W ostatnich dniach pojawiły się w przestrzeni publicznej dwie podobne liczby. Resort finansów w tym roku sprzedał obligacje detaliczne za 11,6 mld zł. Czyli te przeznaczone dla drobnych ciułaczy. Minister finansów wyraziła przekonanie, że tegoroczny deficyt budżetowy będzie w pobliżu 0,5 proc. PKB. Samo PKB w tym roku będzie w okolicach 2,1 bln zł, a pół procent od tej liczby to 10,5 mld zł.
Wygląda na to, że w tym roku kwoty ze sprzedaży samych obligacji detalicznych wystarczą, aby sfinansować cały deficyt budżetowy. Czyli mamy sytuację, w której rząd może w ogóle obejść się bez inwestorów zagranicznych, dużych funduszy i banków, którzy tradycyjnie są głównymi odbiorcami emitowanego przez państwo długu.
Ale to sytuacja nie do końca prawdziwa, bo 2,6 mld zł w całej kwocie uzyskanej ze sprzedaży obligacji detalicznych to papiery trzymiesięczne sprzedawane przed wrześniem, czyli takie, które rząd już wykupił. Ale nawet przy takiej poprawce okazuje się, że pomoc ze strony inwestorów detalicznych w finansowaniu deficytu wynosi w tym roku 9 mld zł (11,6 mld całości sprzedaży minus 2,6 mld sprzedanych i wykupionych już obligacji trzymiesięcznych). A nie mamy jeszcze danych za grudzień. Czyli nadal zupełnie możliwe jest, że wpływy ze sprzedaży obligacji detalicznych pokryją w tym roku deficyt budżetowy (a może nawet cały deficyt sektora finansów publicznych) w całości. To niesamowita i bardzo wygodna dla rządu sytuacja.
Reklama
Popularność obligacji detalicznych rośnie systematycznie, ale w ostatnich miesiącach dzieje się to wyjątkowo szybko. W październiku zainwestowaliśmy w nie aż półtora miliarda złotych, a w listopadzie niewiele mniej. Jednocześnie od kilku miesięcy mamy odpływ kapitału z funduszy inwestycyjnych. Można się domyślać, że to efekt wzrostu niepewności i spadku zaufania, po tym jak wiosną wybuchła opisywana w DGP afera GetBacku. W kolejnych miesiącach w kontekście tej afery wymieniane były niektóre TFI, co musiało skłonić inwestorów do wycofania pieniędzy. Część mogła następnie trafić na rynek obligacji skarbowych. Podobny strumień mógł tam napłynąć ze strony rynku obligacji korporacyjnych, który również mocno ucierpiał przez GetBack.
Można więc dojść do wniosku, że na skutek zbiegu okoliczności, przez jedną dużą aferę, pół roku później rząd znalazł się w niezwykle komfortowej sytuacji, jeśli chodzi o finansowanie deficytu budżetowego.
Są również bardzo ciekawe konsekwencje tej sytuacji na profesjonalnym rynku obligacji skarbowych. Rentowność polskich papierów wyraźnie maleje, co jest dla państwa bardzo korzystne. Kiedy tylko rząd zapragnie sprzedać inwestorom kolejną porcję, będzie mógł dostać za nie lepszą cenę (niższa rentowność wynika ze wzrostu ceny) i w przyszłości płacić relatywnie mniejsze odsetki.
Rentowność obligacji maleje, a cena rośnie, ponieważ zdecydowanie spadła podaż nowych obligacji na rynku. Ostatni przetarg na nie odbył się jeszcze w październiku. Kolejnych nie ma, bo po pierwsze, sytuacja budżetu wygląda świetnie, a po drugie, są obligacje detaliczne. To sprawia, że banki, fundusze inwestycyjne czy też emerytalne muszą bić się między sobą o te papiery, które są na rynku wtórnym. Walcząc o nie, podbijają ceny. Efekty tej walki widać zwłaszcza w przypadku tych bardziej krótkoterminowych obligacji.
Rentowność obligacji dwuletnich spadła właśnie poniżej 1,40 proc. Te jednoroczne są już poniżej 1 proc. To poziomy bardzo bliskie rekordom wszechczasów. To również poziomy poniżej oficjalnej stopy NBP, która od kilku lat wynosi 1,5 proc. Równie ciekawe jest to, że odsetki od obligacji dwuletniej dla drobnego inwestora indywidualnego są na znacznie wyższym poziomie: 2,1 proc. rocznie. Tego segmentu rynku spadek rentowności więc nie dotyczy.
Mamy zatem sytuację, w której inwestycja w dwuletnie obligacje rządowe zwykłemu ciułaczowi opłaca się przyzwoicie, ale na przykład dużemu bankowi przynosi mniejszy dochód niż inwestowanie przez rok w siedmiodniowe bony pieniężne NBP, których oprocentowanie jest zależne od stopy NBP. To bardzo dziwna i jednocześnie niezmiernie korzystna dla rządu sytuacja. Wygląda to tak, jakby po prostu na tym „dużym” rynku było za mało państwowego długu. A jest go za mało, bo nagle funduszom, inwestorom zagranicznym i bankom przybył na rynku istotny konkurent w postaci tłumu detalicznych inwestorów indywidualnych.