Powinniśmy się szykować na gospodarcze spowolnienie, którego główne czynniki ryzyka pochodzą z zagranicy. Jeśli faktycznie nastąpi, kłopotem w naszym kraju będą rynek pracy i finanse publiczne – to główne tezy z makroekonomicznej dyskusji DGP.
Jakie są w tej chwili atuty polskiej gospodarki i jakie dla niej zagrożenia?
Leszek Skiba, wiceminister finansów: Diagnoza jest optymistyczna, co widać w projekcie ustawy budżetowej, choć istnieją ryzyka związane z tym, co się dzieje na świecie. W Polsce mamy do czynienia ze wzrostem, który jest szybszy od potencjalnego, sytuacją fiskalną, która zmierza w kierunku średniookresowego celu, bilansując potrzeby realizacji istotnych celów społecznych, a jednocześnie ograniczając deficyt. Wewnętrzne ryzyka są marginalne. Zwyżki płac są niższe w większości krajów regionu. Nie przekłada się to więc na pogorszenie konkurencyjności firm, presję inflacyjną. Dynamika kredytu też jest umiarkowana. Musimy się jednak przyglądać temu, co się będzie działo z gospodarką globalną. Na świecie widzimy ryzyka polityczne, ale też wynikające z wojny handlowej, tego jak gospodarka będzie reagowała na ceny ropy naftowej czy jak świat zareaguje na zmiany stóp procentowych przez Fed. Na co musimy patrzeć, przygotowując się na globalne spowolnienie? Naturalną reakcją jest ograniczenie deficytu, co następuje w projekcie bud żetu. Możemy się spodziewać, że wydatki budżetowe będą istotnie niższe, więc deficyt całego sektora będzie niższy. Dlatego możemy oczekiwać w przyszłym roku deficytu mniejszego niż 1,5 proc. PKB. Jednocześnie widzimy, że luka produktowa rośnie, co oznacza, że jest jeszcze przestrzeń do działania w zmniejszaniu deficytu strukturalnego.
Czy rzeczywiście większość wskaźników decydujących o gospodarce w Polsce jest pozytywna i nie ma zagrożeń z wewnątrz? Minister mówił o asymetryczności ryzyk, tak jakby dominowały te zewnętrzne. Czy tąpnięcia za granicą – problemy sektora produkcyjnego w Niemczech, kwestia Chin i USA – są jedynymi zagrożeniami dla perspektywy wzrostu w Polsce?
Jakub Borowski, główny ekonomista Credit Agricole Bank Polska: Co do zasady podzielam tę diagnozę. W przyszłym roku w Polsce spodziewamy się wzrostu, który będzie pomiędzy 3 a 4 proc. Nie bardzo możemy sobie pozwolić na inne prognozy niż te, w których dynamika PKB zbiega do tempa wzrostu potencjału. Wówczas trzeba by wskazać: tu, w tym momencie będzie wstrząs, będzie tak silny, o takim charakterze. To jest zgadywanka. Ale o trzech rzeczach warto powiedzieć. Eksport osłabł w pierwszej połowie roku, choć jest szansa, że druga połowa będzie lepsza. Najmniej obaw mam, jeśli chodzi o konsumpcję, jej wzrost powinien być stabilny, choć już poniżej 5 proc. Będzie hamowało zatrudnienie. Warto przy tym zauważyć spadek zatrudnienia rok do roku w przemyśle w II kwartale. To też jest ważny sygnał wskazujący, że bariera podażowa jest bardzo silna. No i inwestycje. Odrzucając mieszkaniowe i publiczne, widzimy, że najciekawszym elementem są inwestycje przedsiębiorstw, gdzie już następuje ożywienie, spóźnione trochę w stosunku do oczekiwań. Pytanie tylko, jak długi będzie ten cykl. Wydaje się, że krótki, tak przynajmniej wynika z analiz, m.in. GUS-owskich. Główną barierą dla silnego ożywienia inwestycji firm jest rynek pracy.
Janusz Jankowiak, główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu: Cykl koniunkturalny ma charakter zsynchronizowany w skali globalnej. Chyba się wszyscy zgodzimy, że nasze scenariusze bazowe wskazują na wyhamowanie tempa wzrostu w Polsce. Szczyt koniunktury mamy już za sobą, podobnie jak w skali gospodarki globalnej. To jest główna przyczyna spowolnienia. Dziś, jeśli popatrzymy na PKB Polski, nie ma powodu do satysfakcji, szczególnie dla tych ekonomistów, którzy myślą o średnim lub dłuższym okresie. Konsumpcja nie jest czynnikiem, który wspiera potencjał wzrostu. On będzie się w dalszym ciągu obniżał w związku z brakiem inwestycji i złą sytuacją na rynku pracy. To w dłuższym okresie oznacza wzrost ryzyka napięć, nierównowagę w gospodarce. To, że nie ma inwestycji, jest – moim zdaniem – jednym z głównych powodów do zmartwień.
I jeszcze kwestia polityki fiskalnej i monetarnej, które są procykliczne. Istnieje u nas silny związek między wykorzystaniem funduszy unijnych i stanem finansów publicznych. A to oznacza, że przy 4-proc. wzroście i wciąż jeszcze niskim wykorzystaniu funduszy unijnych deficyt sektora finansów publicznych na poziomie 1,7 proc. – czy nawet 1,4 proc. PKB – nie jest powodem do triumfu. Jeżeli dynamika PKB znacznie spadać, a absorbcja funduszy w najbliższych dwóch–trzech kwartałach zacznie rosnąć, to powrócą napięcia w finansach publicznych, bo trzeba będzie znaleźć pieniądze w budżecie na współfinansowanie wydatków z UE.
Wydaje mi się też, że wciąż nie doceniamy ryzyka inflacji w Polsce. Widzę duże ryzyko niespodzianek inflacyjnych, i to wynikających głównie z efektów drugiej rundy. Niepokoi mnie postawa banku centralnego, który plasuje cel inflacyjny w szerokim przedziale wahań, a nie w punkcie 2,5 proc. Jeżeli bank nie zadeklaruje jasno, że cel jest nadal na poziomie 2,5 proc., to podniesie oczekiwania inflacyjne gospodarstw domowych.
Wspomniał pan o finansach publicznych. Czy tu jest tak dobrze, że nie trzeba o tym mówić?
Janusz Jankowiak: My mówimy. W ostatnich dwóch latach znacznie podniósł się udział wydatków sztywnych w bud żecie, które są niezależne od sytuacji dochodowej. Mamy relatywnie wysoki deficyt w porównaniu z UE, jest drugi lub trzeci najwyższy, jeżeli pominiemy specyficzny bud żet Rumunii, gdzie deficyt jest wysoki, i Włochy, które artykułują, że 3 proc. to nie jest demokratyczny limit.
Chciałbym powiedzieć jasno: 2019 r. nie jest tym, w którym my widzimy ryzyko dla finansów publicznych, ale jak popatrzymy na 3-latkę w planach rządowych, czyli prognozy do 2022 r., to co tam widzimy? 3,7 – 3,6 – 3,5. Takie ma być tempo wzrostu. Ale moje prognozy są mniej optymistyczne. Zakładam spadek dynamiki wzrostu około roku 2022 z 5 do około 2 proc. I tu zaczną się schody.
Jakub Borowski: Jak wskazują prognozy Komisji Europejskiej, znaczącego postępu w zmniejszaniu deficytu strukturalnego nie widać. I w tym sensie, jeśli wejdziemy w spowolnienie z tym deficytem zbliżonym do 2 proc. PKB, to mamy kłopoty.
Leszek Skiba: Jeśli patrzymy w perspektywie kilku lat, to mamy pozytywną zmianę. Jeśli porównamy lata 2014–2015, to widać zejście z deficytem. Może nie na poziomie 0,5 proc. PKB rocznie, ale mamy jego stopniową redukcję.
Piotr Bielski, dyrektor departamentu analiz ekonomicznych Santander Bank Polska: Wiele zależy od tempa zmniejszania PKB. Jeżeli wzrost gospodarczy będzie na poziomie 4 proc., to nie będzie problemu dla finansów publicznych. Kłopot byłby wtedy, gdyby to spowolnienie było gwałtowniejsze. I choć większość z nas nie zakłada tragedii, to każdy dostrzega, że gdzieś tam czają się czarne łabędzie i ich jest całkiem sporo. Niektóre z nich dotyczą odległej przyszłości, ale niektóre całkiem bliskiej. Na przykład brexit. Jeśli ostatecznie zostanie zaakceptowane porozumienie, to przez dwa najbliższe lata nie wpłynie to na nasze otoczenie. Ale jeśli będzie to brexit w wersji hard, to już za pół roku zacznie się bardzo duże zamieszanie w gospodarce europejskiej. A Polska, z racji swoich silnych powiązań z Wielką Brytanią, będzie trzecim – po Wielkiej Brytanii i Irlandii – najbardziej dotkniętym krajem. Jest jeszcze wiele innych zagrożeń, jak wspomniane wojny celne. Natomiast ich wpływ na Europę jest dyskusyjny. Kilka czynników ryzyka jest na horyzoncie i one mogą się skumulować w krótkim czasie. To byłby scenariusz bardzo niekorzystny. Do tej pory Polska miała bardzo dużo szczęścia. Gdy coś złego działo się na świecie, to występowały czynniki krajowe, które to łagodziły. Przykładowo kryzys 2008 r. – kurs złotego, górka wykorzystania funduszy unijnych. Czy teraz będzie tak samo, czy jednak szczęście się od nas nie odwróci? Będzie coraz więcej środków z UE, ale może się okazać, że ich wydawanie szerokim strumieniem będzie niemożliwe z powodu lokalnych czynników, np. sytuacji na rynku pracy. A napływ imigrantów nie przyspiesza i jest ryzyko, że to źródło się osłabi, bo Niemcy luzują przepisy, co ułatwi im importowanie pracowników z innych krajów.
Dziś sytuacja z punktu widzenia ministra finansów jest wciąż komfortowa. Obligacje się sprzedają jak świeże bułeczki, jest duży popyt ze strony krajowych instytucji finansowych. Krajowe banki komercyjne będą nadal kupować, ale ich popyt nie wzrośnie w ciągu najbliższych lat trzy-, czterokrotnie. A deficyt może tak wzrosnąć.
Piotr Arak, Polski Instytut Ekonomiczny: W tym roku uczestniczyłem w warsztatach German Marshall Fund, w których kreśliliśmy scenariusze rozwoju Europy Środkowo-Wschodniej do 2025 r. Próbowaliśmy znaleźć czarne łabędzie, czyli wydarzenia, których się nie spodziewamy, ale mogą zmienić znacząco układ gospodarczy w Europie. Pierwszym jest na pewno kwestia akumulatorów i ich dalszej miniaturyzacji. Przełom w tej technologii wpłynie na rynek paliw i będzie katalizatorem dla elekromobilności. Ważne jest także to, co się stanie m.in. z cenami litu. Drugim czarnym łabędziem są konsekwencje wojny handlowej między Stanami Zjednoczonymi a Chinami. Pytanie, co wydarzy się na linii USA – Europa i czy wojna USA z niemieckim sektorem motoryzacyjnym nie wpłynie na polską gospodarkę.
Trzeci łabędź jest całkiem wyraźny: o ile po 2008 r. nastąpił koniec polityki w gospodarce, bo większość europejskich liderów miała podobne sposoby radzenia sobie z kryzysem: podporządkowali swoje działania ekonomistom, o tyle w ostatnich kilku latach to gospodarka zaczyna być podporządkowana politykom. Obserwujemy powrót polityki do debaty ekonomicznej i powstaje np. pytanie, co przyniesie 2019 r. w debacie nad przyszłością Unii. Rząd Włoch będzie prezentował własne propozycje, które mogą zawierać znaczące reformy strefy euro. Pozamainstreamowe partie będą potencjalnie wpływać na skład przyszłej Komisji Europejskiej, co będzie też wpływało na kierunek, w którym będzie zmierzać Wspólnota.
Czwarta kwestia wpływająca na polską gospodarkę to zmniejszenie wielkości środków europejskich w ramach polityki spójności, ale spodziewamy się tego od wielu lat. Ważniejsze jest to, że priorytety wydatkowania będą dotyczyć innowacji i sztucznej inteligencji, czyli obszarów kluczowych dla wzrostu Polski. Piąty obszar to wreszcie automatyzacja i robotyzacja. Polska szybko się adaptuje do zmian technologicznych, ale nadal wykorzystanie robotów w przemyśle jest w Polsce niskie na tle krajów rozwiniętych.
Janusz Jankowiak: Przygotowujemy scenariusz bazowy i w tym scenariuszu bazowym na pewno nie ma opuszczenia UE przez Polskę. Jest oczywiście mniejsze wykorzystanie funduszy strukturalnych przez Polskę, ale ma to mniejsze znaczenie niż np. eksport, który zależy od dostępu do wspólnego rynku. To jest ważniejsze niż fundusze strukturalne.
Jakub Borowski: Widać cztery zagrożenia zewnętrzne. Prócz twardego brexitu, wojen handlowych i spowolnienia w USA jest jedno, o którym nie mówiliśmy: związane z zagrożeniem strefy euro w związku z sytuacją we Włoszech. Jedyna rzecz, jakiej się obawiam, to spowolnienie znacznie silniejsze niż prognozujemy. Nagle pojawiają się te problemy, które przyschły, z długiem publicznym w krajach strefy euro – Włochy, Francja, Hiszpania, tam gdzie jest on wysoki. Oczywiście są różne metody wsparcia, np. skup długu przez EBC za reformy. W zamian za to te kraje będą musiały zacieśnić politykę fiskalną, a to będzie procykliczne, czyli osłabiające wzrost. To największe zagrożenie. Jeżeli będzie globalny wstrząs, to poprzez powrót kryzysu zadłużenia w strefie euro będzie on transmitowany do nas.
Leszek Skiba: Trzeba spojrzeć na problem w odpowiednich proporcjach. Czy gospodarce grozi drugi taki kryzys, jak ten z 2008 r.? Wydaje się, że ryzyko jest małe. Oczekujemy najwyżej recesji, która standardowo się pojawia co jakiś czas, a nie armagedonu, który się dzieje raz na sto lat. Powinniśmy oczekiwać spowolnienia, które niekoniecznie spowoduje wielki wstrząs na świecie i w Polsce. Jeśli więc nie czeka nas koniec świata, to spójrzmy na finanse publiczne w następujący sposób: rzeczywiście deficyt strukturalny był na poziomie 2 proc. w 2017 r. Ile musiałby wynieść w Polsce wzrost, żeby deficyt nominalny wyniósł 3 proc.? Analizy nasze i KE wskazują, że stanie się tak przy wzroście w okolicach 1,5 proc. PKB. Kiedy ostatnio mieliśmy taki wynik? W 2009 r. przy wielkim kryzysie. Czyli przekraczamy deficyt 3 proc. PKB i mamy poważny problem z finansami publicznymi dopiero w sytuacji, kiedy skala spowolnienia jest porównywalna z rokiem 2009. To pokazuje proporcje zagrożenia.
Jakie mamy amortyzatory na czas spowolnienia czy recesji?
Leszek Skiba: Pojawiają się często opinie, że głównym motorem naszej gospodarki jest konsumpcja. Ja mam przekonanie, że to rosnący popyt na polski eksport przekłada się na popyt na rynku pracy, na rosnące wynagrodzenia i konsumpcję i w efekcie przekłada się to na import i na saldo. A więc dużym motorem jest polski eksport i polska konkurencyjność. Jeżeli popyt na polskie towary będzie spadał, to w naturalny sposób przełoży się to na sytuację na rynku pracy i w konsekwencji na konsumpcję. W związku z tym będą szybsze dostosowania po stronie importu. Mam wrażenie, że to jest istotny amortyzator, bo on powoduje automatyczne dostosowania.
Janusz Jankowiak: Zgadzam się, że wzrost konsumpcji w Polsce jest również wynikiem wzrostu eksportu. Ale jeżeli tak jest, to jesteśmy tym bardziej wrażliwi na popyt zewnętrzny. I jeśli się zgodzimy, że sytuacja w makroekonomicznym otoczeniu Polski przestanie wspierać wzrost tak bardzo jak w latach 2016–2017, to ten czynnik wspierający popyt krajowy jest również istotnie zagrożony.
Jakub Borowski: Czy polityka pieniężna w sytuacji spowolnienia może być skutecznym amortyzatorem? Myślę, że taka możliwość jest już niewielka. W zasadzie Rada Polityki Pieniężnej nie rozważa obniżania stóp procentowych w razie spowolnienia. Pojawiła się dyskusja na temat niekonwencjonalnych narzędzi. Najbliższy nam byłby scenariusz węgierski: finansowanie akcji kredytowej w wybranych segmentach. Ale wiemy, że skuteczność takich działań jest ograniczona. Pozostaje kurs walutowy. Liczymy na to, że przy spowolnieniu on się będzie osłabiał. Badania empiryczne pokazują, że wpływ kursu słabnie, jesteśmy w czołówce krajów europejskich, jeśli chodzi o udział w globalnym łańcuchu tworzenia wartości dodanej, mamy duży udział zagranicznej wartości dodanej w eksporcie. To wszystko osłabia mechanizm kursowy, w związku z tym nie jestem szczególnym optymistą, jeśli chodzi o politykę pieniężną.
W poprzednich epizodach spowolnienia w Polsce wiele firm uciekało w szarą strefę. Myślę, że teraz przestrzeń do takiej ucieczki będzie mniejsza, efektem zacieśniania systemu podatkowego jest bowiem wyciąganie firm z szarej strefy. Mamy bardziej ciasny system podatkowy i znacznie bardziej czujne służby skarbowe. Nie chcę powiedzieć, że w trakcie spowolnienia firmy będą padać jak muchy, ale mechanizm dostosowawczy będzie inny niż przy poprzednich epizodach spowolnienia. To akurat rodzi zagrożenie wyraźnego obniżenia zatrudnienia w sektorze przedsiębiorstw, zwłaszcza małych i średnich firm, tam gdzie ten efekt może być istotny. Te dwa aspekty raczej nastrajają pesymistycznie, jeśli chodzi o reakcje gospodarki na wstrząs.
Leszek Skiba: Nie wykluczyłbym, że firmy powtórzą scenariusz z 2008 r., chomikując zatrudnienie, bojąc się utraty pracowników.
Janusz Jankowiak: Narzędzia stymulowania gospodarki są dosyć dobrze rozpoznane i tutaj kamienia filozoficznego nie znajdziemy. Obie polityki – fiskalna i monetarna – powinny być antycykliczne. Stąd pytanie, ile mamy przestrzeni dla tej antycykliczności. W polityce monetarnej – zero. Jeśli pominiemy instrumenty niestandardowe, o których ewentualnym zastosowaniu w Polsce nawet boję się myśleć. A jeśli chodzi o politykę fiskalną, nie ma dużej swobody ruchu, chyba że znów chcemy mieć deficyt 6–8 proc. PKB. Jedyne, co widzę, to oddziaływanie przez sektor bankowy na wzrost akcji kredytowej, głównie w bankach państwowych. Ale to ma krótkie nogi.
Piotr Bielski: Pytanie, na ile to w ogóle możliwe z powodu obecnych regulacji.
Jakub Borowski: Wniosek jest taki: nie mamy z czego strzelać. Jest jeszcze jedno średnio- i długoterminowe zagrożenie, czyli kwestia praworządności w Polsce a środki unijne. Dążenie do tego, by jedno z drugim się wiązało, jest bardzo silne. I jeżeli tak będzie, to powstaje pytanie, jaki jest najbardziej prawdopodobny scenariusz.
Leszek Skiba: Scenariusz, że te środki zostaną zawieszone w dłuższej perspektywie, nam nie grozi. Polska nie jest jedynym krajem, którego to dotyczy. Jest wiele krajów, które mają wątpliwości takie jak my, czy Komisja ma dokonywać oceny praworządności. To może być ocena polityczna, nie wszystkim będzie to odpowiadało. Koalicja krajów jest szersza niż tylko Polska i Węgry.