Reklama
Jest pan wiceministrem od czerwca i w tym czasie zdążył pan już być pełnomocnikiem rządu ds. organizacji światowego forum miejskiego w Katowicach w 2022 r., a teraz pełnomocnikiem ds. partnerstwa publiczno-prywatnego. Ministerstwo nie ma na pana pomysłu?
Początkowo rzeczywiście były to Katowice, dlatego że nie było osoby, która mogłaby się bardziej związać z tematem i tamtejszym terenem. Teraz mamy wiceministra Grzegorza Pudę, który jest ze Śląska, jemu ewidentnie bliżej do Katowic niż mnie. Ja od początku chciałem się zajmować PPP, tyle że na wstępie wszedłem na miejsce byłego wiceministra Adama Hamryszczaka, który w swoim zakresie PPP nie miał. Trzeba było pewnych ustaleń i rozmów, by jeden element z zakresu jednego ministra pozyskać dla siebie.
A może przypisywanie panu roli pełnomocnika od tych czy innych rzeczy wiąże się z tym, by ominąć przepisy limitujące liczbę sekretarzy stanu w resorcie?
Dla mnie pełnomocnictwo ds. PPP jest tym, czym chciałem się zajmować, i było to jasne, gdy wchodziłem do ministerstwa. Trudno mi zarzucić, że się na tym nie znam i nie mam kwalifikacji. Będąc w samorządzie, mocno spenetrowałem tę dziedzinę.
Pełnomocnikiem ds. PPP jest pan od 23 lipca. Do końca kadencji niewiele czasu. Co pan chce zrobić w kwestii PPP w tak krótkim czasie?
Myślimy w perspektywie dłuższej niż jedna kadencja. Na dziś zakładamy, że będziemy dalej pracować w przyszłej kadencji, a to wpływa na nasze bieżące plany. Przygotowujemy dużo działań, które trochę rozkręcą PPP, ale one są długofalowe. Przede wszystkim w ubiegłym roku zmieniliśmy przepisy i dziś musimy dotrzeć z informacją, że taka zmiana rok temu miała miejsce. Trzeba pokazywać samorządom, że dziś jest dużo prościej realizować inwestycje w formule PPP, że istnieje coś takiego jak projekty hybrydowe. Dziś dominuje pogląd, że tam, gdzie są środki europejskie, nie można realizować PPP. A przecież projekty hybrydowe łączą eurofundusze z PPP. Poza tym my, jako rząd, musimy dać przykład. Chciałbym, byśmy na poziomie rządowym stworzyli kilka lub kilkanaście projektów PPP, by pokazać, że w tej formule da się realizować duże projekty i to z bardzo różnych branż: od dróg po muzea czy uzdrowiska.
Czy rząd ogłosi jakiś ważny projekt w formule PPP przed wyborami?
Myślę, że będą takie projekty, ale proszę nie wiązać ich z wyborami. Za chwilę powołamy zespół międzyresortowy, który zajmie się selekcją projektów dających się zrealizować w PPP. Nie sądzę jednak, by te projekty były szczególnie widowiskowe. Raczej chodzi o inwestycje regionalne, które rozwiążą jakiś problem lokalny. Mam na myśli np. bloki komunalne, budynki użyteczności publicznej czy sfery rządowej w terenie. W najbliższym czasie będą budowane cztery budynki sądów w Łodzi. Być może któryś z nich powstanie w formule PPP.
Rząd wprowadził w zeszłym roku zasadę „negatywnego testu PPP”. Zgodnie z nią projekty rządowe o wartości powyżej 300 mln zł domyślnie muszą powstać w formule PPP, chyba że inwestor wykaże, że nie jest to najlepsza formuła realizacji projektu. Czy ten mechanizm się sprawdza?
Rzeczywiście, to już się dzieje – otrzymujemy z resortów robocze pytania dotyczące tego mechanizmu. Zwracam tylko uwagę, że większość projektów jest poniżej pułapu 300 mln zł. Natomiast te duże powinny przechodzić „test PPP”. Rzetelnie przeprowadzony test PPP odpowiada na pytanie, która z metod realizacji konkretnej inwestycji jest najkorzystniejsza z punktu widzenia interesu strony publicznej. Zatem nie chodzi tutaj o narzucanie komukolwiek modelu PPP, tylko o to, by projekty publiczne o bardzo dużej wartości były realizowane w optymalny sposób.
I jaki jest dotychczasowy efekt tych testów?
Większość dużych projektów zgłaszanych do realizacji ma już przygotowane finansowanie. Nie chcieliśmy burzyć przyjętej formuły i pracy, która już została wykonana. Dlatego nie namawialiśmy do realizowania ich w PPP. Pamiętajmy też, że test PPP nie ma zastosowania w przypadku m.in. projektów współfinansowanych ze środków UE oraz inwestycji w dziedzinie obronności lub bezpieczeństwa. Natomiast teraz jest większa świadomość, żeby przedstawiać nam projekty, na które na razie nie ma źródeł finansowania, a jest szansa, by zrobić je w PPP. Pracujemy z poszczególnymi resortami nad tym, by nowe inwestycje o dużej wartości były realizowane w PPP. Właśnie w tym przypadku zastosowanie testu PPP pozwoli wybrać nam najlepszy model realizacji dla takich inwestycji.
W ostatniej dekadzie wszczęto w Polsce 557 przetargów na przedsięwzięcia, które miały być realizowane w PPP. Ich efektem było podpisanie 153 umów, z których 135, o wartości 6 mld zł, weszło w fazę realizacji. To oznacza, że tylko co czwarty przetarg zakończył się sukcesem. Wy chcecie, by już do końca 2020 r. podpisanych zostało sto nowych umów PPP i by aż 40 proc. postępowań rządowych i samorządowych kończyło się sukcesem. Nie za ambitnie?
Nie sądzę, bo jesteśmy już o krok dalej w procedurach. Wcześniej projekty były faktycznie nieprzygotowane, a świadomość, że wyłonienie partnera prywatnego jest skomplikowane, pojawiała się w trakcie realizowania tych procedur. Dziś po wielu latach funkcjonowania ustawy o PPP, po opracowaniu rządowych wytycznych w zakresie przygotowania i realizacji inwestycji PPP, szkoleniach i dyskusji samorządowcy czują już, z czym PPP się wiąże i pod tę formułę podciągają projekty, które są rzeczywiście dobrze przygotowane. Dlatego pułap 40 proc., o którym pan wspomniał, jest zupełnie w zasięgu. Prowadzimy na bieżąco monitoring w tym zakresie. Na tej podstawie widzimy, że realizowane przez nas działania przynoszą efekty. Przed wejściem w życie polityki PPP skuteczność zawieranych umów do ogłoszonych postępowań kształtowała się na poziomie niespełna 24 proc., a dziś wynosi ponad 32 proc. Monitorujemy także plany inwestycyjne PPP różnych jednostek. Interesują nas przede wszystkim projekty na dojrzałym etapie przygotowania. Widzimy, że w grupie prawie 140 planowanych projektów PPP 85 inwestycji weszło na ścieżkę konkretnych działań przygotowawczych. To są nowe potencjalne umowy PPP.
Krąży wyświechtany żart, że przy PPP zawsze pojawia się czwarte P, czyli prokuratura. Musicie przełamywać wieloletnie uprzedzenia i złe doświadczenia samorządowców, które wpłynęły na to, że dziś PPP w Polsce kuleje. W dodatku PiS niemal zaczynało swoje rządy od superkontroli CBA u wszystkich marszałków naraz. To może tylko spotęgować strach samorządowców przed wchodzeniem w nową formułę inwestycji, której nie do końca są pewni.
Nie ulegam retoryce, że samorządowcy są dociskani i się boją. Jak spojrzymy na statystyki kontroli – od skarbowych po wszelkie inne – to ich jest mniej. Te kontrole dzisiaj są celowane, a nie powszechne. Samo PPP nie jest jakąś fanaberią, wiele czynników wpływa na to, że to dobra metoda inwestowania. Choćby taki, że nie na wszystkie inwestycje są np. fundusze europejskie. Tam, gdzie ich nie można pozyskać, a w budżecie gminy brakuje pieniędzy, formuła PPP jest do rozważenia.
Jest pan spokojny, że marszałkowie zagospodarują wszystkie środki z tej perspektywy unijnej?
Dane na tym etapie są optymistyczne. Tak więc obaw nie ma, choć są lepsze i gorsze regiony. Ale generalnie jestem spokojny.
Samorządy zarządzają dziś ok. 40 proc. eurofunduszy w Polsce, resztą – rząd. Czy po 2020 r. proporcja dalej będzie taka sama?
Te decyzje jeszcze przed nami, ale jest szansa, że będzie bardzo podobna. Wiemy, jak wyglądają potrzeby w regionach i urzędy marszałkowskie dobrze je diagnozują. Niedługo przyjmiemy Krajową Strategię Rozwoju Regionalnego, tam również stawiamy na regiony. Tak więc rewolucji w tym zakresie raczej nie szykujemy.
A jeśli chodzi o Mazowsze – od niedawna statystycznie podzielone na Warszawę i resztę regionu: jest pytanie, czy po 2020 r. eurofundusze powinny być tam dystrybuowane w ramach jednego programu operacyjnego, czy dwóch oddzielnych. Z tym wiąże się drugi dylemat: kto tymi pieniędzmi powinien zarządzać – samorządy czy rząd?
To pytanie, przed którym stoimy. Wiemy, że trzy województwa: mazowieckie, wielkopolskie i dolnośląskie – z racji swojego poziomu rozwoju – otrzymają mniejsze wsparcie z UE niż obecnie. Samo Mazowsze, bez Warszawy, wcale nie góruje nad innymi regionami, a wręcz przeciwnie – wiele statystyk dowodzi, że powiaty okalające stolicę mają słabą pozycję. Sprawa Mazowsza jest jeszcze do rozstrzygnięcia, potrzebna jest aprobata Komisji Europejskiej i o tym będziemy rozmawiać.
Czyli wciąż możliwy jest wariant, w którym to rząd będzie decydować o eurofunduszach dla Mazowsza i stolicy?
Rozstrzygnięcia jeszcze nie ma, ale oceniam, że rewolucji nie będzie i obecna formuła się utrzyma.
Ma też powstać program regionalny, który – w przeciwieństwie do programu Polska Wschodnia – nie będzie skierowany do wybranych województw, lecz do regionów czy miejscowości spełniających określone kryteria rozwojowe. Czy będą jakieś bezpieczniki, które zagwarantują, że eurofundusze z tego programu trafią do rzeczywiście potrzebujących, a nie do „swoich”?
KE chce, by na przyszłą perspektywę finansową nie tworzyć programów operacyjnych powiązanych tylko geograficznie. Stąd pomysł programu ponadregionalnego, gdzie kryteria będą stricte ekonomiczne, absolutnie czytelne i niesterowalne politycznie. Na pewno biedna gmina z woj. wielkopolskiego będzie mogła z tego programu korzystać podobnie jak zapewne duża część samorządów z Polski Wschodniej.
Co będzie miarą sukcesu w negocjacjach przyszłej perspektywy budżetowej? Na lata 2014–2020 mamy ok. 80 mld euro do dyspozycji. Czy np. kwota 65 mld euro na lata 2021–2027 to będzie powód do zadowolenia?
Cały czas uznajemy, że Polska powinna otrzymać kwotę wyższą, niż zaproponowała Komisja Europejska. Przedstawiliśmy swoje argumenty, cały czas prowadzimy rozmowy – oficjalne i zakulisowe. Najważniejszą kwestią jest ustalenie, czy nowe wyzwania UE, takie jak polityka migracyjna czy bezpieczeństwo, będą finansowane w ramach tych samych środków i składek, czy pojawią się nowe źródła dochodów, takie jak wyższe składki albo nowy wspólny podatek, np. cyfrowy. My uważamy, że nowych zadań nie można realizować kosztem tych, które nadal funkcjonują i są równie ważne.