Mamy model kapitalizmu zbliżony do hiszpańskiego i włoskiego. Grozi nam dryf instytucjonalny i deficyt zasobów pracy.
Reklama
I jeszcze jedno: powinniśmy przyjąć euro. To główne wnioski ekonomistów, którzy we wtorek dyskutowali o zagrożeniach dla polskiej gospodarki. Konferencję zorganizowały Polska Akademia Nauk oraz Polskie Towarzystwo Ekonomiczne.
Patchwork bez długofalowej wizji
Na spotkaniu zaprezentowano wyniki badań zespołu prof. Ryszarda Rapackiego ze Szkoły Głównej Handlowej, który porównywał Polskę do krajów Europy Środkowo-Wschodniej oraz państw Europy Zachodniej.
Uznał on, że model polskiego kapitalizmu najbardziej przypomina ten działający w Hiszpanii i Włoszech. Średni współczynnik podobieństwa z tymi krajami wyniósł 65,2 (na 100), a z gospodarką niemiecką 56,9. Pod uwagę brano podczas badania m.in. rynek pracy i stosunki przemysłowe, sektor pośrednictwa finansowego, system zabezpieczenia społecznego oraz rynek mieszkaniowy.
Według prof. Rapackiego Polska – pomimo podobieństwa – wykazuje odrębną specyfikę, wynikającą z przejmowania zupełnie różnych modeli instytucjonalnych, funkcjonujących w krajach m.in. Europy Zachodniej. Autorzy nazwali go kapitalizmem patchworkowym. Według akademików taki model skutkuje brakiem długofalowej wizji budowania kapitalizmu, co oznacza dryf instytucjonalny i przypadkowość dokonywanych zmian. To zaś powoduje obniżenie konkurencyjnej pozycji Polski na arenie międzynarodowej oraz zwiększenie roli instytucji nieformalnych kosztem formalnych.
– Jako przykład podam sytuację, której dzisiaj byłem uczestnikiem. Rozkład autobusu to jedna rzeczywistość, a to, co zdecyduje kierowca i o której godzinie autobus przyjedzie, to zupełnie inna rzeczywistość. W związku z tym z trudem zdążyłem na konferencję – mówił Rapacki.
Kierunek: kapitalizm ksenofobiczny
Wnioski komentarzem opatrzył prof. Andrzej Wojtyna z Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. – Główne zagrożenie to rozmontowywanie modelu działającego i próba zastąpienia go modelem opartym na czasowym szpagacie. Jedna noga tkwi w II RP czy Korei lat 60., 70., a druga noga daleko w przyszłości, w zrobotyzowanym kraju – mówił. Wyraził obawę przed forsowanym – według niego – kierunkiem na kapitalizm ksenofobiczny, którego konsekwencją może być wyjście Polski ze struktur europejskich.
Profesor Jerzy Hausner, były minister gospodarki, pracy i polityki społecznej, udowadniał z kolei, że etatystyczny model państwa może skutkować niższą efektywnością, niż ma sektor prywatny. Wśród zagrożeń koniunkturalnych wymieniał deficyt zasobów pracy oraz, co istotne z perspektywy ciągle rosnących w Polsce płac, wzrost wynagrodzeń przekraczający dynamikę wydajności pracy. To według byłego wicepremiera prowadzi do wytracania konkurencyjności kosztowej polskiej gospodarki. W grupie strukturalnych mankamentów profesor wymienił niskie inwestycje przedsiębiorstw i małe oszczędności gospodarstw domowych. Wskazywał także na niedostateczny poziom innowacyjności kreatywnej oraz wysoki dług publiczny.
– Obecnie mamy niekorzystną relację stopy oszczędności do stopy inwestycji w sektorze przedsiębiorstw. Nasze firmy, będące na innym etapie rozwoju, zaczynają się zachowywać jak przedsiębiorstwa w krajach wysoko rozwiniętych, które mają nadmiar oszczędności i głównie uczestniczą w grze na rynkach kapitałowych, a nie inwestują – komentował Hausner. – Model konkurencyjności jest ciągle oparty na taniej pracy. 75 proc. polskiego eksportu to eksport cenowy, a tylko 25 proc. opiera się na jakości – dodał. Ostrzegał, że jeśli polskiej gospodarce przytrafi się spowolnienie, to długi będą szybować, a na taki rozwój wydarzeń nie mamy przygotowanych rezerw.
– Nasza strategia powinna polegać na bezzwłocznej deklaracji Polski, jeśli chodzi o wstąpienie do strefy euro. To byłoby pozytywne, szczególnie że dla UE dalej jesteśmy atrakcyjni politycznie i gospodarczo – komentował prof. Marek Belka, wieloletni prezes NBP. Były premier wskazywał, że stworzenie strefy euro mogło być błędem z ekonomicznego punktu widzenia, jednak skutki jej zniknięcia mogłyby być nieprzewidywalne, łącznie z rozpadem wspólnego rynku. – Dlatego, z punktu widzenia politycznego, strefa euro nie upadnie – dodaje.
Profesor Belka komentował argumenty przeciwników odrzucenia złotego, m.in. ten o wzroście cen po wprowadzeniu wspólnej waluty: – Badania empiryczne dowodzą, że w krajach, w których wprowadzono euro, nie nastąpił wzrost cen. Euro nie jest dla bogatych, lecz dla elastycznych.
Wieloletni prezes NBP podawał także argumenty za wejściem do strefy euro. – Znika ryzyko kursowe, które odstręcza od inwestowania. Rośnie napływ kapitału zagranicznego – przekonywał.
– Przypomnę coś istotnego, w wielu krajach przynależność do Unii Europejskiej jest gwarantem bezpieczeństwa. Zdaje się, że jako kraj zapomnieliśmy, w jakim celu powstała wspólnota. W Polsce pozytywny wpływ Unii Europejskiej mierzy się wysokością dotacji, a nie patrzy się na kwestie bezpieczeństwa – komentował prof. Witold Orłowski z Akademii Finansów i Biznesu Vistula. – Fundamentem i szansą na konwergencję kraju jest dostęp do otwartego rynku. Zwiększylibyśmy uczestnictwo w tym rynku, wprowadzając wspólną walutę – dodaje.
Jako kraj zapomnieliśmy, w jakim celu powstała wspólnota