Chińska ścieżka rozwoju jest atrakcyjna jedynie dla biednych państw, których rola w światowej gospodarce jest marginalna. Podobnie było z ZSRR. Kuba mogła być pod sowieckim wpływem, ale Meksyk – nie. Chinami może inspirować się Korea Północna, ale już nie Wietnam czy Malezja.
Nie wierzy pan w podawane oficjalnie tempo rozwoju Chin...
Nikt, kto miał do czynienia z Chinami, w to nie wierzy. Wśród ekonomistów zajmujących się tym zagadnieniem panuje pewien konsensus – szacując na podstawie danych z importu i eksportu, mówią, że obecny wzrost wynosi od 3 do 5 proc. PKB rocznie. Nawet takie różnice nie są jednak zbyt znaczące w długoterminowej perspektywie.
Reklama
Oznacza to, że gospodarka chińska zwalnia?
Chiny na przestrzeni lat przyzwyczaiły się do wzrostu na poziomie ponad 10 proc. w skali roku, więc spadek jest dość znaczny. Ale o ile w przypadku Stanów Zjednoczonych czy Unii Europejskiej PKB jest najważniejszym wskaźnikiem, o tyle nie jest tak w przypadku chińskiej gospodarki, ponieważ w takim modelu znacznie łatwiej osiągnąć wysokie parametry poprzez tworzenie całkowicie niewydajnych procesów. Na przykład Chiny wciąż produkują olbrzymie zasoby stali, powodując nadwyżkę szacowaną na 100 mln ton rocznie. By uzmysłowić sobie, ile to jest, wystarczy powiedzieć, że prawie tyle, ile zużywają całe Stany Zjednoczone. Podobnie jest z innymi gałęziami przemysłu. A przecież to też część PKB. Znacznie ważniejsze jest jednak przełożenie PKB na realny poziom życia ludności. W tym obszarze Chiny tak naprawdę przestały rosnąć po dynamicznej poprawie w ubiegłym stuleciu. Mówiąc ogólnie, od 2017 r. poziom życia chińskich obywateli się nie poprawia.

Reklama
Co jest tego powodem?
Chiny wpadły w pułapkę średniego rozwoju. Ten kraj miał przed sobą dwie drogi rozwoju. Jedna wiąże się z normalnym, przynoszącym sukcesy wzrostem zaplanowanym przez Chińską Partię Komunistyczną. Można jednak spojrzeć na to także w inny sposób: Chiny to typowe państwo średniego dochodu – ze strzeżonymi granicami, biurokracją i funkcjonującym rządem. Od 1949 do 1976 r., czyli śmierci Mao Zedonga, państwo było rządzone twardą ręką przez lidera. Ówczesna destrukcyjna polityka całkowicie zastąpiła gospodarkę oraz przyczyniła się do głodu i śmierci milionów ludzi. Dopiero reformy Deng Xiaopinga nadały prymat ekonomii i wprowadziły Państwo Środka na ścieżkę rozwoju. Chiny zmieniły się, stały się zwykłym, skorumpowanym krajem średniego dochodu. Wbrew pozorom nie weszły na ścieżkę rozwoju zaawansowanych państw. Nie otworzyły swojego społeczeństwa jak bogate i wysoko uprzemysłowione państwa azjatyckie: Japonia, Tajwan czy Korea Południowa. Pod względem społeczno-ekonomicznym bardziej przypominają kraje Ameryki Południowej, Rosję czy Kazachstan.
Nie będzie więc wielkiego chińskiego zwycięstwa?
Nie zapominajmy, że – biorąc pod uwagę PKB w przeliczeniu na głowę obywatela – Chiny dopiero zbliżyły się do poziomu Brazylii. Jeśli przyznamy, że odniosły sukces, to musimy jednocześnie stwierdzić, że dużo bardziej powiodło się Argentynie, rządzonej przez najlepszych menedżerów na świecie. Ten kraj wyprzedza Chiny w PKB na mieszkańca i odnotowuje bardzo dynamiczny wzrost.
Argentyna od lat 40. miała zadatki na osiągnięcie sukcesu...
Oczywiście możemy polemizować z tym, czy Argentyna powinna być wzorem do naśladowania i czy na pewno jest tak bogata, jak mogłaby być. Prawda jest jednak taka, że zarządzanie gospodarką w tym kraju jest dziś lepsze niż w Chinach. Argentyńskie społeczeństwo jest w stanie zbudować PKB per capita wynoszące 14 tys. dol. rocznie. Chińczycy odnotowują jedynie 10 tys. Fakt, że członkowie Chińskiej Partii Komunistycznej w ciągu ostatnich 40 lat zdecydowanie podnieśli poziom zarządzania krajem. Ale jest też pytanie – czy rządzą naprawdę dobrze? I tu odpowiedź jest już inna – robią to źle.
Prawidłową miarą jest produktywność gospodarki?
Tak, a nie procenty wzrostu. Między 1945 r. a 1946 r. amerykańska gospodarka zmniejszyła się o ponad 10 proc. Czy stało się to tak nagle przez złe zarządzanie? Nie, przyczyną był ogólny spadek światowej produkcji, która przechodziła w inny model zarządzania. Nie można za to winić decydentów. Tak samo było przecież w Polsce – między 1945 r. a 1950 r. gospodarka rosła. Ale przecież nie dlatego, że komuniści okazali się tak świetnymi menedżerami. Polska była całkowicie zrujnowana po wojnie, więc każda aktywność ekonomiczna przekładała się na diametralne poprawienie sytuacji.
Mierzenie jakości gospodarki wzrostem PKB nie ma sensu?
Wzrost PKB jest świetnym wskaźnikiem w przypadku dobrze funkcjonujących gospodarek rynkowych. Jeden procent wzrostu w Stanach Zjednoczonych czy Unii Europejskiej znaczy więcej niż ten sam procent odnotowany w Chinach.
Jaki jest więc dobry sposób oceny jakości chińskiej gospodarki?
Sami Chińczycy nie byliby w stanie wytłumaczyć, jak osiągnąć wzrost PKB, bo często składają się na to bezproduktywne działania. Jeszcze bardziej widać to na przykładzie państw czerpiących z chińskiego modelu, takich jak Kambodża. Pekin tłamsi swoich regionalnych partnerów – gdyby nie to, Korea Północna mogłaby dziś wyglądać tak jak Korea Południowa. Dlatego lepiej wyciągać wnioski z działań innych państw – np. Korei Południowej czy Malezji.
Jakie znaczenie może mieć zmiana w polityce historycznej Chin? Coraz mniej eksponuje się Deng Xiaopinga, a wraca Mao.
Nie należy tego interpretować jako sygnału, że powraca maoizm. To raczej oznacza powrót do modelu wodzowskiego – Xi Jinping promuje w ten sposób chińską tożsamość oraz samego siebie. Nie zapominajmy, że wciąż musi liczyć się z opinią publiczną, mimo że nie rządzi w demokratycznym państwie. Xi Jinping jest politykiem – wcześniejsi sekretarze byli raczej biurokratami. Ci ostatni nie potrzebują popularności, politycy – tak. Maoizm jest bardzo twardą wersją komunizmu – taką, która kontroluje każdy element życia społecznego i prywatnego. Xi Jinping podkreśla nacjonalizm i w istocie chciałby pójść w stronę budowania silniejszej wspólnoty.
Czy rosnąca rola chińskiego lidera świadczy o wewnętrznych napięciach spowodowanych np. słabnącym wzrostem?
Wiara w podważenie autorytetu Chińskiej Partii Komunistycznej jest wielkim mitem.
Wielu ekonomistów tak uważa.
Ale to nieprawda. W totalitarnej rywalizacji liczy się to, kto dysponuje siłą, a nie to, kto ma możliwość wzniecenia buntu. W Korei Północnej nie było nigdy dużej rebelii przeciwko rządom Kimów, mimo że pojawiały się ku temu okazje. Xi Jinping po prostu dąży do budowania swojej popularności.
Dlaczego?
Prawdę mówiąc, nie jestem pewien. Może chce utrzymać swoją osobistą pozycję i w pewnym sensie wybić się ponad aparat partyjny. W takim przypadku dużo trudniej będzie go zastąpić kimś innym, nieznanym. I nie chodzi tylko o postrzeganie w społeczeństwie, lecz także na niższych szczeblach drabiny partyjnej.
Jaki wpływ na globalną politykę może mieć odejście przez Chiny od rządów partii w kierunku rządów wodza?
Zmiany w strukturze zarządzania nie oznaczają końca partii, lecz modyfikację jej sposobu działania. Partia jest aktywna na każdym z poziomów zarządzania: w obronności, biznesie, zrzeszeniach czy w życiu codziennym. Linia partyjna jest kluczowa i określa wszystkie sfery życia. Xi Jinping zamienił to w system państwowy. Oczywiście partia wciąż ma ogromne wpływy, ale to prezydent wyznacza kierunek funkcjonowania kraju.
Czy to nie podważa zasadności istnienia partii?
Myślę, że partia stanie się zdecydowanie bardziej krytyczna. Celem aparatu partyjnego jest dziś koordynowanie przywództwa. 40 lat temu to ona kierowała krajem. Dziś jest to domena rządu i prezydenta.
Jeśli Chiny utkną w pułapce średniego rozwoju i będzie rosło niezadowolenie, czy nie spowoduje to wzrostu roli wojska?
Chiny są już właściwie zmilitaryzowane, więc nie ma takiego zagrożenia. Zdestabilizować Chiny mogłyby jakieś nagłe wypadki – np. zawał Xi Jinpinga. Konwencjonalne, zwykłe zdarzenia nie mają takiej mocy. W Chinach prawdziwym problemem jest przełożenie deklaracji na realne działania. Weźmy na przykład Azjatycki Bank Inwestycji Infrastrukturalnych, międzynarodową instytucję mającą finansować projekty infrastrukturalne w Azji. Ogłosił on, że jego kapitał początkowy wyniesie 100 mld dol., co w istocie oznaczało mniej niż 2,5 mld dol. rocznie. Między innymi Polska wzięła udział w przedsięwzięciu (jest jednym z 57 członków-założycieli banku), które miało być przełomowe, a okazało się marginalne. Nie ma w nim nic innowacyjnego, a większość projektów sprowadza się do budowania metra czy tworzenia mechanizmów oszczędzania wody. Nie ma żadnego wielkiego skoku infrastrukturalnego.
Chiny mają w ogóle ambicję być globalnym liderem?
Polityka wewnętrzna i zagraniczna Chin są ze sobą połączone. Najważniejszym ich celem jest takie „przeorganizowanie” Azji, aby skupiła się wokół chińskiego rdzenia. Z pewnością Pekin nie ma obecnie ambicji, by zdominować Europę Zachodnią czy Stany Zjednoczone. Drugą kwestią jest duże zainteresowanie Chin biednymi państwami na całym świecie. Czym innym jest przekonanie Polski do swoich przedsięwzięć, a czym innym np. Serbii, która byłaby dużo bardziej podatna na azjatycki kapitał. To jednak nie jest zdobywanie świata w pełnym tego słowa znaczeniu, lecz raczej koncentrowanie się na dostępnych możliwościach.
Dla wielu liderów spoza amerykańsko-europejskiej półkuli chiński model jest atrakcyjną alternatywą dla liberalnej demokracji.
Często mówi się o chińskim modelu rozwoju, ale niewiele osób w Europie faktycznie chce mieć jedną, silną partię kontrolującą życie gospodarcze i społeczne. Model ten jest atrakcyjny głównie dla biednych, odizolowanych państw na całym świecie. Jeśli rozmawialibyśmy 20 lat temu, moglibyśmy powoływać się na francuski model rozwoju – w końcu kraj ten odniósł sukces, choć nie taki spektakularny jak Niemcy czy Stany Zjednoczone. I też mógłby być wzorem – pod względem kultury organizacyjnej czy mechanizmów biurokratycznych. Dlatego nie wierzę, że dla państw demokratycznych chińska droga rozwoju rzeczywiście byłaby atrakcyjna. Poza tym nawet w Chinach wiedzą, że ich sukces nie polegał na dobrej organizacji państwa, lecz jego umiarkowanym ograniczeniu. Najlepsze efekty osiągane są tam, gdzie działa sektor prywatny, a nie rządowy.
Istnieje też obawa, że Chiny wykorzystają nowoczesną technologię do masowej inwigilacji obywateli i dzięki temu wygrają rywalizację gospodarczą.
Chiny kontrolowały swoich obywateli w wystarczającym stopniu, zanim opracowano technologię, którą posługują się dzisiaj. To tylko nowe narzędzie, a nie innowacyjne podejście. Podobne tendencje można zresztą zauważyć w wielu państwach – np. w Iranie. Tak naprawdę tylko kraje demokratyczne mają dylemat, czy należy używać takich metod.
Czy model demokratyczny nie utraci zdolności konkurowania z autorytaryzmami wyposażonymi w nowoczesne narzędzia kontroli?
Nie obawiałbym się tego, że nagle wszyscy zechcą naśladować Chiny. Żadne z państw rozwiniętych nie zamierza wprowadzać odpowiednika chińskiego systemu kredytu społecznego (mechanizm przyznawania obywatelom punktacji uzależnionej od ich „zasług” – jak np. oddania krwi – i „występków” – np. zaległości w płaceniu rachunków za prąd – red.). W teorii wojsko mogłoby przecież przejąć władzę w wielu państwach rozwiniętych. Dlaczego tego nie robi? To kwestia etyki, kultury politycznej, profesjonalizacji armii itp. Oczywiście trudno przewidzieć, co się stanie w przyszłości, ale na podstawie wydarzeń historycznych można wnosić, że takie sytuacje w krajach demokratycznych są rzadko spotykane. Obecnie wydaje się, że najbliżej są tego Węgry, które faktycznie naruszają standardy demokratyczne. Ale nawet tam wciąż silne jest przekonanie o potrzebie przeprowadzania wolnych wyborów; nie ma też groźby militaryzacji państwa.
Na ile chińskie sąsiedztwo jest wyzwaniem dla takich krajów jak Japonia, Indie, Rosja i Australia?
Państwa te nie będą chciały naśladować Chin. Tak naprawdę taka opcja jest interesująca jedynie dla biednych państw, których rola w światowej gospodarce jest marginalna. To trochę analogiczna sytuacja jak w przypadku ZSRR. O ile Kuba czy Nikaragua mogły być pod sowieckim wpływem, o tyle już Meksyk czy Brazylia – nie. Dlatego Korea Północna może inspirować się Chinami, ale już nie Korea Południowa. Może Kambodża, ale nie Wietnam i Malezja. Pakistan, ale nie Indie. A jeśli chińskie pieniądze się skończą, państwa te poszukają sobie innego partnera. Między nimi w zasadzie nie ma realnej solidarności. Jest bardzo niewiele krajów, które wspierają Chiny w każdej sprawie. Większość ich partnerów zdecydowanie walczy o swoje interesy i nie chce się podporządkowywać.
Jaką rolę w tej rywalizacji odgrywają Stany Zjednoczone?
Chiny muszą płacić sojusznikom, których chcą pozyskać. W przypadku Stanów Zjednoczonych jest odwrotnie – to sojusznicy płacą im za to, aby pozostać w ich obozie. Widać np., jak Polsce bardzo zależy na tym, aby na jej terytorium stacjonowały wojska USA. Te zależności dobrze pokazuje kwestia języka: Pekin przeznacza ogromne pieniądze na naukę chińskiego poza granicami kraju. Tymczasem zainteresowani nauką angielskiego płacą za nią sami.