Pikalowo, Rosja, 2009 r. Władimir Putin, wówczas premier, wizytuje zamkniętą w wyniku kryzysu gospodarczego fabrykę aluminium, wcześniej główne miejsce zatrudnienia w tym 20-tysięcznym miasteczku. „Biegacie jak karaluchy, odkąd dowiedzieliście się, że przyjeżdżam, a wcześniej nie kiwnęliście palcem, żeby naprawić sytuację. Zależy od was życie tysięcy ludzi, a wy kierujecie się zwykłą chciwością. Jeśli nie dojdziecie do porozumienia, ta fabryka i tak ruszy ponownie, ale bez was” – Putin surowym głosem informuje właścicieli, których ściągnął tu z innych stron Rosji. Wśród nich jest Oleg Deripaska, oligarcha z majątkiem dzisiaj wartym już „tylko” ok. 3 bln dol., ale wówczas jeszcze w ścisłej czołówce najbogatszych Rosjan. „Podpisujcie ugodę! Wszyscy podpisali? Deripaska, podpisałeś? Nie widzę podpisu...” – zwraca się Putin do biznesmena, który kornie podchodzi do stolika i używając pożyczonego od premiera długopisu, sygnuje umowę mającą postawić zakłady na nogi. „Oddaj mój długopis” – usłyszy jeszcze, zanim wróci na swoje miejsce.

Magazyn DGP

Magazyn DGP

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Skąd wiemy, że w ogóle doszło do tak kuriozalnej sytuacji? Szef rządu Rosji rozkazuje prywatnym przedsiębiorcom, co mają robić ze swoimi firmami? Może to plotka powielana przez opozycję?

Skądże! Nie ma w tym nic z tajemnicy. Scena ta odbyła się przy świadkach i w towarzystwie kamer. Pełne wideo jest do obejrzenia na YouTubie. Dlaczego jednak biznesmeni tak posłusznie Putina słuchają? Boją się go?

"Styropianowe czasy". Prezydent w rocznicę stanu wojennego przywołuje anegdotę z Lechem Kaczyńskim>>>

Jaśni jak słońce

To też, ale przede wszystkim łączą ich interesy, których ogniskową jest właśnie Putin. Władza w Rosji ma tak bliskie relacje z biznesem, że stają się one jednym i tym samym. Nikt zresztą tego nie ukrywa. Ostentacyjność ta bywa nawet – jeśli tak, jak w Pikalowie wykorzystuje się ją do rzekomej obrony pokrzywdzonych ludzi – oklaskiwana przez obywateli. Bohaterami podobnych nagrań, gdy władca udziela biznesmenom nagan, są m.in. dyktator Białorusi Alaksandr Łukaszenka czy Nicholas Maduro, prezydent Wenezueli.

Ręczne sterowanie to normalka w niedemokratycznych reżimach. Są one zazwyczaj również oligarchiczne bądź w szybkim tempie ulegają oligarchizacji. Straszna sprawa. Przywódcy Zachodu chcieliby, żebyśmy wierzyli, że liberalnych demokracji to nie dotyczy. Że istnieją dwa modele kapitalizmu. Nasz – może niedoskonały, ale cywilizowany i pozbawiony korupcji, i ich – zły, kolesiowski, budowany na wzajemnym korumpowaniu się: rządu przez biznes i biznesu przed rząd. W wierze tej utwierdza nas słynny wskaźnik poziomu korupcji na świecie przygotowywany co roku przez organizację Transparency International. Tak miło spojrzeć na mapę świata, którą indeks ów jest ilustrowany: USA, Kanada, Anglia, kraje nordyckie, Niemcy, Australia lśnią w kolorze słońca – wolne od korupcji. Trwoga zaś zdejmuje, gdy widzimy, jak Azja, Afryka czy Ameryka Południowa pogrążają się w odmętach korupcyjnej głębokiej czerwieni.

Polska w tym kontekście wypada niemal dokładnie tak, jak wskazywałoby jej położenie geograficzne. Średnio. Terytorium naszego kraju zamalowano w odcieniu pomarańczy (zajmujemy w tym rankingu 36. miejsce na 180 państw), co ma oznaczać, że powiew cywilizacji do nas dotarł, ale opary barbarzyństwa jeszcze unoszą się w powietrzu. Musimy się, mówią zachodnie elity, zdecydować co do modelu polityczno-gospodarczego – czy chcemy zmierzać na Zachód, w stronę cywilizowanej Brukseli, czy na Wschód, w stronę orków z Moskwy?

Ostatnia afera wokół Komisji Nadzoru Finansowego, której (anty)bohaterem jest jej były już przewodniczący, świadczyć może, że obieramy kierunek wschodni. Oto urzędnik umocowany przez wysoko postawionych polityków próbuje szantażem skłonić biznesmena do przekazania mu łapówki. Tak właśnie rodzi się modelowy system oligarchiczny – władcy (urzędnicy) robią biznesmenom przysługę, którą ci najpierw muszą przyjąć, a potem się za nią odwdzięczyć. Na początku ta relacja przypomina „współpracę” pomiędzy sklepikarzem a pseudofirmą ochroniarską wymuszającą haracze za rzekomą protekcję, jest więc pasożytniczna, w końcu jednak zamienia się w symbiozę państwa i (części) biznesu kosztem reszty społeczeństwa. W plutokrację.

Wyjaśnić to łatwo: niektóre z przysług są dla biznesu naprawdę korzystne („A może chciałbyś monopol w swojej branży?”). Im więcej przysług i ich beneficjentów, tym sieć wzajemnych powiązań coraz bardziej się gmatwa. Nie wiadomo już, kto kogo szantażuje i przekupuje. Drugi akt afery KNF może świadczyć, że Polska znajduje się już w tym stadium. Oto zatrzymano byłego wiceszefa tej instytucji pod zarzutem niedopełnienia obowiązku nadzoru nad SKOK-ami. I teraz część zabawna: te firmy pożyczkowe powiązane są z politykami obecnie rządzącej ekipy, którzy to politycy wcześniej przez lata lobbowali... za nieobejmowaniem tych firm państwową kontrolą. Rozumie ktoś coś z tego? Nie? Właśnie o tym piszę.

Chiński pijaczyna

To jednak, że Polska dryfuje w stronę Wschodu, nie znaczy wcale, że oddala się od oazy uczciwości i przejrzystości, którą miałby stanowić model zachodni. Kto tak twierdzi, nie zdaje sobie sprawy, że Waszyngton czy Bruksela używają po prostu lepszych kosmetyków niż Moskwa czy Pekin do tuszowania podobnych występków: budującej oligarchię korupcji na wielką skalę.

Zanim wyjaśnię, co mam na myśli, ważne zastrzeżenie: nie odczytujcie tego tekstu jako pochwały lub choćby nawet delikatnej aprobaty dla rosyjskiego systemu oligarchicznego czy w ogóle jakiegokolwiek jawnie, czy niejawnie skorumpowanego niezachodniego ustroju. Naprawdę nie mamy czego zazdrościć Somalii, Sudanowi Południowemu, Libii, Wenezueli, Rosji czy Chinom. Grzechy tych państw są dobrze znane, a korupcja jest zaledwie jednym z nich. Największy to często brak poszanowania praw jednostki: niepokorni po prostu są tam „znikani”.

Wspomniane rządy łatwo demaskować jako złe. Chiny np. tak zacięcie „walczą z korupcją”, że mimo iż w ciągu ostatnich 6 lat odbywało się tam rocznie średnio 50 aresztowań wysokich oficjeli oskarżonych o korupcję, a milion stanowisk urzędniczych objęto antykorupcyjnym nadzorem, sytuacja nie poprawiła się ani trochę. Dzieje się tak, bo mimo wieloletnich procesów liberalizacji chińska gospodarka wciąż należy w większości do państwowych molochów energetycznych i wydobywczych oraz do wyłącznie państwowych banków. Nie prywatyzuje się ich, nie dlatego, że służą dobrze gospodarce, ale dlatego, że służą partii. Korupcja w Chinach to mechanizm nieustannego uwłaszczania się dygnitarzy partii komunistycznej, bez niej kapitalizm by się im po prostu nie opłacał – woleliby trwać przy totalitarnym modelu maoistowskim. Śmiechu warte są oświadczenia chińskich liderów, że chcą w swoim kraju wzmacniać rządy prawa i w ten sposób zwalczać korupcję. Idea państwa prawa zakłada bowiem, że władza jest rozliczalna. Jak zaś rozliczać władzę, która sama dla siebie jest ostateczną instancją i ostatecznym prawem?

O ile Chiny są jak parkowy pijaczek, który żebrząc o kilka złotych, udaje (choć nikt mu nie wierzy), że zbiera na coś innego niż alkohol, o tyle Rosja nie dba nawet o taki kamuflaż. Ekonomista Andriej Iłłarionow, który kiedyś pełnił funkcję gospodarczego doradcy prezydenta Rosji, przekonuje, że Putin jako absolwent prawnego fakultetu doskonale rozumie ideę rządów prawa, ale ją świadomie odrzuca. – Jego podejście do prawa jest takie, jak podejście dawnych chińskich cesarzy. Prawem jest to, co cesarz ogłosi, a nie jak w przypadku rządów prawa to, co wynika z prawa naturalnego, np. prawo do życia, wolności czy do własności – mówi Iłłarionow.

Niestety, antyoligarchiczny raban należałoby wznieść także w stronę złoczyńców lepiej dbających o pozory: żółtych państw z rankingów Transparency International. Ustrojów zachodnich.

Na Zachodzie korupcja i kolesiostwo to też zjawiska realne. Zostały jednak przypudrowane niejasnym, ale opartym na wzniosłych hasłach prawem, ukryte pod siecią skomplikowanych powiązań personalnych, mających często charakter pośredni, więc trudniejszy do wyśledzenia, opisane przewrotnie jako konieczne elementy demokracji.

Szef EBC w tajnym stowarzyszeniu

Nassim Nicholas Taleb, amerykański filozof i trader, powtarza, że „w biednych krajach oficjele przyjmują łapówki w kopercie, w Waszyngtonie przyjmują niewypowiedzianą wprost obietnicę pracy dla dużych korporacji”. Na Zachodzie zmienia się więc forma korupcji, ale jej istota pozostaje niezmienna. Chodzi o to, by kosztem społeczeństwa bogaciły się wąskie grupy.

Do klasycznych przykładów osób, które w zachodnim kapitalizmie kolesiów czują się jak ryba w wodzie, należy np. Henry Paulson. Najpierw karierę zrobił jako pracownik administracji prezydenta Nixona, potem pracował przez lata jako prezes Goldman Sachs i znów wrócił do rządowej administracji, by za rządów Georga W. Busha objąć funkcję sekretarza skarbu. O związanym z Goldman Sachs Paulsonie wiemy, wiemy też o innych ważnych związanych z biznesem osobach sprawujących „przypadkiem” rządowe funkcje w USA (w administracji Trumpa roi się od takich, by wymienić chociażby Stevena Mnuchina, obecnego sekretarza skarbu, który dawniej pracował w Goldmans Sachs). A o ilu jednak tego typu karierach, tych niższych rangą i mniej rzucających się w oczy urzędników, nie wiemy? A to właśnie takie kariery są spoiwem niezdrowej relacji polityki i biznesu.

W Europie Zachodniej wcale nie jest lepiej. Na przykład od historii byłego kanclerza Niemiec Gerharda Schroedera można by wręcz zaczynać wykłady o korupcji politycznej. Schroeder tuż przed końcem swojej kadencji zgodził się na budowę gazociągu Nord Stream przez rosyjski Gazprom, a potem... objął szefostwo nad spółką, która gazociąg ów miała budować. Obok Schroedera w kontekście niezdrowych relacji między polityką a biznesen w Europie wymienić trzeba Silvio Berlusconiego, który kolesiostwu nadał we Włoszech rangę cnoty, a także Mario Draghiego, obecnego szef Europejskiego Banku Centralnego, który pełnił wysokie stanowisko w bankowości (w Goldman Sachs, rzecz jasna). Draghi należy do tzw. Grupy G30, która – jak opisuje „The Guardian” – jest „tajnym stowarzyszeniem bankierów korporacyjnych”. Mimo że europejska rzeczniczka praw obywatelskich Emily O'Reilly stwierdziła potencjalny konflikt interesów i zaleciła Draghiemu rezygnację z członkostwa w G30, ten sugestię zignorował. To, jakie intencje mogą mu przyświecać, gdy projektuje politykę pieniężną, i o czyje interesy może dbać, rozstrzygnijcie w duchu sami. Ja byłbym ostrożny w pisaniu życzliwego scenariusza.

Oczywiście Draghi i reszta eurokratów powiedzą, że chodzi im o dobro eurolandu, stabilność jego gospodarek i bezpieczeństwo klientów banków i instytucji finansowych. To wygodna wymówka dla dowolnych działań, której uzasadnienie dopisują usłużnie nastawieni ekonomiści (zawsze się tacy znajdą), np. takich, które rozszerzają oligarchiczne powiązania. Zblatowanie biznesu z polityką, które w Rosji jest tak ordynarne, na Zachodzie zyskuje dzięki intelektualnym wygibasom polor szlachetności – tak oto powstaje nowa „lepsza” oligarchia, rzecz by można powiedzieć, „oligarchia 2.0”. Przykłady? Wróćmy do USA.

Oligarchia 2.0

W okresie kryzysu finansowego 2008 r. amerykańskie instytucje finansowe dzieliły się z grubsza na dwie grupy: cienko przędących, ale zblatowanych z rządem olbrzymów, takich jak Bank of America, oraz całą resztę. Politycy stwierdzili, że zbyt dużym, by upaść, kolegom z sektora bankowego trzeba pomóc. Obawiali się jednak, że pomoc ta okaże się niedźwiedzią przysługą, jeśli awaryjnych pożyczek nie otrzymują także mniejsi gracze. Korzystający z zapomogi zostaną w powszechnym mniemaniu zrównani z nieudacznikami (skądinąd słusznie) i ryzyko ich upadku wzrośnie. Kolesie pójdą z torbami, a zarobią jakieś dla Waszyngtonu nieistotne płotki.

Te nieistotne płotki, wśród których mnóstwo było po prostu dobrze prosperujących banków, postanowiono wciągnąć w oligarchiczny układ. Jak? Szantażem.

Zaliczał się do nich bank BB&T, obecnie 13. największy bank USA o aktywach trzykrotnie większych niż PKO BP. „Dzień po tym, gdy przyjęto TARP (program awaryjnego wykupu toksycznych aktywów – red.), skontaktował się z nami nadzór rynkowy” – pisze były prezes BB&T John Allison w książce „Kryzys finansowy i wolnorynkowe lekarstwo”. „Kontakt był nieformalny, telefoniczny. Otrzymałem bardzo konkretną, ale oficjalnie nierejestrowaną wiadomość. Mimo iż BB&T miał istotnie więcej kapitału, niż potrzebował, biorąc uwagę regulacje i warunki gospodarcze, nadzór chciał stworzyć nowe standardy kapitałowe. Jego przedstawiciel nie określił, jakie będą te nowe wymogi, ale był bardzo zatroskany, czy bez udziału w TARP BB&T będzie w stanie je spełnić. Gdybyśmy nie skorzystali z «pomocy», nadzór poddałby nas dodatkowym testom i kryteriom. Zagrożenie było jasne” – wspomina bankier.

W ten właśnie sposób niewinne kryzysowi instytucje wplątywano w układ z państwem – tak, by i one miały coś za uszami. Nawiasem mówiąc, czy szantaż, który wobec Leszka Czarneckiego, założyciela Getin Holding, miał zastosować aresztowany szef KNF, nie jest w gruncie rzeczy podobny do propozycji, którą amerykański nadzór składał tamtejszym bankom? I tu, i tam wiadomość brzmiała: „Zróbcie, co każemy, albo was zbankrutujemy i przejmiemy w ramach restrukturyzacji”, a jedyna istotna różnica jest taka, że w USA nie oczekiwano natychmiastowego zatrudnienia krewnych i znajomych z imiennym ich wskazaniem. No, ale Amerykanie generalnie mają więcej finezji. Bo czy np. podejrzewalibyście o kolesiowskie praktyki Baracka Obamę? Tego Obamę, od którego emanuje ciepło i troska o całą ludzkość? Nieprawdopodobne, a jednak! Peter Schweizer w książce „Ukryte imperia: Jak nasi politycy ukrywają korupcję i wzbogacają swoje rodziny i przyjaciół” opisuje historię Marty'ego Nesbitta i Harrelda Kirkpatricka III. Założyli oni w 2012 r. (gdy Obama uzyskał reelekcję) spółki inwestycyjne i sporo zarobili. Mieli interesującą strategię: kupowali udziały w podmiotach, które Obama wcześniej publicznie krytykował, powodując zniżkę ich wyceny. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby Nesbitt i Kirkpatrick nie byli jednymi z najbliższych przyjaciół prezydenta USA.

Terapia objawowa

Zachodnie demokracje wymyśliły coś, co pozwala politykom i biznesowi dobijać targu w świetle prawa i przy brawach gawiedzi: lobbing. Układy, które w państwach niedemokratycznych politycy zawierają z biznesmenami przy wódeczce, na Zachodzie zawierane są oficjalnie w ramach procesu legislacyjnego. To może mieć o wiele bardziej negatywne skutki niż małe zakulisowe geszefty, bo dotyczy całej gospodarki, a nie tylko jej wycinka.

W samych tylko Stanach Zjednoczonych na lobbing (ten legalny) firmy wydają ponad 3 mld dol. rocznie, chociaż przed 2000 r. kwoty te oscylowały jeszcze wokół 1,5 mld dol. Co więcej, ok. 50 proc. senatorów i 42 proc. kongresmenów po zakończeniu kadencji... zamienia się w zawodowych lobbystów. W Unii Europejskiej, na poziomie Brukseli, działa niemal 8 tys. podmiotów lobbingowych, wydających rocznie ok. 1,3 mld dol. Do tego należy doliczyć wydatki na poziomie państw narodowych.

Lobbing nie jest już potępiany. Dorobił się obrońców. W USA np. „jest nie tylko chroniony konstytucją, ale jest fundamentalny dla działania republiki, gdyż daje ludziom władzę przedstawiania swoich opinii rządowi” – czytamy na stronie internetowej akcji RepresentUs, która zrzesza amerykańskich progresywistów... walczących z korupcją. Prawda jest taka, że pierwsza poprawka do konstytucji USA, na którą się powołują, gwarantuje zaledwie „prawo wnoszenia do rządu petycji o naprawę krzywd”, co nie jest równoznaczne z dopuszczeniem lobbingu w takiej formie, jaką znamy dzisiaj. Pierwsza poprawka weszła w życie w 1791 r. i miała umożliwić np. protesty przeciw krzywdzącym ustawom. Dzisiaj lobbing rzadko odbywa się w reakcji na niesprawiedliwe prawa, częściej lobbuje się o uzyskanie różnego typu przywilejów (np. monopoli, ochrony zatrudnienia, przepisów wyłączających dane podmioty spod ogólnych zasad itd.) Lobbing nie naprawia krzywd, a daje korzyści jednej grupie kosztem innej.

W takiej skali i formie jest to relatywnie nowe i nasilające się zjawisko. Jedno z jego źródeł wskazuje amerykański publicysta polityczny Johan Goldber w książce „Lewicowy faszyzm”. Mówi tam o filozofii wszechmogącego państwa dobrobytu, które rości sobie pretensje do wpływu na każdą dziedzinę życia człowieka. „Biznes jest jak ul pełen pszczół. Zwykle zajmują się sobą, ale gdy rząd podchodzi i trąca je kijem, zaczynają zajmować się rządem” – zauważa Goldberg. Trącanie zaczęło się już w czasie Wielkiego Kryzysu wraz z Rooseveltowskim programem „New Deal”, który podniósł wydatki publiczne, zwiększył regulacje, rozbudował biurokrację, potem nasiliło się w trakcie wojny, ale dopiero w ciągu ostatniego półwiecza zamieniło się w bezlitosne, systemowe i regularne okładanie kijem ula. „Korporacje miały swoje biura w Waszyngtonie od dawna, ale były to miejsca zsyłki dla pracowników, których trzeba przetrzymać gdzieś do emerytury. Od lat 60. XX w. liczba lobbystów jednak zaczęła lawinowo rosnąć” – zauważa Goldberg. Wydatki rządowe państw takich, jak USA, Niemcy, Japonia czy Wielka Brytania wzrosły do 40–50 proc. PKB, gdy w latach 60. utrzymywały się w okolicy 30 proc., a w ciągu pierwszych dwóch dekad XX w. na poziomie ok. 20 proc. Lobbing stał się w dużej mierze sposobem na określanie, komu przypadnie największa część bogactwa wydartego pod różnymi pozorami podatnikom.

Wielu wskaże, że bogactwo to finansuje zdobycze socjalne XX w., takie jak ubezpieczenia zdrowotne i emerytalne czy publiczną edukację. Nikt z tym faktem nie dyskutuje. Wszystko ma jednak swoje koszty – zdobycze socjalne także. I jednym z nich jest właśnie transformacja ostentacyjnej skorumpowanej oligarchii w oligarchię upudrowaną i pachnącą, ale wciąż oligarchię. A rządy prawa? Te też cierpią i na Zachodzie, mimo że jego przywódcy są z nich tak dumni. Coraz bardziej aktywne w coraz szerszym zakresie państwo musi z definicji produkować coraz to nowe i coraz bardziej szczegółowe przepisy. Prawo zaczyna służyć celom władzy i konkretnych grup, zamiast być tych celów ogólnym ograniczeniem i cenzurą. Jak w Chinach czy Rosji, ale w bardziej zawoalowany sposób prawo – zamiast być wobec systemu politycznego niejako zewnętrzne, ograniczać go – staje się jego użytecznym i funkcjonalnym elementem. Nic dziwnego, że w Europie coraz rzadziej się je szanuje (vide: zamieszki na ulicach Paryża).

Nie łudźmy się. I w Polsce od 1989 r. budujemy właśnie taki system, dopuszczając, by kolejne rządy ingerowały w edukację, energię, finanse, gospodarkę morską, infrastrukturę, kulturę, inwestycje, rynek pracy, rolnictwo, sport, usługi zdrowotne, ubezpieczenia; dopuszczając, by kolejne rządy posiadały na własność niemal 500 firm, w tym banki, kopalnie, rafinerie, dostawców energii, firmy kolejowe i pocztowe, koncerny medialne, stocznie i kolejki górskie; i dopuszczając wreszcie, by kolejne rządy nieustannie zwiększały zakres swoich uprawnień i rozbudowywały administrację oraz biurokrację. Według firmy Grant Thornton tylko w ciągu ostatnich 36 miesięcy w Polsce weszło w życie... 73 tys. stron nowych aktów prawnych. W takich warunkach z automatu wytwarzają się styczne pomiędzy państwem a biznesem, które rodzą coraz większą pokusę nadużyć. Leszek Czarnecki (tym razem) odmówił władzy, ilu jednak nie odmawia i wchodzi z nią w układy?

Stefan Kisielewski, wybitny publicysta wolnorynkowy PRL-u, nazywał komunistyczną władzę „dyktaturą ciemniaków”, odnosząc się zarówno do jej faktycznych ograniczeń umysłowych, jak i niskiego wykształcenia. Dzisiaj w coraz większym stopniu mamy do czynienia – już pod dowolną właściwie szerokością geograficzną, a nie tylko w Polsce – z dyktaturą cwaniaków, czyli wzajemnie zblatowanych polityków i biznesmenów. 

O ile Chiny są jak pijaczek, który żebrząc o kilka złotych, udaje, że zbiera na coś innego niż alkohol, o tyle Rosja nie dba nawet o taki kamuflaż. Ekonomista Andriej Iłłarionow, niegdyś gospodarczy doradca prezydenta Rosji, przekonuje, że Putin jako absolwent prawnego fakultetu doskonale rozumie ideę rządów prawa, ale ją świadomie odrzuca