DGP dotarł do pisma adresowanego do szefa sejmowej komisji finansów publicznych posła Andrzeja Szlachty wysłanego we wtorek z czterech ambasad: Niemiec, Austrii, Hiszpanii i Portugalii. To kraje, z których wywodzą się banki matki działających w Polsce: mBanku, Raiffeisena, Santandera i Millennium.

Autorzy pisma uważają m.in., że proponowany w ustawie fundusz restrukturyzacji kredytów walutowych (Fundusz Konwersji) może naruszać unijne zasady swobody zawierania umów, niedziałania prawa wstecz czy proporcjonalności. Ich nowe przepisy mogą być także sprzeczne z umowami o ochronie inwestycji. Jak podkreślają dyplomaci, wprowadzenie funduszu na obecnych zasadach może oznaczać dla banków miliardowe koszty, co może skłonić spółki będące właścicielami banków w Polsce do wystąpienia z pozwami i wniesienia roszczeń wobec naszego kraju.

Nie tylko dyplomaci interweniują w interesie bankowców. „Puls Biznesu” podał w tym tygodniu, że sześć zagranicznych banków (Santander, Commerzbank, Millennium BCP, Deutsche Bank, GE Capital, Raiffeisen Bank International), które mają frankowe spółki córki w Polsce, w połowie lutego wysłało wspólne pismo m.in. do unijnego komisarza Fransa Timmermansa. Skarżą się w nim, że projektowane w Sejmie przepisy są niezgodne z unijnym prawem, prawem lokalnym, łamią zasady swobody przepływu kapitału i naruszają prawo własności. Na liście adresatów jest jeszcze dwoje komisarzy unijnych.

Z naszych informacji wynika, że z banków popłynęły także pisma m.in. do prezydenta Andrzej Dudy, minister finansów Teresy Czerwińskiej, szefa KNF, prezesa NBP i wybranych posłów. Udało nam się dotrzeć do pisma, które w poniedziałek wysłali Austriacy z Raiffeisena. Przypominają w nim swoje dwie interwencje w sprawie projektu przygotowanego z inicjatywy głowy państwa, który ma rozwiązać problemy frankowych kredytobiorców.

W listach wskazują, że ustawa może prowadzić do niezgodnego z prawem wywłaszczenia. „W przypadku nieosiągnięcia polubownego rozstrzygnięcia RBI zastrzega sobie prawo do żądania odszkodowania z tytułu poniesionych strat w ramach międzynarodowego postępowania arbitrażowego na podstawie Umowy BIT (umowa o wzajemnej ochronie inwestycji – red.)” – czytamy w piśmie od Raiffeisena.

Z dochodzeniem praw w arbitrażu może być problem. – Na mocy ustaleń Komisji Europejskiej wewnątrzunijne umowy BIT są niezgodne z traktatami i inwestorzy z krajów członkowskich nie powinni na ich podstawie dochodzić roszczeń w arbitrażu, a w sądach w danym kraju – zwraca nam uwagę jeden z ministrów i kieruje nas do deklaracji państw UE z 15 stycznia br.

Z dokumentu podpisanego także przez przedstawicieli Niemiec, Austrii, Hiszpanii i Portugalii możemy się dowiedzieć, że „prawo Unii ma pierwszeństwo przed dwustronnymi umowami inwestycyjnymi zawartymi między państwami członkowskimi. W konsekwencji wszystkie klauzule arbitrażowe dotyczące inwestorów będące przedmiotem dwustronnych umów inwestycyjnych zawieranych między państwami członkowskimi są sprzeczne z prawem UE, a zatem nie mają zastosowania”.

Wydaje się, że jedyny inwestor, który może pójść do międzynarodowego arbitrażu po odszkodowanie, to amerykański GE Capital, któremu po sprzedaży podstawowej działalności Banku BPH został m.in. portfel kredytów hipotecznych we frankach.

Wczorajsze posiedzenie komisji finansów publicznych, na którym omawiano projekt ustawy, miało burzliwy przebieg. Frontalny atak na ustawę przypuścili zarówno przedstawiciele banków, jak i frankowiczów. Choć krytyka jest prowadzona z zupełnie innych pozycji, to celem jest utrącenie ustawy.

Krzysztof Pietraszkiewicz, prezes Związku Banków Polskich, proponował odłożenie prac o dwa tygodnie, by banki przygotowały opinie. Drugi przedstawiciel ZBP Jerzy Bańka mówił wprost, że banki są przeciwne funduszowi konwersji, bo zwiększy on koszty ich działania, co zostanie przerzucone na klientów. A przedstawiciel Lewiatana, organizacji przedsiębiorców, zwrócił się do posłów, by wystąpić do KE o notyfikację tych rozwiązań i poczekać z procedowaniem ustawy do momentu rozstrzygnięcia kwestii przez Brukselę.

Reprezentanci środowisk kredytobiorców ze stowarzyszeń Pro Futuris i Stop Bankowemu Bezprawiu wprost nawoływali do odrzucenia projektu. Argumentowali, że nie spełnia on oczekiwań frankowiczów, bo nie unieważnia umów kredytowych i nie daje możliwości ich przewalutowania po kursie z dnia wzięcia kredytu.

– Pro Futuris wyraża zdecydowany sprzeciw wobec nazywania druku projektem pomocy czy wsparcia dla frankowiczów, czy realizacją zobowiązania prezydenta. To świetna ustawa, tylko powinna wejść w życie 30 lat temu – oświadczył Andrzej Stępkowski, prezes Pro Futuris.

Zdaniem autorów projektu jest on złotym środkiem: stara się pomóc kredytobiorcom tak, by nie uderzyć w sektor bankowy i gospodarkę. – Projekt zmierza do rozwiązania problemu, choć nie jest to rozwiązanie kompleksowe – mówił szef komisji finansów Andrzej Szlachta.

Opozycji to nie przekonało. – Dziś wprowadzamy podatek bankowy dla obywateli numer dwa. To na pewno przełoży się na ceny usług bankowych, a czy pomoże kredytobiorcom? Wątpliwe – mówiła Paulina Hennig-Kloska z Nowoczesnej.

Krytyczni byli także politycy PO oraz Kukiz’15. – Nie chcemy przykładać ręki do stwarzania wrażenia, że coś zostało zrobione. To cynizm level hard. Ustawa zostanie zaskarżona do instytucji unijnych, a państwo powiecie: chcieliśmy pomóc, a UE nam nie pozwala – mówił Paweł Grabowski z Kukiz’15. Proponował, by komisja wróciła do prac nad resztą projektów ustaw frankowych.

Ustawa miałaby wejść w życie od 1 lipca. Do drugiego czytania trafi najwcześniej na marcowym posiedzeniu Sejmu. Gorąca atmosfera na komisji pokazuje, że PiS ma z nią duży problem. Jej wejście w życie miało spełnić obietnicę Andrzeja Dudy w miarę możliwości gospodarki. Ale krytyka z dwóch stron może sprawić, że koszty polityczne wdrożenia tego rozwiązania zostaną ocenione jako zbyt wysokie.

Po kilku godzinach posiedzenie zostało przerwane. Prace nad projektem prezydenta jeszcze się nie zaczęły. Posłowie mają wrócić do nich dziś.