Upolitycznianie gospodarki to realny problem. Pokusie tej ulegają nawet pozornie najuczciwsi.
Reklama
Magazyn DGP / Dziennik Gazeta Prawna
Słyszeliście o aferze? Czech Media Invest, właściciel grupy Eurozet, w skład której wchodzi m.in. Radio Zet, chce ją sprzedać, zaś Fratria, wydawca tygodnika „Sieci”, zamierza – według portalu WirtualneMedia.pl – ją kupić.
Nie brzmi aferalnie? Jeszcze nie. Przecież na wolnym rynku w tym cały ambaras, by dwoje chciało naraz – a tu jak najbardziej chcą. Więc w czym problem? Dlaczego tak wielu mówi o tej możliwej transakcji podniesionym tonem? Dla Jarosława Kurskiego z „Gazety Wyborczej” byłaby ona wręcz „zbrukaniem dzieła Andrzeja Woyciechowskiego, założyciela Zetki”. Propisowscy właściciele Fratrii przejmujący rozgłośnię, która powstała w środowisku ludzi obecnie zdecydowanie wrogich ugrupowaniu Jarosława Kaczyńskiego, to chichot historii, ale czy skandal?
Przepychanki obozów polityczno-ideologicznych to rzecz powszednia i dość nudna, dlatego zakusy Fratrii można by uznać za ambicjonalny policzek wymierzony środowisku Agory, gdyby nie to, że faktycznie ta konkretna sytuacja nosi w sobie zalążek prawdziwego skandalu. Chodzi o możliwe upolitycznienie bankowości i uczynienie innych branż naszej gospodarki bardziej podatnymi na kryzysy.

Reklama

Refraternizacja bankowości

Transakcję zakupu Eurozetu ma podobnież kredytować Pekao SA – i to na 50 mln euro. Bank został w 2017 r., jak to wówczas określił premier Mateusz Morawiecki, „udomowiony”, czyli przejęty od włoskiego Unicreditu przez państwowe PZU oraz Polski Fundusz Rozwoju. Mądrej głowie dość dwie słowie, ale niektórzy mogą być jeszcze zaspani. I dla nich wyjaśnienie: Fratria to spółka prywatna wydająca tytuły o jednoznacznie prorządowej linii. Czy sytuacja, w której de facto rządowy bank może dać pieniądze takiej firmie na przejęcie innej spółki medialnej od zagranicznego właściciela, jest zdrowa?
Można przypuszczać, że za tą transakcją kryje się repolonizacja mediów, o której politycy PiS trąbią od początku rządów. Mateusz Morawiecki narzekał na „pożal się Boże neutralność (…) mediów strony przeciwnej”, które to wraże media mają – o zgrozo – „80 proc. siły rażenia”. Ale repolonizację mediów trudno przeprowadzić w sposób nienaruszający prawa. Łatwiej robić to pośrednio, nieformalnie, choćby urągało to demokratycznym oraz rynkowym standardom, sankcjonując kolesiostwo i upolityczniając zarządzanie bankami.
To upolitycznienie banków może służyć zarówno finansowaniu patriotycznych przejęć istniejących firm, jak i tworzeniu nowych – i nic dziwnego, że to właśnie je zrepolonizowano najpierw. Skarb Państwa kontroluje największy krajowy bank PKO BP, objął też kontrolę nad drugim pod względem wielkości Pekao SA, ale możliwe, że na tym nie poprzestanie. We wrześniu 2018 r. mówiło się, że na celowniku są Raiffeisen Bank Polska i Raiffaisen-Leasing Polska. Pierwszy miałby stać się zależny od Alior Banku (własność PZU), drugi – od PKO BP. Przejmowanie zagranicznych instytucji bankowych ułatwić może rządowi ich osłabiona ostatnim kryzysem finansowym kondycja. Sektor ma spore problemy i musi ograniczać działalność – np. z Polski wycofał się Deutsche Bank, który oddał część detaliczną działalności Hiszpanom z Santandera BZ WBK. Domniemana chęć przejęcia przez państwo Getin Noble Banku Leszka Czarneckiego (sugerował ją były już prezes Komisji Nadzoru Finansowego) także wynikać miała z trudnej sytuacji biznesowej Getinu.
Premier Morawiecki jest przekonany, że „mając większość sektora bankowego w polskich rękach, możemy lepiej kontrolować politykę kredytową”. Oficjalnie chodzi o to, żeby w razie kryzysu nikt nie odciął naszej gospodarce kurka z kredytem. Problem w tym, że większa własność państwa w bankowości wcale nie jest automatycznie lepszą kontrolą. Gdy czynnik polityczny wchodzi w rachubę, na drugi plan schodzą kryteria ekonomiczne. Banki przestają służyć gospodarce, a zaczynają odpowiadać potrzebom tylko wytypowanych przez polityków firm. Taka repolonizacja, czy może po prostu refraternizacja, gospodarkę osłabia i – wbrew oficjalnym intencjom polityków – zwiększa jej podatność na kryzysy: od bankowego i finansowego po gospodarczy, z wysokim bezrobociem, podatkami na ratowanie banków i spadkiem PKB włącznie.

To już się dzieje

A może niepotrzebnie biję pianę? Do kupna Eurozetu przez Fratrię jeszcze nie doszło. Fakt. Rozsądniej jest jednak alarmować, zanim coś się stanie niż wzniecać raban, gdy mleko zostało rozlane, prawda? Zwłaszcza że nawet jeśli Fratria nie przejmie Eurozetu za pieniądze Pekao, to procesy, przed którymi ostrzegam, już zachodzą. Skutkująca upolitycznieniem repolonizacja gospodarki obejmuje już nie tylko kolejne banki i zaniechanie prywatyzacji, lecz także np. hotele. Tak, bo rząd tworzy Polski Holding Hotelowy. Do tego dochodzi produkcja żywności. W Bielsku Podlaskim powstanie państwowy zakład ubojowy (nie wiadomo już więc, czy deklaracja ministra Piotra Glińskiego, że „przydałoby się, żeby Lidl był polski”, która padła w rozmowie z Robertem Mazurkiem, to zwykły żart). No i mamy „wreszcie” znów państwowe stocznie – rząd z pomocą PFR zrepolonizował Stocznię Gdańsk. Patriotyczne zakusy rządu rosną i właściwie nie wiadomo już, czy istnieje branża, w której nie czuje się on kompetentny działać i konkurować z firmami prywatnymi.
Jednak przedsiębiorcze państwo to najgorsze, co może się nam przytrafić. Bo wówczas zaczynamy mieć do czynienia ze skrajnie nieuczciwą konkurencją – spółki państwowe lub przez państwo kontrolowane są prawnie faworyzowane, a w wypadku problemów ratowane pieniędzmi podatników. Zazwyczaj też przychylniejszym okiem patrzy na nie także administracja publiczna (np. fiskus). Im repolonizacji więcej, tym bardziej niebezpiecznie się robi, bo – zejdźmy na ziemię – dokonują jej nie anioły o wybitnych kwalifikacjach, lecz polityczni spadochroniarze. Bez względu na to, która rewolucyjna frakcja rządzi.
To właśnie owo upolitycznienie mechanizmów gospodarczych stanowi zarzewie potencjalnych kryzysów. Zanim oskarżycie mnie o przesadę, bo przecież jesteśmy cywilizowanym krajem europejskim, spójrzcie w górę mapy naszego kontynentu, na kraje nordyckie, a zwłaszcza na ten po prawej. Na Finlandię, znaną z linii Mannerheima, niskich temperatur, Nokii i największego wskaźnika zespołów metalowych na milion mieszkańców (630!), ale też z nieposzlakowanej opinii jednego z najmniej skorumpowanych państw świata (według Transparency International mniej skorumpowane są tylko Nowa Zelandia i Dania). To właśnie ten ociekający uczciwością kraj, do pewnego stopnia upolityczniając bankowość, zwykłą recesję z początku lat 90. XX w. przekształcił w potężny kryzys o skutkach dla siebie poważniejszych niż wielki kryzys lat 30.

Nawet Finowie umieją oszukiwać

Oficjalną historię fińskiego załamania pisano tak, by wpasowała się w antyrynkową narrację. Taką, w której to zawirowaniom gospodarczym winny jest wolny rynek, a politykom przypada chwalebna rola ograniczania strat. Ale królestwo dla śmiałka, który po wniknięciu w detale historii Finlandii znajdzie dowody potwierdzające tak jednoznaczny i uproszczony obraz świata.
W ciągu 20 lat poprzedzających kryzys z okresu 1991–1993 fińska gospodarka rosła w tempie 1–2 proc. PKB rocznie. Jest to nieszczególnie wybitne osiągnięcie jak na kraj, który dorobił się 44 tys. dol. PKB na głowę mieszkańca (dane z 2017 r.) Finlandia najszybciej wypracowywała bogactwo w okresie 30 lat po II wojnie światowej, liberalizując handel, wprowadzając proinwestycyjne rozwiązania i nie przyjmując pomocy z planu Marshalla. W latach 70. Finowie poczuli się jednak już na tyle bogaci, by rozpocząć budowę państwa opiekuńczego, radykalnie zwiększając redystrybucję dochodu. To mocno obciążało gospodarkę, ale było kompensowane m.in. boomem na rynku nowych technologii (m.in. Nokia) czy przychodami z wciąż mocnego przemysłu papierniczego. Uśpiło to ich czujność.
W końcówce lat 80. spowolniły gospodarki Europy Zachodniej, a i Związek Radziecki, ważny partner eksportowy Finlandii, zaczął chylić się ku upadkowi. W zależnym od globalnej koniunktury kraju tąpnęło. „PKB skurczył się o 10 proc., bezrobocie wzrosło do 18 proc.” – pisze Riitta Hjerppe z Uniwersytetu Helsińskiego w jednej z prac. Kryzys trwał 3 lata.
Często winę za ten krach zrzuca się na deregulację rynków finansowych w latach 80., która wywołała boom i szalone inwestycje, a przez to wystawiła kraj na ryzyko krachu. Finlandia tamtych czasów dorobiła się nawet przydomka „gospodarki-kasyna”, w której gracze obstawiali nierentowne zakłady. Chciwość kapitalistów nie jest jednak wystarczającym wyjaśnieniem problemów. Trzeba pamiętać, że sektor bankowy i finansowy przed kryzysem był (mimo liberalizacji gospodarki w innych sferach) przeregulowany. W efekcie powstał na nim oligopol, a choć nie było konkurencji, rentowność banków była niewielka. Fińska polityka ekonomiczna systemowo głodziła ambitne wilki finansów. Deregulacja, umożliwiająca nagłe i znaczne zwiększenie akcji kredytowej, była jak wypuszczenie tych wygłodzonych drapieżników z klatek. Rzucały się na każdą możliwą okazję inwestycyjną. Przejedzenie po latach postu może mieć śmiertelne skutki, ale niestety nie było komu przed tym ostrzegać, bo fiński nadzór finansowy zachowywał się biernie, pozwalając na łamanie różnego typu przepisów ostrożnościowych. Słowem, najpierw państwo niczym nadopiekuńcza niańka powstrzymywało rozwój bankowości, a potem puściło ją samopas, zawodząc w swojej podstawowej funkcji – strażnika.
Dwa duże i bolesne bankructwa naznaczyły i pogłębiły fiński kryzys. W 1991 r. upadł SKOP, wspólny bank sieci kas oszczędnościowych. Trudną sytuację SKOP chciał wykorzystać Kauko Juhantalo, ówczesny minister handlu, proponując bankowi, że rząd wykupi jego toksyczne aktywa w zamian za udzielenie mu osobistej „pożyczki” – dostał potem za tę propozycję wyrok w zawieszeniu. W 1992 r. upadł syndykalistyczny bank STS, należący do fundacji kontrolowanych przez lewicowych polityków. Jego zarząd rozdawał kredyty jak leci socjalistycznym ziomkom czy dobrze ustawionym politycznie członkom związków zawodowych, zupełnie nie przejmując się ryzykiem. Szacuje się, że aż 40 proc. kredytów udzielanych przez ten bank było przyznawanych wbrew jego własnym oficjalnym kryteriom. Gdyby nie zarządzona przez władzę pomoc w wysokości 2 mld marek fińskich (500 mln euro), deponenci banku straciliby oszczędności. Problem w tym, że i tak stracili na tym wszyscy Finowie – była to bowiem pomoc podatników. Ulf Sundqvist, szef banku, również dostał wyrok w zawieszeniu za oszustwa.
Morał z tego taki, że w sprzyjających okolicznościach kolesie zaczynają harcować nawet w kraju tak uczciwym jak Finlandia, a co dopiero gdy mowa o Polsce.

Smutny Vargas Llosa

Fiński kryzys to jeden z wielu przykładów turbulencji wzmocnionych przez upolitycznienie gospodarki. Na szczęście dla siebie Finowie szybko ten proces zatrzymali, wpuszczając do siebie więcej zagranicznego kapitału. Dzisiaj notowane na tamtejszej giełdzie firmy należą w 80 proc. do „obcych” (i nikt nad tym nie ubolewa). Finowie są świadomi, że recesja początku lat 90. XX w. byłaby łagodniejsza, gdyby nie niejasne układy między bankami a politykami. To wyjątkowo znamienne, bo przecież kolesiostwo nie było u nich nawet w promilu tak rozwinięte i zakorzenione, jak to jest po dziś dzień w wielu innych państwach.
Smutne studium przypadku dostarczają państwa Ameryki Łacińskiej. Tam patriotyczne hasła wznoszone przeciwko obcemu kapitałowi po to, by podzielić majątek narodowy między swoich, wciąż mają posłuch. Ostatnio doprowadziły do bankructwa Wenezueli, wciąż trzymają Kubę pod butem komunistów, a wynikające z nich problemy trapiły, jak zauważa Peruwiańczyk Alvaro Vargas Llosa, ekonomista i syn słynnego pisarza Mario, większość państw regionu. Dzisiaj przejawiają się ich relatywnym ubóstwem. „Na nasze działania polityczne silnie oddziaływały idee ekonomii rozwoju autorstwa Raula Prebischa, które zalecały zastępowanie importu rodzimą produkcją oraz zdecydowane działania rządu (...). W ramach tej tradycji pojawili się najpierw Vargasowie, Peronowie, Lazaro Cardenasowie oraz Estenssorosowie, a potem Velasco i Castro. Pod koniec lat 60. i 70. etatyzm osiągnął szczyt, wywołując falę nacjonalizacji” – pisze Vargas Llosa w zbiorze felietonów „Mit Che”. Chociaż liberalne reformy lat 80. i 90., w tym częściowa prywatyzacja, przyniosły Ameryce Łacińskiej wzrost, to nie był on zadowalający. „Reformy te były skażone błędem filozoficznym nieodróżniania gospodarki prywatnej od wolnej gospodarki. Państwo nie przestało pełnić decydującej roli w kształtowaniu rynku i materialnych losów ludności” – zauważa ekonomista. Upolitycznienie procesów gospodarczych w Ameryce Łacińskiej przełożyło się na konkretne krachy, m.in. największy z nich – kryzys zadłużenia z 1982 r., gdy Brazylia, Meksyk i Argentyna przestały radzić sobie z obsługą długów zagranicznych zaciągniętych pod budowę infrastruktury i industrializację. Na terenach miejskich realne płace spadły wtedy o ponad 20 proc.
Upolitycznienie gospodarki bywało także przyczyną kryzysów w Ameryce Północnej i Azji. W USA w wywołaniu kryzysu finansowego 2008 r. miały znaczący udział pół-prywatne a pół-publicznie instytucje hipoteczne Fannie Mae i Freddie Mac. W Azji kolesiostwo rozregulowało w 1997 r. rynki m.in. Tajlandii, Malezji, Filipin i Indonezji, a dzisiaj może zniszczyć potęgę Chin. Tam cały sektor bankowy należy do państwa, a ekonomiści od lat wskazują na związane z tym problemy: preferencyjne i nadmierne finansowanie przedsiębiorstw należących do członków partii, w wyniku czego dochody z budowy infrastruktury nie pokrywają kosztów inwestycji. Ogólny przyrost kredytu w Chinach przekracza roczny wzrost PKB, co daje podstawy, by sądzić, że w końcu i one będą miały własny poważny krach. Kraj mknie w jego kierunku w wygodnych fotelach superszybkich kolei, rozwijających prędkość do 350 km/h. Mają one robić (i robią) wrażenie na zagranicy, pokazując chińską potęgę, ale ta korzyść ma cenę w postaci nawarstwiającego się zadłużenia: do 2020 r. dług Kolei Chińskich wzrośnie o 60 proc.
Bańka w końcu pęknie i znów okaże się, że nacjonalizm w polityce gospodarczej się nie sprawdza. Może wtedy świat wreszcie w końcu uwierzy, że polityka naprawdę może być źródłem kryzysów częściej niż zwykło się sądzić? Wy może już to wiecie, a więc domyślacie się też, dlaczego miałaby być źródłem cierpień.

Prawdziwe cierpienie

W 1930 r. Zygmunt Freud opublikował książkę „Kultura jako źródło cierpień”. Przekonywał w niej, że kultura, wynik sublimacji naszych popędów, nakłada na nas konieczność powściągania naturalnych odruchów ze szkodą dla naszego zdrowia psychicznego. Nie wiem, czy miał rację – można argumentować, że kultura nasze cierpienia łagodzi. Co innego polityka. W jej wypadku istnieje pewność, że – przynajmniej w gospodarczym kontekście – nader często bywa przyczyną cierpień. Zaburza naturalne funkcjonowanie rynku i wywołuje kryzysy, a te przekładają się na czyjeś realne zubożenie.
Polityka jednak rzadko zubaża najbogatszych i ustosunkowanych. Najczęściej cierpią ludzie zwyczajni, dla rządzących będący jedynie średnią statystyczną. Ostatnio przekonali się o tym chociażby Portorykańczycy, którzy za namową polityków i bankierów masowo inwestowali w obligacje skarbowe rządu własnej wyspy, by w wyniku jego bankructwa stracić od 50 do 80 proc. oszczędności. Portal CNBC przytacza w jednym z materiałów historię 97-letniej staruszki, której leczenie przed kryzysem finansowano z odsetek z takiego opartego na obligacjach funduszu oszczędnościowego, a która po krachu pozostała bez grosza. Podobnych historii były tysiące tylko w przypadku jednego kryzysu w państewku zamieszkanym przez 3,3 mln osób, a przecież w ciągu ostatnich 40 lat państwa świata doświadczyły ponad 40 kryzysów.
Niestety, wyborcy często łapią się na lep wielkich idei i pięknych słów (o odnowie moralnej, dobrej zmianie, patriotyzmie itd.), którymi politycy uwielbiają szermować, a w które stroją zwykły cynizm i krótkowzroczny egoizm. Lecz czy ludzkie ułomności, a przede wszystkim chciwość, da się z polityki wyplenić? Byłby to śmieszny i skrajnie nierealistyczny postulat. To w polityce właśnie ułomności rozkwitają. Jak mawiał Lord Acton, XIX-wieczny brytyjski polityk i filozof, władza korumpuje. Ale coś zrobić można.
Należy uzbroić się w sceptycyzm wobec politycznych deklaracji. Tym mocniejszy, im one wznioślejsze. I w sceptycyzm bezpartyjny – zakładający nieufność zarówno wobec Jarosława Kaczyńskiego, jak i Donalda Tuska, Janusza Korwin-Mikkego i Adriana Zandberga. W polityce i gospodarce nie bierzmy niczego na wiarę. Żądajmy dowodów. Bez wątpliwości nie uda się wypracować skutecznych mechanizmów kontroli i rozliczania władzy z jej nadużyć.