W negocjacjach budżetowych do praworządności i przesunięcia środków z Europy Środkowej na Południe dochodzi jeszcze temat klimatu.
Wybory do europarlamentu oznaczają przerwę w pracach niemalże wszystkich unijnych instytucji. Ale nie w negocjacjach nad budżetem. Te są prowadzone obecnie na poziomie ministrów krajów członkowskich.
Istnieje ryzyko, że wydawanie pieniędzy z nowej perspektywy rozpocznie się z opóźnieniem. Zwłaszcza że pomiędzy państwami członkowskimi brakuje zgody co do rozdysponowania pieniędzy. O takim scenariuszu mówi europoseł PO Jan Olbrycht. W rozmowie z DGP dodaje, że z decyzjami budżetowymi po 2020 r. Unia może wstrzymać się nawet do wyjścia Brytyjczyków. Tymczasem termin faktycznego brexitu jest nieznany.
Reklama
To złe wiadomości dla Polski, która jest największym beneficjentem obecnego budżetu. O tym, że tak dużego strumienia pieniędzy jak w obecnej siedmiolatce nie możemy się spodziewać w latach 2021–2027, wiemy od roku, gdy Komisja Europejska zaprezentowała projekt. Teraz jednak pojawiają się kolejne problemy. Jednym z nich jest pomysł przeznaczenia 25 proc. unijnego budżetu na realizowanie celów polityki klimatycznej. To oznaczałoby określenie naszych celów inwestycyjnych już na poziomie Brukseli, czego polski rząd nie chce. Konieczność wydawania europejskich funduszy na projekty przyjazne środowisku mogłaby znacząco ograniczyć możliwości inwestowania w rozwiązania infrastrukturalne, których w Polsce wciąż brakuje.
W wariancie optymistycznym przesunięcie środków na inwestycje klimatyczne może pomóc Polsce w zielonej rewolucji. I wcale nie musi chodzić tylko o energetykę. – Jeżeli weźmiemy pod uwagę szeroki zasięg oddziaływania polityki klimatycznej oraz kierunki wydatkowania środków unijnych, to przeznaczenie jednej czwartej z nich na cele klimatyczne to rozsądna propozycja, a nawet plan minimum. Pamiętajmy, że nie chodzi tu jedynie o energetykę, lecz o całą gospodarkę: modernizację transportu, ciepłownictwa, innowacje w przemyśle czy rewitalizację miast. Także adaptację do zmian klimatu – wylicza Aleksander Śniegocki, kierownik projektu „Energia i klimat” w Wise Europa. – Można wręcz powiedzieć, że ze wszystkich sektorów elektroenergetyka potrzebuje tych środków najmniej, gdyż mamy już wiele krajowych instrumentów na rynku energii, które powinny umożliwić transformację sektora, jeżeli zostaną użyte na wystarczająco dużą skalę – dodaje.

Reklama
Przeznaczenie jednej czwartej budżetu na klimat to na razie pomysł bez poparcia większości krajów członkowskich. Jak pisaliśmy w DGP, na „nie” są przede wszystkim Niemcy.
Większym problemem są spodziewane cięcia w polityce spójności. Tych trudno będzie uniknąć. W obecnej perspektywie dostaliśmy 84 mld euro, na kolejną zaplanowano 64 mld euro, a i tak możliwe, że na etapie rozmów pomiędzy krajami członkowskimi dojdzie do kolejnych uszczupleń.
To, że Polska nie otrzyma już porównywalnych pieniędzy na fundusze spójności co w poprzedniej perspektywie, było wiadomo wcześniej. Komisja zapowiadała, że tak się stanie. Po pierwsze z powodu brexitu. A po drugie: Polska i inne kraje regionu nadrabiają dystans do unijnej średniej. W zeszłym roku nasz PKB per capita stanowił 70 proc. unijnej średniej, tymczasem w momencie wstępowania do UE zbliżał się do jej połowy. A właśnie to kryterium jest podstawą przyznawania środków na spójność. Konkretny przydział odbywa się już nie według danych dla całego kraju, a dla poszczególnych regionów. W Polsce ma ich być obecnie 17, czyli o jeden więcej niż województw, bo trwa proces wyłączania jako osobnej jednostki Warszawy. W mieście stołecznym poziom PKB wynosi 152 proc. unijnego, podczas gdy w wyłączonym Mazowszu to 59 proc. W przyznawaniu funduszy UE preferuje zwłaszcza regiony, których PKB per capita nie przekracza 75 proc. unijnej średniej. W 2017 r. powyżej tego progu oprócz Warszawy były także województwa dolnośląskie i wielkopolskie. – Jeśli Warszawy się nie oddzieli od Mazowsza, to będziemy mieli dwa regiony w grupie przejściowej i jeden w bardziej rozwiniętej – mówi poseł PO Jan Olbrycht. W takim przypadku transfery są mniejsze.
Jeden z naszych rozmówców w komisji mówi, że trudno dokładnie wskazać wielkość zmniejszenia kwoty z powodu wzrostu zamożności polskich regionów.
– To nie uzasadnia aż takich cięć. Są one efektem zmiany priorytetów. Można mówić również o próbie pokazania, że okres specjalnego traktowania nowych państw UE się skończył – podkreśla Olbrycht.
Cięcia dotkną wszystkie kraje naszego regionu. Kosztem Europy Środkowej zauważalnie więcej środków dostaną kraje południowe: Włochy, Grecja i Hiszpania. Jak jednak zauważa Jan Olbrycht, wprowadzenie nowych kryteriów decydujących o podziale pieniędzy – takich jak migracja, demografia i bezrobocie młodych – sprawi, że zyskają również regiony innych krajów UE. – Mówienie o tym, że pieniądze nie będą dla nas, ale dla Południa, jest dużym uproszczeniem. Nastąpi „rozsmarowanie” tych środków pomiędzy wszystkie kraje – mówi.
Dużym obciążeniem polskiej pozycji negocjacyjnej jest propozycja uwarunkowania wypłat z unijnej kasy przestrzeganiem zasad praworządności. Oznaczałoby to zawieszenie środków europejskich dla krajów, w których łamane są normy państwa prawa. Rozporządzenie w tej sprawie nie będzie częścią całego budżetu, którego przyjęcie wymaga jednomyślności, lecz dokumentem okołobudżetowym głosowanym większością kwalifikowaną. Oznacza to, że sprzeciw Polski i Węgier nie będzie w tym przypadku skuteczny. – Wiele krajów uzależnia wręcz swoją zgodę na budżet od tego rozporządzenia. To utrudnia Polsce budowanie sojuszy i szukanie koalicjantów – podsumowuje Olbrycht.