Wszyscy się zgadzają, że bez innowacji Polska pozostanie montownią Europy. A jednocześnie ani instytucje państwowe, ani przedsiębiorcy nie rozumieją, że jednym z najskuteczniejszych impulsów dla wynalazców są nagrody.
Magazyn 14 lutego 2020 / Dziennik Gazeta Prawna
"Rozwiąż problem” – nie wiem, kto w warszawskim Centrum Nauki Kopernik wymyślił ten konkurs, ale musi to być ktoś z głową na karku. Od tego miesiąca można zgłaszać pomysły na rozwiązanie „dowolnego problemu w Twojej okolicy”. Nie musi on zostać „całkowicie zlikwidowany – wystarczy, aby przestał być uciążliwą przeszkodą”. Zwycięzcy otrzymają nagrody pieniężne. Świetnie, prawda? Wreszcie ktoś skuszony sowitą gratyfikacją wymyśli, jak szybko i tanio pozbyć się smogu, korków na ulicach, kolejek w przychodniach i kłamstwa w mediach.
Reklama
Tyle że... tak się nie stanie (prawdopodobnie). Konkurs adresowany jest do dzieci i młodzieży w wieku 8–19 lat, a nagrody finansowe są zbyt małe (maksymalnie 3,5 tys. zł), by uruchomić prawdziwie kreatywne myślenie. Szkoda. I to nie jest pretensja do CNK, a do polskiej mentalności („Kopernikowi” należą się wręcz gratulacje za to, że się z niej wyłamuje).
Wszyscy zgadzają się i od wielu lat trąbią z uporem maniaka, że bez innowacji Polska nie uniknie pułapki średniego wzrostu, utknie jako montownia Europy, a jednocześnie nikt na poziomie instytucji państwowych, samorządowych ani nawet na poziomie inicjatywy prywatnej nie rozumie, że jedną z ulubionych potraw innowatorów są... marchewki. Marchewki, czyli nagrody przyznawane za rozwiązanie mniej lub bardziej palących problemów, działają jak magnes na ukryte w wielu z nas opiłki talentu. Mogą wydobyć wybitnego innowatora nawet z dziecka. My jednak, zamiast zdrowej diety marchewkowej, fundujemy przedsiębiorczym i innowacyjnym Polakom fast-foody grantów. A i tak specjalnych osiągnięć innowacyjnych jako kraj nie notujemy. Czas odwrócić myślenie. Nagradzajmy się!

Reklama

Niewidzialny słupek A

Z tymi innowacyjnymi dziećmi to nie żart. Na przykład Alaina Gassler, 14-latka z West Grove w Pensylwanii, opracowała w zeszłym roku sposób na zmniejszenie liczby wypadków samochodowych w USA o 840 tys. rocznie. Najpierw zauważyła, że jej mama nie lubi jeździć samochodem. Konkretnym – rodzina posiada jeepa grand cherokee, w którym słupek A (część nadwozia samochodu pomiędzy przednią szybą a przednimi drzwiami) istotnie ogranicza widok na to, co się dzieje na drodze. Szacuje się, że właśnie te martwe punkty są przyczyną 840 tys. wypadków. Matka Alaine bała się, że w końcu sama go spowoduje. Dziewczynka za pomocą kamery internetowej, projektora, drukarki 3D i materiału odblaskowego skonstruowała mechanizm, który sprawia, że słupek nadwozia staje się przezroczysty. Chociaż Alaine swoją innowację zamierza dopiero sprzedać któremuś z koncernów motoryzacyjnych (kontaktowała się m.in. z Teslą), to już zarobiła na nim – bagatela – 25 tys. dol. Została bowiem uhonorowana nagrodą przez Henry’ego Samueliego, szefa produkującej półprzewodniki firmy Broadcom Inc., który ufundował konkurs Broadcom Masters na najbardziej innowacyjne projekty z zakresu nauk przyrodniczych, technologii, inżynierii i matematyki. Organizowany jest już od dekady i młodzież z całych Stanów wie, że przy odrobinie sprytu, inteligencji i pracy może uszczknąć część z 6 mln dol., które Samueli (który sam jest wynalazcą – ma 75 patentów) przeznaczył na ten cel.
Konkursy dla młodych pionierów to element szerszego trendu. Chociaż sama idea nagród dla wybitnych jednostek narodziła się jeszcze w antyku, to – jak piszą ekonomiści Petra Moser i Tom Nicholas w pracy „Prizes, Publicity and Patents” (Nagrody, rozgłos i patenty) – dopiero dzisiaj „nagradzanie innowatorów stało się popularnym narzędziem do pobudzania innowacji w medycynie, naukach o środowisku czy innych ważnych społecznie dziedzinach”. Dawniej wyróżniano przede wszystkim herosów wojennych, a nie nowe idee. W Egipcie za wybitne osiągnięcia militarne przyznawano Order Złotej Muchy, zasłużonych rzymskich legionistów obdarowywano ozdobnymi naramiennikami, a królewskie ordery były potwierdzeniem szlachectwa. Nowe, burzące status quo idee sekowano, o czym świadczą losy otrutego cykutą Sokratesa czy spalonego na stosie Giordano Bruno. Oderwanie się nagród od „krwi, potu i łez” wojny nastąpiło dopiero w XVII w., gdy zaczęto nimi honorować artystów i naukowców. W 1660 r. powstało w Anglii Towarzystwo Królewskie, które przyznawało wyróżnienia za specjalne osiągnięcia w naukach przyrodniczych, a w 1780 r. powstał jego odpowiednik za oceanem, Amerykańska Akademia Sztuk i Nauk. W XIX w., kiedy świat Zachodu rozkwitał dzięki rewolucji przemysłowej, zaczęto także doceniać przedsiębiorców – odznaczano ich m.in. na rozmaitych targach i pokazach (Moser i Nichols w swojej pracy analizują wpływ nagród na poziom innowacyjności, biorąc za punkt odniesienia te przyznane w 1851 r. na londyńskich targach Crystal Palace Exhibition).
Z czasem pojawiły się też nagrody mające stymulować innowacyjność. „W zamian za stworzenie nowych sposobów rozwiązywania gospodarczych i społecznych problemów, innowatorom obiecuje się określoną kwotę pieniężną i publiczny rozgłos“ – piszą ekonomiści Bruno S. Frey i Jana Gallus w książce „Honours versus Money: The Economics of Awards” (Zaszczyty versus pieniądze: ekonomia nagród). Dzięki takim wyróżnieniom powstał m.in. zegar morski, umożliwiający określanie długości geograficznej. Wynalazł go w XVIII w. John Harrison w odpowiedzi na konkurs ogłoszony przez brytyjski parlament. Podobna nagroda zainspirowała też Charlesa Lindbergha do podjęcia w 1927 r. pierwszej udanej próby przelotu między Ameryką a Europą bez lądowania. Za swoje osiągnięcie otrzymał wtedy 25 tys. dol. (równowartość 367 tys. dol. w 2019 r.) od przedsiębiorcy hotelowego Raymonda Orteigi.
O ile jednak kiedyś konkursy o charakterze proinnowacyjnym były rzadkie, o tyle dzisiaj są powszechne i coraz lepiej projektowane.

Naukowe Oscary

„Wymyśl coś, a na pewno ktoś już daje za to nagrodę“ – przekonuje w jednym z artykułów prof. Karim Lakhani z Harvard Business School, który pracował przy ponad 650 konkursach dla innowatorów. Ma rację. Dzisiaj nagrody przyznają wszyscy: rządy, przedsiębiorcy i NGO-sy.
Jeśli chodzi o te państwowe, to najaktywniejsze na tym polu są oczywiście Stany Zjednoczone. „Od 2010 r. amerykańska administracja zorganizowała w sumie tysiąc konkursów, w których wzięli udział zarówno studenci i hobbyści, jak i przedsiębiorcy oraz naukowcy” – czytamy na stronie Challenge.gov, która pełni funkcję oficjalnego hubu konkursowego. Celami trwających obecnie konkursów są m.in. poprawa funkcjonowania lotnisk, stworzenie skutecznej aplikacji do poszukiwania pracy dla weteranów wojennych czy poprawa stanu infrastruktury wodociągowej. Wysokość nagród waha się od kilku do kilkuset tysięcy dolarów.
W przypadku prywatnych przedsiębiorców najbardziej znaną nagrodą dla wynalazców i odkrywców jest obecnie Breakthrough Prize, swoiste „naukowe Oscary”, które zainicjował rosyjski miliarder i inwestor Yuri Milner (założyciel Mail.ru), a finansują je m.in. Siergiej Brin (twórca Google’a), Mark Zuckerberg (założyciel Facebooka) i Jack Ma (szef Alibaby). Biznesmeni są znacznie hojniejsi niż Fundacja Nobla – laureaci otrzymują po 3 mln dol., a nie „zaledwie” milion. A więc dość silną motywację do dokonywania przełomów w medycynie, matematyce czy medycynie (nagradzane dziedziny).
Jeszcze więcej, bo 10 mln dol., zaoferowała wynalazcom w 1996 r. XPRIZE Foundation, organizacja założona przez greckiego lekarza i futurologa Petera Diamandisa. Cel był konkretny. Nagrodę miał otrzymać ten, kto jako pierwszy wystrzeli w przestrzeń kosmiczną statek osobowy wielokrotnego użytku. W 2004 r. zgarnął ją Burt Rutan, konstruktor SpaceShip One, pierwszego prywatnego załogowego statku kosmicznego w dziejach. Dzisiaj wszyscy spece od międzygwiezdnych podróży zgadzają się, że XPRIZE istotnie przyśpieszyła prace nad podbojem kosmosu. Fundacja ogłasza kolejne konkursy celowe, w których pula nagród jest coraz wyższa. Oferuje np. 20 mln dol. za stworzenie technologii, która „przekształci emisje CO2 z elektrowni i fabryk w wartościowe produkty”, albo 10 mln dol. za technologie służące utrzymaniu bioróżnorodności w lasach deszczowych. Listy innych atrakcyjnych konkursów dla innowatorów można znaleźć z łatwością w sieci, m.in. na stronie Ideaconnection.com, a ich łączna wartość może zbliżać się dzisiaj do miliarda dolarów. „Może”, bo ostatni raport na ten temat opublikowano w 2009 r. (zrobił to McKinsey). Szacowano ją tam na 375 mln dol., z czego 250 mln to nagrody ogłoszone między 2000 a 2009 r. Wiadomo też, że między 2010 a 2016 r. kolejne 220 mln dol. dorzucił do puli rząd amerykański.
Chociaż brak pewnych danych, to wiele wskazuje, że nagrody będą wciąż zyskiwać na popularności. To bodźce, a – jak mawiają ekonomiści behawioralni – „bodźce mają znaczenie” („incentives matter”). Bodziec jednak bodźcowi nierówny. Pod pewnymi względami nagrody są skuteczniejsze niż inna grupa klasycznie stosowanych proinnowacyjnych bodźców – patenty. Lepiej służą rozprzestrzenianiu się nowych idei w społeczeństwie. Idee to produkt, ale produkt wyjątkowy. Są dobrami „nierywalizującymi” – z jednej siekiery może korzystać w tym samym czasie tylko jedna osoba; z jednej idei korzystać mogą jednocześnie wszyscy ludzie. Ale o ile „naturalnie” istnieje masa dobrych powodów, by pożytecznych idei było jak najwięcej, o tyle „naturalnie” nie istnieją odpowiednie bodźce do tego, by one powstawały. Dlaczego? Każdy może idee tanio albo nawet bezkosztowo replikować. Wynalazca, który inwestuje czas i pieniądze, by je wytworzyć, może nie mieć nawet szansy, by na tym skorzystać finansowo. Inni go szybko złupią. A nie każdy zaś innowator chce działać pro publico bono.

Bodźcowanie

Nawet najbardziej altruistyczny geniusz chce mieć ze swojej pracy coś poza satysfakcją. Patenty, czyli tymczasowy monopol na korzystanie z wytworzonych przez siebie idei, mają mu to zapewnić – ale właśnie kosztem społeczeństwa. Istnieją tego trzy główne powody. Po pierwsze, idee opatentowane są gorzej dostępne: kosztują więcej, bo monopolista zawyża ceny. Po drugie, wolniej się rozprzestrzeniają, bo monopolista sprzedaje drogo licencje, jeśli w ogóle to robi. I po trzecie, prawo patentowe może być wykorzystywane do blokowania innowacyjnej działalności rywali, bo monopolista może opatentować użycie technologii cząstkowych, które są mu niepotrzebne, ale są konieczne do rozwijania konkurencyjnych rozwiązań.
Dobrze zaprojektowane proinnowacyjne nagrody usuwają te problemy, oferując wynalazcom zwrot z inwestycji. Może nie być to zwrot tak imponujący, jak gdyby z miejsca dostali patent, ale jest to przynajmniej zwrot natychmiastowy i – dla zwycięzcy – pewny. Co więcej, nagroda nie wyklucza późniejszego opatentowania wynalazku, skłania jednak do udostępniania go innym po niskiej cenie (może być to wpisane w regulamin konkursu jako warunek przystąpienia).
Kolejna zaleta proinnowacyjnych nagród to ich skonkretyzowanie, które pozwala kierować wysiłki utalentowanych osób na ściśle określone cele – i to nie tylko o czysto komercyjnym, rynkowym charakterze, lecz także na cele niekomercyjne, co do których rangi panuje społeczny konsensus, np. na walkę ze skutkami zmian klimatu albo z biedą. Weźmy „Wyzwanie Graingera”, które rzuciła wynalazcom wspólnie prywatna Fundacja Graingera i think thank Amerykańska Narodowa Akademia Inżynierii. Celem (wycenionym na milion dolarów) było wynalezienie sposobu na oczyszczanie wód gruntowych z arszeniku, aby zwiększyć dostęp do wody pitnej w krajach takich jak Bangladesz czy Indie. Brak wody pitnej to tam olbrzymi problem. Nagrodę zdobył w 2007 r. chemik Abul Hussam za opracowanie taniego w budowie i właściwie darmowego w utrzymaniu systemu filtrów. Rozwiązanie Hussama stosowane jest do dzisiaj.
Nagrody za realizację konkretnych celów mają także istotną przewagę nad subsydiami czy preferencyjnymi pożyczkami na innowacje: z definicji nie mogą zostać zmarnowane. Żeby otrzymać nagrodę, trzeba stworzyć coś społecznie wartościowego. Żeby otrzymać dotację, trzeba przekonać urzędnika. Nagrody mogą być też od subsydiów tańsze, a dodatkowo szacuje się, że dobrze skonstruowany konkurs może zmobilizować inwestycje prywatne będące czterdziestokrotnością wartości puli pieniędzy do rozdania. Nagroda warta milion to 40 mln inwestycji! Mogą też być przyznawane przez organizacje dowolnego typu, wielkości i zasięgu, prywatne i publiczne, a także przez pojedyncze osoby. Na przykład wybitny inżynier programista, jeden z pionierów współczesnej informatyki, Donald Knuth oferuje mikronagrody (po 2,56 dol.) każdemu, kto znajdzie błędy w jego książkach o programowaniu. Napisał ich 25, premii rozdał niemal tysiąc.
Nagrody dają miejsce na eksperymentowanie i różnorodność, a ich wpływ na rzeczywistość bywa często zaskakujący. Gdy w 1863 r. ogłoszono konkurs na wytworzenie nowego rodzaju kul bilardowych (te z kości słoniowej były coraz droższe), nie spodziewano się, że doprowadzi to do wynalezienia tworzywa, które da początek olbrzymiemu przemysłowi plastikowemu (celuloidu). Kolejną korzyścią z przyznawania nagród promujących innowacyjność jest to, że mogą one służyć do zwiększania efektywności pracowników firm. Doceniając ich pomysły na usprawnienie działania firmy, pracodawca uznaje ich podmiotowość, której poczucie w zglobalizowanej gospodarce często zanika. Wszystkie wielkie koncerny zdają sobie dzisiaj z tego sprawę i stosują różnego rodzaju premie za pomysłowość i zaangażowanie.
Największą jednak zaletą nagród na tle innych form wspierania innowacyjności jest to, że tworzą i propagują kulturę, w której ceni się inicjatywę i przedsiębiorczość. Jak przekonuje Deirdre McCloskey, wybitna historyk ekonomii, najlepiej rozwijają się społeczeństwa, które darzą szacunkiem osoby wyjątkowe – a nagrody przecież uczą doceniać wybitne jednostki, roztaczając wokół nich nimb geniuszu i niezwykłości.

Co może zrobić państwo?

Niestety, kultura osiągnięć i kreatywności w Polsce wciąż jest w powijakach. Owszem, cenimy i wspominamy (słusznie) osoby, które walczyły o naszą wolność, hołubimy sportowców, takich jak Kamil Stoch czy Robert Lewandowski, chętnie też oświecamy znajomych z zagranicy, że Kopernik, Chopin i Skłodowska-Curie to jednak Polacy. Ale to wszystko dzieje się w kontekście historycznym, nie wynosimy na piedestał ani naszych współczesnych wynalazców, ani przedsiębiorców. Nasza znajomość ich nazwisk kończy się zwykle na nieżyjących już kardiologu Zbigniewie Relidze i neurobiologu Jerzym Vetulanim albo na Rafale Brzosce z paczkomatowego Inpostu (choć ten ostatni jest równie często chwalony, co wyklinany). Ile osób słyszało natomiast o Marcie Karczewicz, nominowanej w zeszłym roku do Nagrody Europejskiego Wynalazcy, współautorce standardu AVC, czyli powszechnie używanego dziś sposobu na kodowanie obrazu wysokiej jakości i transmisji telewizyjnej w cyfrowych platformach satelitarnych? A o genetyku Krystianie Jażdżewskim, który obniżył cenę diagnostyki onkologicznej? Stawiam dolary przeciw orzechom, że niewielu. Winę ponosi za to częściowo brak konkursów promujących takie osoby. Organizowany przez naszą redakcję konkurs „Eureka! DGP – odkrywamy polskie wynalazki” należy do wyjątków. Z kolei tytuły „Człowieka roku” czy „Przedsiębiorcy roku” przyznawane są często i gęsto przez różne organizacje już od początku lat 90., ale mają charakter skrajnie uznaniowy, często wynikają z kalkulacji politycznych i towarzyskich koneksji, a ponadto przyznaje się je niejako za „całokształt” działalności. Nie stawiają konkretnych pytań, nie prowokują do rozwiązania konkretnych problemów. Za światełko w tunelu można uznać różnorakie konkursy dla start-upów, w ramach których wyróżnia się młodych przedsiębiorców tworzących cenne innowacje. Pewną aktywność na tym polu wykazują też niektóre miasta, np. Gdańsk, czy uczelnie wyższe. Jednak również one nie mają zwykle celowego charakteru, a oferowane kwoty nie są zwykle wystarczająco wysokie, by dać im rozgłos i zbudować renomę. Zapewne gdyby poczekać odpowiednio długo, i u nas pojawią konkursy stymulujące innowacyjność poprzez wyznaczanie konkretnych zadań. Ale czy stać nas na cierpliwość? Jako państwo wydajemy rocznie setki milionów złotych w ramach wsparcia innowacyjności w sposób „klasyczny“, czyli rozdzielając dotacje. Czy nie można tego, choćby częściowo, zmienić? Instytucją, która mogłaby to zrobić, jest Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. Skoro już wydaje pieniądze (np. w ramach konkursu „Szybka ścieżka” jest aż 1,2 mld zł do rozdysponowania), niech wydaje je mądrzej. Konkretnych problemów o różnej skali trapiących Polskę jest dużo – zdiagnozowanie i opisanie niektórych z nich, a potem zachęcenie innowatorów do opracowania rozwiązań w ramach konkursów wydaje się dobrym pomysłem. W USA to się udaje.
Oczywiście, nie można premiowania innowatorów sprowadzać tylko do celu i wartości oferowanych nagród. Eksperci podkreślają, że należy dbać o wiarygodność, czyli o przejrzystość zasad przyznawania pieniędzy i niskie ryzyko korupcji; konieczne jest także, a może przede wszystkim, zbudowanie prestiżu i dobry PR konkursu, gdyż wyróżnienie ma znaczenie, jeśli przyznaje ją ktoś (osoba albo instytucja), kto cieszy się uznaniem i szacunkiem oraz jest w jakimś sensie wyjątkowa (np. nie można oferować zbyt wielu nagród, bo nastąpi ich dewaluacja). W skrócie: rząd może skutecznie ustanowić nagrody, jeśli instytucje działają sprawnie.
Jest jasne, że nagradzanie innowatorów nie da natychmiastowych efektów. Z dnia na dzień nie staniemy się pod względem innowacyjności równi Izraelowi czy Korei Południowej. Nagrody to nie panaceum na wszystko, ale mogą okazać się brakującym ogniwem w budowaniu w Polakach ambicji. Arystoteles pisał, że „doskonałość to sztuka wygrana przez trening i przyzwyczajenie”, dodając, że „jesteśmy tym, co robimy wielokrotnie. Doskonałość nie jest aktem, ale nawykiem”. Nagrody mogą w nas dążenie do doskonałości obudzić.