Najbardziej kapitałochłonne linie biznesowe mogą być ograniczane. To może mieć przełożenie na całą gospodarkę - mówi w wywiadzie dla DGP Piotr Bednarski, dyrektor w zespole usług doradczych dla sektora finansowego w firmie PwC.
Piotr Bednarski dyrektor w zespole usług doradczych dla sektora finansowego w firmie PwC / Dziennik Gazeta Prawna
Reklama
Kilka dni temu Bazylejski Komitet Nadzoru Bankowego ogłosił nowe standardy dotyczące wymogów kapitałowych wobec banków. Zyskały już nazwę Bazylea IV. W perspektywie kilku lat będą one miały znaczący wpływ na sposób działania banków na całym świecie. – To kamień milowy. Nowe ramy kapitałowe podniosą zaufanie do sektora bankowego – spodziewa się Mario Draghi, prezes Europejskiego Banku Centralnego. Stoi on na czele grupy szefów banków centralnych i nadzorów, która wiele miesięcy negocjowała ostateczny kształt regulacji. Po jednej stronie sporu byli nadzorcy europejscy, po drugiej – głównie ci z Ameryki Północnej. Europejczycy obawiali się zaostrzenia wymogów – do czego ostatecznie doszło. W zamian dostali jednak niemal 10 lat na dostosowanie do nowych wymagań.

Reklama
Jakie znaczenie będzie mieć modyfikacja Umowy Kapitałowej?
Nastąpią bardzo istotne zmiany w modelach biznesowych i w produktach. Obowiązujące wskaźniki kapitałowe są skonstruowane tak, że wartość kapitałów dzieli się przez aktywa ważone ryzykiem. Licznik w tym ułamku został zmodyfikowany przy okazji poprzedniej reformy wymogów, określanej jako Bazylea III, niedługo po wybuchu kryzysu. Natomiast mianownika nie reformowano od kilkunastu lat. Dlatego zrobiono to teraz. Wykorzystano lekcje płynące z negatywnych doświadczeń okresu kryzysu i stawianych bankom zarzutów dotyczących wyliczania wskaźników kapitałowych.
Czego dotyczyły te zarzuty?
Kluczowa sprawa to stosowanie przez banki wewnętrznych modeli do szacowania ryzyka kredytowego. Ich wykorzystywanie pozwalało na wykazywanie niższych wymogów niż w przypadku tzw. metody standardowej.
Metoda standardowa to określanie z góry przez nadzór tzw. wag ryzyka dla różnych kategorii aktywów. Od tych wag pochodzi określenie aktywa ważone ryzykiem. Czy banki, które stosowały modele wewnętrzne, mówiąc wprost – oszukiwały?
Tak ostro bym nie powiedział. Ale na pewno jakaś forma optymalizacji kapitałowej miała miejsce w wielu bankach „starej UE”. Podam przykład. Komitet Bazylejski przeanalizował rozrzut wag ryzyka dla kredytów mieszkaniowych w globalnych bankach. Wskaźniki wahały się od 10 do 80 proc. Podkreślam, że dotyczyło to jednego typu kredytu. Powstawało pytanie, jak to się dzieje, że standardy są te same – wszystkich obowiązywały te same wymogi dotyczące modeli wewnętrznych określane przez Komitet Bazylejski – a wagi ryzyka tak mocno się różniły, mimo że inne czynniki nie były istotnie odmienne.
Trzeba zaznaczyć, że sprawa dotyczy przede wszystkim europejskich banków. W Stanach Zjednoczonych metoda ratingów wewnętrznych nie była tak rozpowszechniona.
Z modeli wewnętrznych ryzyka kredytowego korzysta też kilka polskich banków.
Tak, ale w ich przypadku wagi ryzyka są jednak dużo wyższe niż na zachodzie Europy. Poza tym u nas w większości banków stosowana jest tzw. metoda standardowa. A metoda modeli wewnętrznych musiała być akceptowana przez Komisję Nadzoru Finansowego rygorystycznie podchodzącą do modeli wewnętrznych.
Czy nowe standardy kapitałowe wystarczą, by uniknąć kryzysów bankowych w przyszłości?
Kryzysy są cykliczne. Tyle że nie wracają w takiej formie, w jakiej były. Obecnie potencjalne obszary, w jakich może pojawić się kryzys, to shadow banking, bańki spekulacyjne i nierównowagi w pewnych segmentach rynku czy realnej gospodarce prowadzące do zarażania sektora bankowego. Shadow banking obejmuje firmy, które nie są regulowane, a wchodzą w interakcje z bankami. Źródłem kryzysu na ogół są bańki spekulacyjne. Im szybciej one są budowane, tym bardziej znaczące straty pojawiają się po ich pęknięciu. Przykładem może być to, co dziś dzieje się z bitcoinem.
Nowe standardy oznaczać będą większe wymogi kapitałowe dla banków – szczególnie w Europie. O ile one mogą wzrosnąć?
Na podstawie dostępnych danych dla 132 banków z Europy Zachodniej oszacowaliśmy, że mogą one wzrosnąć średnio o 13–22 proc. dla najważniejszych rodzajów ryzyka. Oznacza to, że gdyby jakiś bank obecnie spełniał wymogi na styk, to zakładając, że w jego bilansie i modelu biznesowym nic się nie zmienia, o taki rząd wielkości musiałby zwiększyć kapitały.
Sytuacja w poszczególnych krajach i bankach jest zróżnicowana. W niektórych bankach może nawet nastąpić podwyższenie współczynnika wypłacalności. Wymogi najbardziej wzrosną tam, gdzie były najniższe poziomy wag ryzyka. W Szwecji aktywa ważone ryzykiem mogą się zwiększyć nawet o ponad 60 proc. Znaczących zwyżek można się też spodziewać w Danii, Holandii czy w Niemczech. A w krajach południa Europy to będzie tylko kilka procent.
Czy banki będą musiały szukać dodatkowego kapitału?
Z naszych wyliczeń wynika, że minimalne wymogi kapitałowe wzrosłyby o ponad 400 mld euro, a według szacunków Europejskiego Urzędu ds. Nadzoru Bankowego – EBA – Bazylea IV może spowodować dodatkowy wymóg kapitałowy rzędu prawie 40 mld euro dla niektórych banków w UE. Które banki będą najbardziej dotknięte, to tak naprawdę będzie zależało od modelu biznesowego. Nowe standardy zaczną obowiązywać dopiero w 2022 r., ale w pełni wejdą pięć lat później. Długi czas na wdrożenie to element kompromisu, by na modyfikację Umowy Kapitałowej zgodzili się nadzorcy w Europie. Jednak warto, aby banki już teraz podjęły energiczne działania, dostosowując swoje strategie.
Jaki będzie wpływ na polski sektor bankowy?
Na krajowe banki to, o czym do tej pory mówiliśmy, powinno mieć ograniczony wpływ, przy czym niektóre banki mogą boleśniej odczuć skutki Bazylei IV.
Będzie jednak jeszcze jedna zmiana – dotycząca tzw. ryzyka operacyjnego. Tu nie będzie można stosować modeli wewnętrznych, a robią to dwa największe banki na naszym rynku, co zmniejsza ich „kapitał regulacyjny”.
Będzie zapewne pewien wpływ wynikający ze zmian strategii zagranicznych właścicieli. Najbardziej kapitałochłonne linie biznesowe mogą być ograniczane. To może mieć przełożenie na całą gospodarkę, także w Polsce, np. na finansowanie nieruchomości komercyjnych. Jeśli trudniej będzie o kredyt dla firm, ktoś tę lukę będzie musiał wypełnić.
Czy nowe standardy mogą być dla zagranicznych banków impulsem do zastanowienia się nad obecnością na naszym rynku?
Zapewne w niektórych krajach Europy Zachodniej będzie potrzeba restrukturyzacji sektora bankowego. Będzie to dotyczyło przede wszystkim banków z Holandii, Niemiec, w mniejszym stopniu z innych krajów. To może wpływać długofalowo na chęć utrzymywania pewnych linii biznesowych w Polsce, a być może wręcz sprzedaży aktywów w naszym kraju.
Ale jest też druga strona. Dla amerykańskich banków to może być szansa, by mocniej konkurować na naszym kontynencie. Nie tylko dla nich. To samo można powiedzieć o Chinach, oczywiście z zastrzeżeniem, czy standardy rachunkowości i ryzyka są tam właściwie stosowane.