Prezydent Donald Trump jednym ze swoich największych politycznych wyzwań uczynił zmniejszenie nierównowagi handlowej USA z Chinami. Większość komentatorów jest przekonana, że plan się nie powiedzie. Ale ostatnio pojawiły się głosy, że nawet jeśli plan Trumpa wypali – i trwająca amerykańsko-chińska wojna celna zakończy się sukcesem Waszyngtonu – to i tak będzie to pyrrusowe zwycięstwo.
Najpierw podsumujmy fakty. Stany Zjednoczone są wciąż największą światową gospodarką. Na drugim miejscu jest, liczona jako całość, Unia Europejska. Na trzecim Chiny, na czwartym Japonia. Gdyby rozbić UE na pojedyncze kraje członkowskie, to największą wspólnotową gospodarką są oczywiście Niemcy – numer pięć na liście z 2019 r. Państwa ze sobą handlują, wymieniając się za pieniądze przeróżnymi dobrami. W ten sposób tworzą się między nimi bilanse handlowe. Gdy w jednym szczególnie popularne – z powodu jakości, ceny lub dostępności etc. – są towary z innego, i zasada ta nie działa w obie strony, tworzy się handlowa nierównowaga. Coś takiego wydarzyło się w ciągu ostatnich dekad pomiędzy Ameryką a Chinami. W latach 2010–2014 deficyt handlowy USA wobec Państwa Środka sięgał 1,3 proc. całego amerykańskiego PKB.
Reklama
Magazyn DGP 28 lutego 2020 / Dziennik Gazeta Prawna
Ten deficyt jest od lat ważnym tematem debaty politycznej w Stanach. Zaczęto go przedstawiać w dwóch wymiarach. Po pierwsze, jako zagrożenie geopolityczne. W Waszyngtonie pojawiło się przekonanie, że oto w trzy dekady po pokonaniu Związku Radzieckiego Ameryce urósł dużo groźniejszy konkurent. Groźniejszy, bo co roku rosnący również dzięki temu, że się na kontaktach handlowych z Waszyngtonem bogaci (sprzedaje więcej niż kupuje). Po drugie, zaczęto mówić o ekonomicznych skutkach handlowego deficytu. Choćby o tym, że jest on spowodowany trwałymi zmianami w strukturze amerykańskiej wytwórczości. Czyli – mówiąc krótko – że firmom z USA bardziej opłaca się przenieść produkcje do Chin lub w ogóle wycofać się z wielu sektorów, niż robić te wszystkie rzeczy w Ameryce. Bo w Chinach można je kupić taniej. Oba te czynniki doprowadziły administrację Trumpa do decyzji o rozpoczęciu wojny celnej z Chinami, czyli zniechęceniu Amerykanów do kupowania pochodzących stamtąd produktów.
Sęk jednak w tym, że relacje amerykańsko-chińskie nie wyczerpują całego tematu. Jeśli bowiem popatrzeć na bilans handlowy USA z innymi krajami, to znajdziemy tam sytuacje przeróżne. Ameryka miała w omawianym okresie kilku partnerów, od których kupowała więcej niż im sprzedawała. Były to (w porządku malejącym) Meksyk, Kanada, Japonia, Niemcy, Korea Południowa, Wielka Brytania, Tajwan czy Włochy. Tu deficyt nie był już tak wielki, jak w przypadku Chin – nie wykraczał poza 0,5 proc. PKB. Ale z Francją, Brazylią czy Holandią Ameryka odnotowała w latach 2010–2014 handlową nadwyżkę. Miała ją również z grupą mniejszych krajów określonych w zestawieniu jako reszta świata. Plusy sięgały 0,2–0,3 proc. amerykańskiego PKB.
W tym miejscu do gry wchodzą ekonomiści Alejandro Cuñat (Uniwersytet Wiedeński) i Robert Zymek (Uniwersytet Edynburski). W swojej nowej pracy stworzyli model pozwalający oszacować skutki amerykańsko-chińskiego konfliktu taryfowego. Ich zdaniem, plan Trumpa wypali o tyle, że za pewien czas uda się prawdopodobnie ograniczyć deficyt handlowy z Chinami mniej więcej o połowę (do 0,7 proc. PKB). Ale z deficytem jest trochę tak, jak z wypełnioną po brzegi walizką, którą postać z kreskówki próbuje domknąć: jak domknie z jednej strony, to rzeczy wypadają z drugiej. Cuñat i Zymek szacują, że obniżenie deficytu w handlu z Chinami zwiększy go np. w relacjach z Meksykiem czy Japonią.
Stanie się tak dlatego, że pod rządami Trumpa zmianie nie uległa struktura gospodarcza USA. Nie będzie przecież tak, że towary kupowane dotąd w Chinach zaczną być znów robione w Ameryce. Po prostu będą kupowane od innych. W tym sensie polityka Trumpa może mieć znaczenie jedynie symboliczne – Chiny będą rosnąć w relacjach handlowych z Ameryką wolniej niż dotąd. Ale problemów społecznych wywołanych w Ameryce przez globalizację to nie rozwiąże.
Nie będzie przecież tak, że towary kupowane dotąd w Chinach zaczną być znów robione w Ameryce. Po prostu będą kupowane od innych. W tym sensie polityka Trumpa może mieć znaczenie jedynie symboliczne – Chiny będą rosnąć w relacjach handlowych z Ameryką wolniej niż do tej pory