach, które zmieniają bieg historii, to właśnie Taleb je opisał. Tytuły jego książek: „Czarny łabędź”, „Zwiedzeni przez losowość”, „Antykruchość” jasno wskazują na specjalizację tego naukowca: to człowiek od probabilistyki i statystyki. Ioannidis zna się na wirusach, ale Taleb zna się na ryzyku i bada je nie w odniesieniu do wyidealizowanego świata matematyki, a do złożonej, nieidealnej i wielowymiarowej rzeczywistości.
Autorytetem na czas pandemicznej niepewności jest więc raczej Taleb niż Ioannidis. Umiejętność doboru autorytetów do danej problematyki jest kluczowa dla pozostania przy zdrowych zmysłach w czasie izolacji, ale paradoksalnie ta izolacja daje nam czas na jej wykształcenie u siebie. Dlaczego zatem Taleb uważa panikę, czyli przesadzone reakcje na kryzys, za wskazaną? Tłumaczy to w tekstach „Ethics of Precaution” (Etyka ostrożności) oraz „Systemic Risk of Pandemic via Novel Pathogens – Coronavirus” (Systemowe ryzyko pandemii generowane przez nowe patogeny – koronawirus). W pierwszym wyjaśnia, że jeśli ryzyko zakażenia koronawirusem dla jednostki jest niższe niż w przypadku innych chorobów, to panika jest dla niej „irracjonalna”. Ale przecież społeczeństwo nie jest prostą sumą jednostek i zachowania indywidualne generują inne jakościowo efekty dla kolektywu niż dla poszczególnych ludzi. Ze względu na to brak „irracjonalnej” paniki u ludzi wzmoży rozprzestrzenianie się patogenu, udrożniając społeczne kanały transmisji. Wskaźnik R, czyli zdolność reprodukcji SARS-Cov-2, wynosi minimum 2,2, co oznacza, że każdy zakażony poczęstuje wirusem więcej niż dwie kolejne osoby. Gdyby Sunstein i Ioannidis się nad tym zastanowili, doceniliby prewencyjne znaczenie paniki, przymusowej izolacji i społecznego dystansowania. Ich przekonanie, że pandemię da się pokonać, stosując nieinwazyjne metody, to – zdaniem Taleba – „naiwny empiryzm”. „Historyczne dane o tempie rozprzestrzeniania się pandemii nie doszacowują dzisiejszego problemu ze względu na drastyczne zacieśnienie się kontaktów międzyludzkich w globalnej skali” – przekonuje specjalista od probabilistyki.
Wiarygodność Taleba rośnie, gdy przyjrzymy się, co pisał w już 2010 r. w książce „Czarny łabędź”: „Globalizacja przenosi nas w domenę ekstremistanu (dynamicznych, wymykającym się uśrednieniu i trudno przewidywalnych zjawisk – red.). Większe środowiska są po prostu bardziej skalowalne niż mniejsze. (...) Im częściej podróżujemy, tym ostrzejsze będą epidemie. Dostrzegam ryzyko pandemii bardzo dziwnego wirusa”. Ale Taleb „przewidział” ryzyko pandemii nie dlatego, że jest prorokiem. Po prostu sięgał po właściwe źródła wiedzy i traktował je poważnie. Wirusolodzy już od ponad dwóch dekad ostrzegali, że w naturze istnieją śmiertelne wirusy, które tylko czekają, by zmutować do postaci zdolnej przenosić się od człowieka do człowieka. Wspominany Rosling, a nawet Bill Gates, wielokrotnie starali się wpoić tę wiedzę rządzącym. Bez skutku – i stąd antykryzysowe działania rządów przypominają teraz błądzenie po omacku. Część koronawirusowych zgonów jest tego rezultatem, więc gdy opadnie pokoronawirusowy kurz, a izolacja się skończy, rozliczenie tej politycznej dezynwoltury będzie obywatelską koniecznością. Niewyciągnięcie wniosków z obecnej sytuacji oznacza, że kolejny, bardziej śmiertelny wirus naprawdę rozłoży świat na łopatki. Znając idee Taleba, będziemy odporni na argument, że koronawirus to był po prostu czarny łabędź, którego nie można było przewidzieć, a więc i przygotować się na jego pojawienie. Czarny łabędź to katastroficzne w skutkach zdarzenie, ale tak rzadkie, że sama jego możliwość jest nie do pomyślenia. Możliwość pandemii była do pomyślenia – nie było wiadomo, który wirus zmutuje do wywołującej ją postaci, ale było wiadomo, że jakiś prędzej czy później zmutuje.

Nie zmarnować tego kryzysu

Do czego zmierzam? Rahm Emanuel, szef gabinetu byłego prezydenta USA Baracka Obamy, o kryzysie finansowym z 2008 r. mówił: „Nie powinno się pozwalać, by poważny kryzys się zmarnował. Powinniśmy w tym czasie robić rzeczy, których osiągnięcie wcześniej było nie do pomyślenia”. Chociaż taka deklaracja w ustach polityka zwiastuje raczej niebezpieczeństwo (zapewne zechce umocnić swoją władzę), to w odniesieniu do działań jednostki jest całkiem rozsądną poradą. Zamknięci w czterech ścianach naszych domostw, zamiast poddawać się zagubieniu i bezradności albo bezpłodnemu gaworzeniu pod tym czy innym wpisem fejsbukowym, powinniśmy robić to, czego w innej sytuacji, np. z braku czasu, nie bylibyśmy w stanie. W skrócie: powinniśmy budować naszą intelektualną, a więc i duchową odporność na życiowe zawieruchy. Nie chodzi tu o naukę biernej akceptacji wyroków fortuny. Owszem, Aureliuszowy stoicyzm podkreślał, jak wiele z tego, co nas spotyka w życiu, jest poza naszym wpływem i radził, by świadomość tego była dla nas pocieszająca. Ale ta postawa wynikała w dużej mierze z tego, że ludzie antyku nie dysponowali ani narzędziami, ani wiedzą, którymi my dysponujemy dzisiaj. Byli bardziej bezradni. Dzięki postępowi cywilizacyjnemu wzrosła nasza sprawczość i w wielu dziedzinach wyroki losu przestały być nieodwołalne. Ospa prawdziwa, która być może (są takie spekulacje) zabiła także samego Marka Aureliusza, dzisiaj nie stanowi już zagrożenia – mamy na nią szczepionkę. To zaś, że pandemia koronawirusa była do przewidzenia, stanowi w istocie wielkie pocieszenie. A więc można było coś zrobić! Jeśli czegoś nie zrobiono, był to ludzki błąd. Ludzkie błędy można naprawiać.
Oto niezbędna poprawka, którą trzeba wnieść do wspanialej filozofii stoicyzmu. Jestem pewien, że Marek Aureliusz by ją zaakceptował. Być może nawet przestałby wołać „precz z książkami!” – bo przecież stoickie przekonanie, że badanie siebie samego jest warte więcej niż książki, także należałoby dzisiaj zrewidować. Dzisiaj badanie siebie samego może być dzięki właściwym książkom płodniejsze i głębsze niż dawniej. I do tego w tym odrobinę filozofującym tekście namawiam: do spokojnej introspekcji, uważnej lektury, nieśpiesznego namysłu. To nie tylko skuteczne środki przeciwbólowe na samotność, lecz także droga do tego, żebyśmy – jako jednostki i jako społeczeństwa – wyszli z tego kryzysu cało, a do tego znacznie mądrzejsi.
Jest to porada równie banalna, co trudna w realizacji. Wymaga skupienia i działania na własną rękę, bez oglądania się na innych. Ale w praktyce może to być wręcz przyjemne. Aureliusz pisze: „(...) Pamiętaj, że z przyrodzenia masz moc do zniesienia wszystkich dolegliwości, bo uczynić je znośnymi i łatwymi do pokonania zależy od sądu, który sam wydajesz, a to, jeżeli pomyślisz, że czynić je takimi jest dla ciebie i korzyścią, i obowiązkiem”. Niech zatem nasz smartfon i pecet jeszcze przez chwilę będą odłączone od sieci.
Taleb wyjaśnia, że jeśli ryzyko zakażenia koronawirusem dla jednostki jest niższe niż w przypadku innych chorób, to panika jest dla niej „irracjonalna”. Ale przecież społeczeństwo nie jest prostą sumą jednostek i zachowania indywidualne generują inne jakościowo efekty dla kolektywu niż dla poszczególnych ludzi. Ze względu na to brak „irracjonalnej” paniki u ludzi wzmoży rozprzestrzenianie się patogenu