- Opublikowane w styczniu cele negocjacyjne USA to zbiór pobożnych życzeń, które administracja Trumpa chciałaby osiągnąć – ocenia dr Paweł Kowalski z Wydziału Prawa w Warszawie Uniwersytetu SWPS. - Ze strony USA to próba zachowania niesymetrycznego dostępu do rynku. Także rolnego. Te zapisy sugerują UE, że co do zasady powinna usunąć wszelkie bariery, podczas gdy USA zostawią sobie możliwości wykluczające pewne zapisy, np. dotyczące wszystkiego, co wiąże się z bezpieczeństwem kraju.

Czy pamiętają Państwo TTIP? Negocjowaną do 2016 roku umowę handlową między USA a UE? Miała ożywić europejską gospodarkę, otworzyć amerykański rynek dla firm z UE, dać nowe miejsca pracy, a wszystko z dbałością o zrównoważony rozwój, czyli z zapewnieniem ochrony praw pracowniczych oraz środowiska. Krytycy TTIP wskazywali, że cła są już niskie i dodatkowe ich obniżenie przyniesie małe korzyści, a faktycznym celem umowy będzie poszerzenie wpływu korporacji na państwa i na decyzje podejmowane przez demokratyczne władze, m.in. za sprawą mechanizmu ISDS (inwestor przeciwko państwu). Umożliwiał on skarżenie krajów przez korporacje do sądu arbitrażowego w sytuacji, gdy zmiana przepisów prawa, korzystna np. dla obywateli oznaczała utratę planowanych zysków firm. Obawiano się też zalania rynku europejskiego tanią żywnością z USA, obniżenia norm fitosanitarnych, spadku liczby miejsc pracy, zagrożenia bezpieczeństwa danych osobowych i zmian w usługach publicznych (zdrowie, edukacja czy wodociągi). Zasadniczym zarzutem był też brak transparentności negocjacji. W maju 2016 roku Greenpeace ujawnił fragmenty dokumentu. Na fali oburzenia społecznego, z innej umowy - CETA (pomiędzy Kanadą a UE) - wykreślono w konsekwencji mechanizm ISDS (czy będzie zastąpiony ICS to się okaże – red.), potem prezydentem USA został Donald Trump i rozmowy na temat TTIP ucichły.

Niektórzy wieszczyli, że na zawsze. Inni, np. prof. Leokadia Oręziak z SGH wręcz przeciwnie, tłumacząc w 2016 roku w rozmowie z gazetaprawna.pl, że TTIP nie stoi w sprzeczności z planami Trumpa, a umowa może być korzystna dla amerykańskich firm, więc negocjacje nie zostaną zatrzymane na zawsze. Trump będzie chciał coś na niej ugrać.

No i naszedł ten czas. Po trzech latach wracamy do tematu. Czy będzie to TTIP 2, jak mówią niektórzy, trudno powiedzieć – obie strony negocjacyjne zaprzeczają, że ma to być prosta kontynuacja prac. Komisja Europejska zapewnia nas, że to zupełnie inny rodzaj umowy.

Reklama

Opublikowane w styczniu br. cele negocjacyjne USA, wymagane przez Kongres przy tzw. szybkiej ścieżce negocjacyjnej, to dokument obejmujący długą listę obszarów, wokół których mają toczyć się rozmowy pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Unią Europejską. Obejmuje on m.in. takie kwestie jak: ułatwienia celne i handlowe, eliminację barier pozataryfowych, usuwanie „zbędnych różnic w przepisach”, pełne negocjacje dotyczące rolnictwa, dążenie do „zagwarantowania, że produkty nie będą dyskryminowane przepisami rządowymi na podstawie narodowości czy terytorium, na którym powstają (to a propos planów opodatkowania Google’a i innych). Wśród celów negocjacyjnych, USA umieściły też handel usługami, kwestie własności intelektualnej, kwestie pracownicze, środowiskowe, obronę interesów amerykańskich twórców, przedsiębiorców i rolników, reguły pochodzenia, oznaczenia geograficzne, handel farmaceutykami i wyrobami medycznymi i wiele, wiele innych, łącznie z punktem dotyczącym stosunków handlowych USA i Izraela.

- Ten dokument to zbiór pobożnych życzeń, które administracja Trumpa chciałaby osiągnąć – ocenia dr Paweł Kowalski z Wydziału Prawa w Warszawie Uniwersytetu SWPS. - Ze strony USA to próba zachowania niesymetrycznego dostępu do rynku. Także rolnego. Te zapisy sugerują UE, że co do zasady powinna usunąć wszelkie bariery, podczas gdy USA zostawią sobie możliwości wykluczające pewne zapisy, np. dotyczące wszystkiego, co wiąże się z bezpieczeństwem kraju.

Reklama

- Amerykańskie wytyczne są dla mnie zadziwiające – mówi Marcin Wojtalik z Instytutu Globalnej Odpowiedzialności. - Wymaganie przez USA, żeby kraje UE podpisały konwencję światowej organizacji pracy, żeby respektowały minimalne wynagrodzenie, podczas gdy to właśnie rząd USA nie podpisał kluczowych konwencji Międzynarodowej Organizacji Pracy ani też nie przyjął Decent Work Agenda jest co najmniej zaskakujące. Podobnie interesujący jest paragraf dotyczący ochrony środowiska, który przypomina, że prawa jej dotyczące mają być tak samo egzekwowane jak wszystkie inne postanowienia tej umowy. Tyle że problemy z dbałością o środowisko USA mają zdecydowanie większe niż UE.

Jak mówi Marcin Wojtalik, być może jest w tym jakaś strategia negocjacyjna albo efekt układu między demokratami a obecną administracją, zakładający poparcie Kongresu dla mandatu Trumpa do negocjacji pod warunkiem, że umieści takie właśnie deklaracje.

Na zbyt szeroki zakres negocjacji zwraca też uwagę w rozmowie z gazetaprawna.pl Léa Auffret, ekspertka ds. handlu The European Consumer Organisation (BEUC). - Nowe negocjacje handlowe UE-USA powinny różnić się od negocjacji TTIP z przeszłości. To, czego chce UE, to zniesienie ceł na "towary przemysłowe", które odnoszą się do wszystkich towarów pozarolniczych. Grupy konsumentów opowiadają się za negocjacjami handlowymi prowadzącymi do niższych taryf – tłumaczy Léa Auffret - ponieważ ludzie mogą skorzystać z potencjalnie niższych cen i większego wyboru produktów. Krytykujemy natomiast fakt, że w negocjacjach handlowych próbuje się ustanowić zasady dotyczące prawie wszystkich dziedzin życia gospodarczego.

Trudno się nie zgodzić z tą opinią. Zakres celów jest ogromny i zdecydowanie przekracza ustalenia z lipca 2018, kiedy podczas spotkania Trump-Junker uzgodniono, że rozmowy skoncentrują się tylko na wybranych obszarach, głównie na wznowieniu rozmów o obniżeniu ceł na wyroby przemysłowe, w tym samochody (Trump obiecał, że nie wprowadzi 25 proc. cła na nie) oraz zasadach kupowania amerykańskiej soi przez UE. Zadeklarowano też chęć zmniejszenia barier pozataryfowych i zwiększenia handlu usługami, chemikaliami, produktami farmaceutycznymi, produktami leczniczymi. Ponadto Unia Europejska miałaby sprowadzać więcej skroplonego gazu ziemnego (LNG) ze Stanów Zjednoczonych.

Dlaczego Trump wychodzi poza te ustalenia? „Zgłoszenie celów negocjacyjnych do Kongresu jest wewnętrzną procedurą amerykańską w ramach organu ds. Promocji handlu, którego UE nie chce komentować” – czytamy w odpowiedzi Komisji Europejskiej na prośbę gazetaprawna.pl o komentarz. I dalej: „Lipcowe (2018 – red.)oświadczenie uzgodnione przez obu przewodniczących jest jasne. Zgodnie z takim stwierdzeniem UE jest gotowa negocjować zniesienie taryf przemysłowych. Oddzielnie od negocjacji handlowych, prowadzimy również z USA dyskusję na temat współpracy regulacyjnej w wielu sektorach, a także o ocenie zgodności i standardach przemysłowych. Należy pamiętać, że obaj prezydenci zgodzili się w tej wspólnej agendzie skupić się na ograniczonym zakresie obszarów, w których wyniki można realistycznie osiągnąć szybko i bez wchodzenia w obszary o znacznej wrażliwości dla każdej ze stron. Dlatego na przykład wspólny program nie obejmuje rolnictwa - które jest wrażliwym obszarem dla strony UE lub zamówień publicznych - co jest wrażliwe dla USA - informują nas służby prasowe Komisji Europejskiej.

W styczniu także Komisja Europejska przyjęła wnioski dotyczące wytycznych do negocjacji handlowych ze Stanami Zjednoczonymi. Jeden mandat dotyczy ustalenia tzw. oceny zgodności, która ma zniwelować bariery pozataryfowe, co miałoby ułatwić przedsiębiorstwom wykazywanie, że ich produkty spełniają wymagania techniczne po obu stronach Atlantyku. Drugi – zniesienia ceł na produkty przemysłowe z wyłączeniem produktów rolnych. UE chce się też skupić na ściślejszej współpracy regulacyjnej w sektorach takich jak farmaceutyki i wyroby medyczne.

"Niepotrzebne różnice", "zgodność regulacyjna", "naukowe dowody"

W opublikowanym dokumencie, ważny jest nie tylko zakres tematyczny. Dokumenty dotyczące umów handlowych należy bowiem czytać też (a może przede wszystkim) między wierszami, pamiętając o niuansach semantycznych.

W sformułowaniu „niepotrzebne różnice w przepisach” kluczowe będzie wtedy słowo „niepotrzebne”. Z punktu widzenia USA wiele unijnych różnic może być „niepotrzebnych”. Z kolei „promowanie większej zgodności regulacyjnej […]w tym poprzez regulacje prawne” to możliwość wpływania na kształt legislacji europejskiej. Jeśli rzecz dotyczy „usuwania nieuzasadnionych barier pozataryfowych blokujących eksport” to w języku liberalizacji handlu może być podstawa do zakwestionowania przez firmę praktycznie każdej państwowej czy unijnej regulacji prawnej i żądania odszkodowania. Część "barier" to np. normy fitosanitarne, których celem jest utrzymanie właściwej jakości towarów. Jeśli mowa jest o kwestiach sanitarnych i fitosanitarnych, opartych na „prawach i obowiązkach WTO, w tym w odniesieniu do nauki” to jest to kwestionowanie np. europejskiej dyrektywy Reach, opartej na zasadzie przezorności (chodzi o udowodnienie nieszkodliwości dla zdrowia substancji chemicznej, która ma być wprowadzona na rynek). „Nieuzasadnione wymogi handlowe (w tym etykietowanie), które mają wpływ na nowe technologie”, to nic innego jak zawoalowany zakaz informowania klientów o zawartości GMO, bo wg strony amerykańskiej to nieuczciwa konkurencja i dyskryminacja . „Bezpieczny kompleksowy dostęp do rynków dla towarów rolnych w UE poprzez zmniejszenie lub eliminowanie taryf oraz wyeliminowanie praktyk” znaczy tyle, że kontrowersyjny temat otwarcia rynku rolnego dla USA może wrócić na stół negocjacyjny.

Trump na TT: Tak, jak mówiłem: walczę za WAS!"

Mocno nadwyrężone stosunki handlowe z Chinami przekładają się na poważne problemy m.in. w rolnictwie. Relacje z Unią Europejską też – używając eufemizmu – idealne nie są. Do tego wszystkiego idą wybory prezydenckie w USA, pora więc coś obiecać. - Trump, nawiązując do wojny handlowej między USA i UE straszy i daje marchewkę – ocenia Marcin Wojtalik z IGO. I zaraz dodaje, że właściwie obie strony tak się zachowują, by pokazać wyborcom, że nie chodzi tylko o konfrontację, ale także o danie sobie szansy na stworzenie czegoś. Stronie amerykańskiej zależy na rozmowach na temat rolnictwa (komisarz Malmström zapewnia, że to absolutnie niemożliwe), KE obawia się ceł na samochody. Najważniejsze dla Trumpa, że może pokazać u siebie, że zabiega o robotników amerykańskich – kwituje Wojtalik.

Także dr Paweł Kowalski z Uniwersytetu SWPS skłania się tu tezie, że dokument z celami negocjacyjnymi to mocne wejście w kampanię wyborczą Trumpa, który będzie chciał pokazać, że jest za porozumieniem z UE, ale na warunkach amerykańskich. - Trzeba spojrzeć na kontekst czasowy, bo ten dokument pojawia się w bardzo trudnym dla Trumpa momencie. Musi pokazać, że nadal jest otwarty i chce chronić rynek. Dr Kowalski zwraca uwagę na jeden z fragmentów dokumentu, który szczególnie pokazuje wg niego polityczność tego tekstu. Chodzi o Postanowienia ogólne, w których zabrania się wszelkiego rodzaju działań, które godziłyby w porozumienia handlowe pomiędzy USA i Izraelem.

- Ten dokument, mocno życzeniowo-roszczeniowy, jest próbą przypodobania się wszystkim, ze świadomością, że choć nigdy może nie nabrać realnych kształtów, to teraz pozwala się zaprezentować Trumpowi jako obrońca interesów wszystkich grup – ocenia dr Kowalski. W końcu 36 proc. to niezdecydowani wyborcy Trumpa. W mediach bardzo dobrze sprzedaje się już informacja o otwarciu rynku na amerykańską soję, prezydent będzie więc walczyć i o innych, z przekazem, że silny prezydent chce porozumienia, ale na warunkach dobrych dla amerykańskiego rolnika i przedsiębiorcy. - Umowa, która byłaby porozumieniem między USA a UE, jest bardzo potrzebna, ale na tych zasadach na pewno nie wejdzie, bo jesteśmy jako UE zbyt silnym partnerem, by dać sobie wszystko narzucić – mówi Paweł Kowalski.

A jeśli to jednak duchy TTIP a nie tylko kampania wyborcza Donalda Trumpa?

Marcin Wojtalik z IGO przyznaje, że na razie dokument przypomina nieco umowę TTIP, takie TTIP 2, choć z wyłamanymi zębami, ale ma świadomość, że jesteśmy na etapie deklaracji intencji i trudno cokolwiek więcej teraz wyrokować. Być może niekoniecznie cały kompromis zawrze się w samej umowie handlowej, być może to też gentlemen's agrement, a więc część deklaracji zapisana nie będzie.

Mute Schimpf, specjalista ds. handlu w organizacji Friends of the Earth Europe, złudzeń nie ma. Na stronie foeeurope.org można przeczytać jego opinię: "stanowisko Kongresu USA przybliża nas do ożywienia bardzo niepopularnej umowy TTIP”.

Rolnictwo – sprawdzam

Jednym z najbardziej kontrowersyjnych obszarów negocjacji TTIP była sprawa otwarcia rynku unijnego na produkcję rolną z USA. Z obecnych rozmów ta branża została wyłączona ustaleniami z lipca 2018, ale mimo to zapisy jej dotyczące znalazły się to w celach negocjacyjnych. Dlaczego?

Chuck Grassley, czołowy amerykański senator ds. polityki handlowej mówił niedawno, że prezydent skłania się do naliczania ceł na import samochodów w nadziei, że zmusi to Brukselę do dalszego otwierania rynku UE na amerykańskie produkty rolne. A ponieważ Europa boi się amerykańskich ceł na samochody, więc może to być "instrument do negocjacji w sprawie rolnictwa”. Nie bez znaczenia jest też fakt, że amerykańscy farmerzy stanowią jedną z ważnych grup wśród wyborców Donalda Trumpa.

Dr Paweł Kowalski też nie wyklucza możliwości rozmów o rolnictwie. - Trzeba pamiętać, że zanim dochodzi do negocjacji jest zawsze budowanie pozycji negocjacyjnej – przypomina. - Jestem przekonany, że rolnictwo gdzieś się jednak pojawi. Pamiętajmy, że to czego m. in. szukamy jako UE, to zabezpieczenia na poziomie żywnościowym. Dziś UE jest w stanie sama się wyżywić, ale amerykańska żywność byłaby dodatkowym źródłem. Kowalski jest przekonany, że od tematu nie uciekniemy, choć oczywiście trzeba będzie mieć kontrolę nad tym co trafia do Europy, bo nie jest tajemnicą, że USA nadużywają różnych środków.

Bezpieczeństwo danych

Prócz rolnictwa także kwestia bezpieczeństwa danych powraca na stół negocjacyjny. Czy nasze dane będą bezpieczne? Tego obawiano się przy poprzednich negocjacjach, ale było to przed RODO. Eksperci są przekonani, że zagrożeń w związku z nową umową w tym obszarze raczej nie ma. RODO (GDPR) stosuje się również do podmiotów z USA (jeśli przetwarzają dane osób z UE) i w tym zakresie nie mogą liczyć na ulgi. Jak mówią polscy eksperci, jest raczej bezpiecznie i trudno sobie wyobrazić, żeby nowa wersja porozumienia zmieniała zawarte w RODO standardy dotyczące transferu danych do krajów trzecich.

- UE przyjęła jasne stanowisko w styczniu 2018 r., że nasze przepisy dotyczące ochrony danych nie są przedmiotem dyskusji w negocjacjach handlowych. Tak więc, jeśli spojrzeć na rzeczywistość polityczną, nie sądzimy, że na tym etapie powinniśmy się obawiać zagrożenia - tłumaczy w rozmowie z gazetaprawna.pl Léa Auffret z BEUC. - Musimy jednak podkreślić, że negocjacje między UE a USA są tylko częścią łamigłówki handlowej. Niedawno ogłoszono, że zarówno UE, USA, jak i 74 innych członków Światowej Organizacji Handlu (WTO) planuje negocjacje handlowe dotyczące "e-handlu". Obecnie "e-commerce" jest zwykle rozumiane jako transgraniczne zakupy online, choć w tym przypadku odnosi się do handlu cyfrowego w ogóle. Takie tematy jak cyberbezpieczeństwo, algorytmy, ochrona danych, są wciąż świeżymi tematami, nie możemy zgadnąć, co może się wydarzyć. Chcielibyśmy jednak uniknąć rozmów handlowych decydujących o tym, w jaki sposób UE lub jej państwa członkowskie powinny regulować każdy temat dotyczący cyfryzacji , zwłaszcza, że brakuje najnowocześniejszych przepisów dotyczących niektórych z nich. Jeżeli chodzi o ochronę danych, oczekujemy od UE, aby w praktyce zastosowała swoje stanowisko z 2018 r. i nie umieszczała tego w tabeli negocjacyjnej. Jestem pewna, że grupy konsumentów będą ściśle monitorować negocjacje w tym zakresie – zapewnia Auffret.

Niebezpieczne regulacje

Dr Kowalski uspokaja, że kwestie regulacyjne nie niosą za sobą zagrożenia. - Proces tworzenia prawodawstwa jest jednak u nas zabezpieczony – zapewnia. USA na pewno będą chciały wspierać swoje przedsiębiorstwa i nie kryją tego protekcjonistycznego podejścia, ale UE jest jako całość naprawdę bardzo silnym partnerem.

Jednak podstawowe zastrzeżenie krytyków tego punktu, to zobowiązanie UE do publikowania projektów nowych regulacji czyli tak naprawdę zaproszenie podmiotów z USA , np. firm, do procesu w europejskim procesie stanowienia przepisów legislacyjnych. Marcin Wojtalik obawia się, że skoro mają mieć prawo dostępu do informacji i uczestnictwa w konsultacjach (w dokumencie są nawet precyzyjne sformułowania na czym to miałoby polegać), to znaczy, że jest to realne uprawnienie podmiotów z USA do uczestnictwa w europejskim procesie legislacji. A to jest niebezpieczne.

Także Corporate Europe Observatory pisze, że "współpraca regulacyjna", oznaczałoby np. poluzowanie standardów w wielu obszarach, powołując się na dokument, który miał wyciec w październiku 2018 roku z Komisji Europejskiej. Ma z niego wynikać, że rozmowy mogą obejmować wiele dziedzin, od leków po przepisy UE dotyczące bezpieczeństwa żywności (w tym kontrowersyjną żywność GMO i wołowinę poddaną obróbce hormonalnej). Współpraca regulacyjna była jednym z najbardziej przeciwstawnych aspektów TTIP. Szło za nią ryzyko wprowadzenia poważnych przeszkód we wszystkim, co byłoby sprzeczne z interesami wielonarodowych korporacji w prawodawstwie UE i USA, ze szkodą dla ochrony środowiska i zdrowia. Amerykańska Izba Handlowa kiedyś nazywała współpracę regulacyjną "prezentem, który wciąż daje" dla wielkiego biznesu – przypomina Corporate Europe.I pisze, że biznes, podobnie jak poprzednio,nadal chętnie odwiedza KE. Zostało to ujawnione w wewnętrznych dokumentach, które Komisja Europejska opublikowała w odpowiedzi na wniosek w ramach unijnego prawa dostępu do informacji. W ciągu czterech miesięcy po posiedzeniu Junckera-Trumpa w lipcu 2018 r. Urzędnicy departamentu handlowego Komisji omówili transatlantycki handel z zewnętrznymi zainteresowanymi stronami w 49 spotkaniach zamkniętych. Tylko pięć z tych spotkań (dziesięć procent) było ze związkami zawodowymi, środowiskami i grupami konsumenckimi. Pozostałe 90 procent dotyczyło takich firm, jak gigant farmaceutyczny z siedzibą w USA Eli Lily, amerykańska korporacja agrobiznesu Bunge i niemiecka firma Volkswagen czy europejska federacja pracodawców BusinessEurope i Amerykańska Izba Handlowa.