Zablokowanie przez Komisję Europejską fuzji produkujących szybkie pociągi filii Alstomu i Siemensa wywołało burzliwe reakcje. Były wypowiedzi polityków, otwarte listy ekonomistów i dwie propozycje rewizji dotychczasowych praktyk gospodarczych. Czy Europa powinna poważnie potraktować francusko-niemieckie interwencje?
Reklama
Zaraz po orzeczeniu KE niemiecki minister gospodarki i energii ogłosił „Narodową Strategię Przemysłową 2030”, a dwa tygodnie później wraz z francuskim kolegą podpisał się pod „Francusko-niemieckim manifestem dla europejskiej polityki przemysłowej godnej XXI wieku”.
„Strategia” skupia się na ochronie sektora przemysłowego. Broni istniejących już na rynku czempionów (Siemens, Thyssen-Krupp, Deutsche Bank). Gdyby perspektywiczne mniejsze firmy napotykały bariery rozwoju, to politycy obiecują rządowe zaangażowanie kapitałowe. Dokument napomyka też o sektorach strategicznych, jak platformy internetowe, sztuczna inteligencja (AI) czy autonomiczne pojazdy.
„Manifest” nawołuje do bardziej wyrozumiałych reguł fuzji i przejęć, pobłażliwszego traktowania subsydiów i zachęca do zakładania konsorcjów. „Typowanie wygranych” też jest w modzie: szczególnie w AI, mikroelektronice i akumulatorach. Autorzy obiecują znaleźć państwowe pieniądze na finansowanie ich rozwoju. Najbardziej kontrowersyjna jest propozycja zmiany reguł dotyczących konkurencji. Według autorów Rada Europejska powinna być w stanie przegłosować decyzje KE.

Reklama
Oba dokumenty brzmią, jakby zostały napisane w weekend na kolanach. Sprawdzona maksyma, według której intensywna konkurencja napędza innowacje, wydaje się iść w odstawkę. W przeszłości Europa częściej niż Stany Zjednoczone lansowała politykę wsparcia przemysłu. Niemniej i pod względem tempa wzrostu gospodarczego, i innowacyjności USA przewyższały kraje europejskie. A pod względem zaangażowania rządu było odwrotnie. Rząd jest po prostu słabym menadżerem. Nie wie, jak wprowadzać innowacje. Dlatego „Airbus sztucznej inteligencji” – finansowany deus ex machina środkami rządowymi – byłby marnowaniem publicznych pieniędzy.
Ale propozycje trafiają w dziesiątkę, kiedy przywołują zagrożenia ze strony Chin. Takie aspekty jak wynaturzenia konkurencji, nieprzestrzeganie międzynarodowych zobowiązań dotyczących handlu lub kradzież własności intelektualnej zasługują na uwagę. Ponadto, ochrona krajowego sektora przemysłowego ma wymiar militarny. Jedynie sieci dostawcze sprawdzone pod względem bezpieczeństwa przed szpiegostwem mogą być akceptowane do produkcji broni. A produkcja uzbrojenia leży u podstaw bezpieczeństwa narodowego. Siła krajowego sektora wytwórczego leży więc w interesie państwowym. Rozsądne wydaje się, aby instytucje europejskie ustanowiły mechanizmy weryfikacji nabywania wrażliwych technologii przez firmy z krajów niesojuszniczych. Podobnie jak w przypadku prawodawstwa ochrony konkurencji i wspólnej polityki handlowej, tego typu monitorowanie powinno być ustanowione na poziomie UE.
UE może się też lepiej przyczyniać do stymulowania innowacyjności. Zamiast rozpieszczać czempiony, w interesie rządów powinno leżeć podtrzymywanie zdrowej konkurencji. „Jednolity rynek europejski” ciągle nim nie jest, choć w mniemaniu przeciętnego Europejczyka Unia zapewnia przestrzeganie tzw. czterech swobód (przepływu dóbr, kapitału, towarów i usług). Wiele usług nie może być oferowanych poza granicami danej jurysdykcji ze względu na restrykcyjne regulacje krajowe. Usługi stanowią miażdżącą część gospodarki, a wydajność sektora przemysłowego ściśle zależy od taniego i szybkiego dostępu do usług. W interesie UE powinien więc leżeć demontaż pozostałych barier w handlu usługami.
Gdyby Unia obstawała przy wydawaniu publicznych pieniędzy na wsparcie sektora przemysłowego, na uwagę zasługuje kilka propozycji. Sektor prywatny może w niewystarczającym zakresie finansować innowacyjność, gdy jej wynik pozostaje w domenie publicznej, bez zabezpieczenia własności intelektualnej. Tak jak w przypadku wspierania badań podstawowych, rząd może rozważyć współfinansowanie tego typu wydatków wraz w sektorem prywatnym. Tego typu „centra innowacyjności” mogą przezwyciężyć barierę duplikowania wysiłków oraz zachęcić firmy prywatne do zwiększenia wydatków na badania i rozwój. W świecie nowych technologii zaciera się granica miedzy badaniami podstawowymi i stosowanymi, tak więc inwestycje w konsorcja, „centra eksperckie” itp. mogą zinternalizować koszty zewnętrzne.
Kraje Europy Środkowej, w tym Polska, mają jeszcze jeden kanał wspierania przemysłu. Kształcenie zawodowe ma tam długie tradycje. Umiejętności techniczne siły roboczej przyciągają kapitał, który jest gwarantem innowacyjności. Nie przypadkiem kraje wyszechradzkie utrzymują poziom wartości dodanej przemysłu w stosunku do PKB na poziomie ok. 20 proc. (w Czechach nawet ok. 24 proc.). Dla porównania w USA jest to ok. 11 proc., we Francji 10 proc., a w Wielkiej Brytanii 9 proc. Ta przewaga komparatywna krajów środkowoeuropejskich warta jest wsparcia środkami publicznymi.
Nad propozycjami francusko-niemieckimi Europa powinna przejść do porządku dziennego. Niewiele z nich ujrzy światło dzienne. Zamiast nich, UE zrobi lepiej, wydając kapitał intelektualny na wspieranie sprawdzonych metod podtrzymywania konkurencji, finansowanie badań oraz wspieranie umiejętności technicznych pracowników.