Krytyka Rady Praw Człowieka jest słuszna, ale administracja Trumpa jest równie wybiórcza w kwestii stosunku do dyktatorów
Reklama
ONZ-owska Rada Praw Człowieka, z której wycofały się Stany Zjednoczone, nie okazała się w niczym lepsza od swojej powszechnie krytykowanej poprzedniczki. Ale zarzuty, że chroni dyktatorów, wysuwane przez administrację, która sama przyjmuje na salonach rozmaitych kontrowersyjnych przywódców, brzmią jak hipokryzja.
– Łamiący prawa człowieka nadal zasiadają w Radzie i są do niej wybierani. Najbardziej nieludzkie reżimy na świecie nadal unikają prześwietlenia, a Rada pozostaje upolityczniona i karze kraje przestrzegające praw człowieka po to, by odwrócić uwagę od sprawców we własnych szeregach. Zatem, tak jak zapowiadaliśmy przed rokiem, wobec braku postępu, Stany Zjednoczone oficjalnie wycofują się z Rady Praw Człowieka ONZ – oświadczyła Nikki Haley, amerykańska ambasador przy ONZ.
Decyzja administracji Donalda Trumpa spotkała się z krytyką niemal na całym świecie. Sekretarz generalny ONZ António Guterres powiedział, że „zdecydowanie wolałby, aby USA pozostały”, ONZ-owski komisarz ds. praw człowieka Zeid Ra’ad al-Hussein nazwał ją „rozczarowującą, choć nie zaskakującą, informacją”, brytyjski minister spraw zagranicznych Boris Johnson określił ją jako „godną ubolewania”, a Amnesty International oświadczyła, że „pokazuje ona kompletne lekceważenie przez Trumpa podstawowych praw i wolności”. Z tego chóru krytyki wyłamał się tylko premier Izraela Benjamin Netanjahu, który podziękował Trumpowi, Haley i sekretarzowi stanu Mike’owi Pompeo za „odważną decyzję wymierzoną w hipokryzję”. Permanentna, motywowana politycznie krytyka Izraela była, obok wybierania do Rady państw łamiących prawa człowieka, głównym powodem amerykańskiej rezygnacji.
Wtorkowa decyzja administracji Trumpa nie jest pierwszym przypadkiem amerykańskiego protestu wobec upolitycznienia Rady. Gdy była ona powoływana, George W. Bush ogłosił, że USA nie będą się ubiegać o wybór, zadowalając się jedynie statusem obserwatora i wspierając ją finansowo. Ta polityka zmieniła się za czasów Baracka Obamy – Stany Zjednoczone były członkiem Rady od połowy 2009 do połowy 2015 r. oraz ponownie od połowy 2016 r. Rada Praw Człowieka została powołana w 2006 r. w miejsce ONZ-owskiej Komisji ds. Praw Człowieka. Tamto ciało miało swoje zasługi, np. przygotowanie Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka, ale później stało się upolitycznione i krytyka była bardzo wybiórcza. Jej głównym obiektem był Izrael, wyszczególniony w około jednej trzeciej wszystkich rezolucji. Jednak Rada Praw Człowieka, która miała zerwać z takimi praktykami, postępuje dokładnie tak samo. Wśród 47 członków jest 14 państw klasyfikowanych w rankingu Freedom House jako takie, w których nie ma swobód obywatelskich, m.in. Chiny, Arabia Saudyjska, Katar, Egipt, Kuba, Wenezuela czy Demokratyczna Republika Konga. Przy czym nie jest to efekt tego, że każdy kraj ma swoją kolej i jest automatycznie wybierany. Na przykład Chiny i Kuba w Radzie zasiadają już czwartą trzyletnią kadencję, czyli 11. rok na 12 lat jej istnienia (kraj może zostać wybrany tylko na dwie kolejne kadencje, a ponownie dopiero po rocznej przerwie). Nie zmienił się też stosunek do Izraela – według stanu na koniec maja, Rada od początku istnienia przyjęła 169 rezolucji potępiających jakiś kraj, z czego Izraela dotyczyło 80, czyli 47 proc., a spośród 28 specjalnych sesji Izraelowi poświęconych było osiem (dla porównania drugiej w kolejności Syrii – pięć). Jakkolwiek władzom izraelskim można wiele zarzucić w kwestii traktowania Palestyńczyków, zajmowanie się tym krajem częściej niż Koreą Północną, Syrią czy Sudanem jest kompletnym brakiem obiektywizmu.
Decyzję Trumpa, by nie uczestniczyć dłużej w tej wątpliwej działalności Rady, można by zatem zrozumieć. Problem tylko w tym, że obecny prezydent USA, zarzucając Radzie chronienie dyktatorów, nie jest szczególnie wiarygodny, skoro zaledwie w zeszłym tygodniu spotkał się z jednym z najgorszych – przywódcą Korei Północnej Kim Dzong Unem, a kilku członków Rady łamiących prawa człowieka, jak Arabia Saudyjska, Egipt czy Filipiny, pozostaje amerykańskimi sojusznikami i działania ich władz Trumpowi nie przeszkadzają.