Narastający niepokój przed spadkiem popytu zagranicznego wyraźnie psuje nastroje w polskich firmach przemysłowych. A wieści z zagranicy są przygnębiające.
Indeks PMI, który pokazuje, jak sytuację oceniają menedżerowie firm przemysłowych, spadł we wrześniu do 47,8 pkt z 48,8 pkt w sierpniu. To kolejny miesiąc z rzędu, gdy indeks jest poniżej 50 pkt. To oznacza, że pesymistów w polskim przemyśle jest więcej niż optymistów, i sugeruje, że sektor ogranicza (lub będzie ograniczał) swoją aktywność. Ekonomistów sam odczyt może nie zaskoczył, ale powody spadku PMI dość mocno zaniepokoiły.
PMI w ciągu ostatnich sześciu miesięcy / DGP
Reklama
– Raport wygląda przygnębiająco: najniższy poziom wskaźnika nowych zamówień od 10 lat, przy czym źle wyglądały zarówno zamówienia z kraju, jak i z zagranicy, sygnały o słabym popycie z zachodniej Europy, szczególnie z Niemiec i Francji. Do tego wskaźniki bieżącej produkcji pozostały poniżej neutralnego poziomu, a przyszła produkcja oceniana jest najgorzej w historii tego wskaźnika – martwią się ekonomiści banku Santander w komentarzu do wyników badania. Eksperci z Credit Agricole także są zdania, że widać tu silne pogorszenie koniunktury w strefie euro, w szczególności w Niemczech.

Reklama
Jeśli obawy menedżerów potwierdzą się w realnych procesach biznesowych, to firmy czeka trudny okres. Spadek zamówień i problemy ze sprzedażą to niższe przychody – co przy stałych kosztach oznacza napięcia w finansach. Przedsiębiorcy będą mieli wybór: ciąć własne marże i utrzymać konkurencyjność albo podnosić ceny.
W każdym razie, na co zwraca uwagę Santander, presja będzie duża, co w efekcie może się odbić na niższej aktywności i osłabieniu tempa gospodarczego wzrostu. W podobnym tonie wypowiadają się ekonomiści banku PKO BP, którzy także spodziewają się wzrostu presji konkurencyjnej.
– Równocześnie jednak utrzymuje się wzrost kosztów produkcji, we wrześniu najszybszy od czterech miesięcy, co zwłaszcza w obliczu nowych obciążeń kosztowych dla przedsiębiorstw w 2020 r., głównie okołopłacowych, może pogarszać sytuację finansową firm. Dane pokazują, że (…) problemy europejskiego przetwórstwa zaczynają przelewać się na krajową gospodarkę – komentuje PKO BP. I zwraca uwagę na jeszcze jeden element, czyli różnice pomiędzy oceną zmian zamówień w indeksie PMI a wskazaniami badań GUS. Zdaniem ekspertów banku silna dekoniunktura obejmuje przede wszystkim krajowe firmy należące do globalnych łańcuchów produkcyjnych, w mniejszym stopniu producentów dóbr finalnych, zwłaszcza konsumpcyjnych.
To może oznaczać, że wpływ złych nastrojów w przemyśle na kształtowanie się cen detalicznych raczej będzie niewielki.
– Dużego wpływu na inflację nie będzie, jeśli będzie ona nadal rosła, to z powodu coraz droższych usług – mówi Mateusz Sutowicz, ekonomista Banku Millennium. I zwraca uwagę, że duży popyt konsumpcyjny jest dziś głównym czynnikiem wzrostu i dlatego coraz częściej w krajach UE mówi się o jego stymulowaniu. Nawet przy przemysłowym marazmie konsumpcja może podtrzymywać gospodarczy wzrost i lekko podbijać ceny – co w Polsce się zresztą dzieje. Według wstępnych danych GUS inflacja co prawda spadła do 2,6 proc. we wrześniu z 2,9 proc. w sierpniu, ale inflacja bazowa – która nie uwzględnia m.in. zmian cen żywności i paliw mocno zależnych od podaży tych towarów – prawdopodobnie wzrosła. Tak zakładają m.in. ekonomiści Santandera, wyliczając inflację bazową na 2,3–2,4 proc.
– Patrząc szerzej, to, że konsumpcja prywatna pozostaje silna, może nieco podbijać ceny, zwłaszcza w usługach, może też niwelować spowolnienie w przemyśle. Wspieranie jej dodatkowymi wydatkami z budżetu zbiegło się w czasie ze spowolnieniem, choć intencją polityków nie była wcale stymulacja fiskalna. Zapewne konsumpcja nadal będzie podtrzymywać wzrost gospodarczy, co na dłuższą metę wcale nie jest takie dobre – mówi Mateusz Sutowicz.