Przez wiele ostatnich lat Rezerwa Federalna twierdziła, że podejmując decyzje, kieruje się wyłącznie tym, co się dzieje w gospodarce USA. Teraz będzie brała pod uwagę wydarzenia globalne
Reklama
W ostatnich dniach otrzymaliśmy dwa sygnały świadczące o tym, że będzie inaczej. Najpierw prezes amerykańskiego systemu banków centralnych Jerome Powell, wskazując na trudności, jakie gospodarka może napotkać w 2019 r., wymienił słabnący popyt globalny, a więc zjawisko dotyczące gospodarki światowej. Wzbudziło to zainteresowanie na rynkach finansowych, choć dość umiarkowane, bo w tej akurat wypowiedzi Powella te słowa nie były kluczowe, a prezes wymieniał też inne zagrożenia: wygasanie w USA impulsu fiskalnego dla gospodarki związanego z obniżkami podatków sprzed roku czy to, że po ośmiu podwyżkach stóp pewne spowolnienie powinno być naturalne.
Następnego dnia temat podjął jednak w znacznie bardziej dobitny sposób wiceprezes Fed Richard Clarida. Powiedział mianowicie, że Fed musi brać pod uwagę spowolnienie wzrostu gospodarczego na świecie. To zdanie można traktować jako przełom, bo do tej pory przez wiele lat Fed i jego urzędnicy twierdzili coś dokładnie odwrotnego: że Rezerwa nie musi brać pod uwagę ani spowolnień, ani ożywień w gospodarce światowej. Taka postawa była ostatnio mocno krytykowana. Najbardziej przebijał się głos byłego szef banku centralnego Indii Raghurama Rajana, który już w 2013 r. przestrzegał, że Amerykanie muszą brać pod uwagę skutki swoich decyzji na rynkach rozwijających się.
Cechą charakterystyczną takich gospodarek jest to, że zwykle jest w nich zbyt mało kapitału, więc aby inwestować i rozwijać się, muszą się zadłużać za granicą. W większości przypadków oznacza to zadłużanie się w dolarach. Kiedy dług jest odpowiednio duży, gospodarki stają się wrażliwe na to, co się dzieje z tą walutą, a więc jaki jest w tym kraju kurs dolara i jak wysoko oprocentowany jest dług. Co gorsza, ani na jedno, ani na drugie taka rozwijająca się gospodarka nie ma wpływu. Z kolei dla kursu dolara i jego oprocentowania kluczowe jest to, co w Waszyngtonie postanowi Fed.

Reklama
Podwyżka stóp procentowych w USA po pierwsze sprawia, że oprocentowanie pożyczek w dolarach rośnie, a po drugie, najczęściej powoduje, że dolary drożeją. To drugie także przyczynia się do wzrostu raty kredytu nominowanego w amerykańskiej walucie. Każda prywatna firma w Brazylii, Chinach, Indiach, Polsce czy Turcji ma w tym momencie wyżej oprocentowany kredyt i do tego gorszy kurs walutowy do przeliczania kosztów obsługi długu z dolarów na walutę lokalną.
Mamy więc globalny system, w którym część państw jest częściowo uzależniona od decyzji Fedu, a ten udaje, że tego nie widzi albo że widzi, ale nie może się tym interesować, bo powinien się zajmować tylko gospodarką amerykańską. Ze względu na wyjątkową pozycję dolara ci, którzy podejmują decyzje dotyczące tej waluty, pośrednio wpływają też na losy gospodarek w innych państwach, nawet jeśli tego nie chcą i nie to jest ich celem.
W praktyce taki układ często oznaczał, że to Amerykanie i ich podwyżki stóp wywoływały kryzysy w najróżniejszych miejscach na świecie. Jako przykład może tu posłużyć PRL w latach 1980–1981. Fed w 1979 r. postanowił drastycznie podnieść stopy procentowe, aby walczyć z inflacją. W efekcie koszty obsługi długu dolarowego wzrosły w Polsce tak bardzo, że trzeba było zawiesić jego obsługę. Amerykanie mogli tłumaczyć, że chodziło im tylko o ich własną inflację. Ale dzięki polskiemu zadłużeniu w dolarach ich walka wywołała u nas skutki w postaci załamania gospodarki, powstania Solidarności, a następnie ogłoszenia niewypłacalności i wprowadzenia stanu wojennego. Gdyby Amerykanie nie zaczęli podnosić stóp, wszystko to mogłoby się nie wydarzyć, bo ciężar długu obciążającego PRL byłby do zniesienia.
Teraz Fed przyznaje, że musi brać pod uwagę to, co się dzieje na świecie. Można się domyślać dlaczego. Gospodarki wschodzące stanowią dziś znacznie większą część gospodarki globalnej niż kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu. Kiedyś Amerykanie mogli podnosić stopy, nie bacząc, że np. w Chinach czy Indiach zbankrutuje przez to wiele firm. Kilkadziesiąt lat temu kryzys w Chinach był tylko ciekawostką w dużym państwie w Azji. Dziś taki kryzys oznaczałby problem w drugiej największej gospodarce świata i szybko rozlałby się na cały świat. Indie mają gospodarkę równie dużą, jak Wielka Brytania. PKB Brazylii jest większy niż Włoch. Indonezja, Korea Płd., Meksyk są w drugiej dziesiątce rankingu największych gospodarek świata.
A to oznacza, że jeśli Amerykanie niechcący wywołają w którymś z tych miejsc kryzys, sami odczują jego skutki. Dla ich największych firm, jak Apple, Boeing, Coca-Cola, General Motors, McDonald’s, Microsoft, Netflix czy Visa to właśnie rynki rozwijające są w centrum ich planów rozwojowych. Czasy się zmieniły, a ważną ich cechą jest to, że rynki rozwijające się są jak największe banki: zbyt duże, by upaść. Fed to zauważył i publicznie potwierdził. Przekładając słowa Powella i Claridy na rynkowe konkrety, można oczekiwać, że w związku ze spowolnieniem na świecie Fed w 2019 r. może wolniej podnosić stopy, a może nawet zakończy falę podwyżek. Byłaby to duża zmiana, w dodatku korzystna dla rynków wschodzących i Polski.