Najgorsze, co może przytrafić się Polakom, to wzorem zachodnich społeczeństw mogą stracić apetyt na ryzyko. Bez niego nie możemy śnić o prężnej gospodarce.
ikona lupy />
Magazyn 25-26.11.17 / Dziennik Gazeta Prawna
Oni są po prostu nudni. Mają swoją stabilną pracę, komfortowe domki i niezłe auta, a marzą co najwyżej tylko o kolejnej wersji iPhone’a. Wy jeszcze czegoś chcecie, do czegoś dążycie. Im się zdaje, że już wszystko mają, już im się nie chce chcieć – wykładał niewysoki 56-latek w okularach i krótkich blond włosach publiczności zgromadzonej na odbywającym się w Warszawie w połowie listopada „Weekendzie Kapitalizmu”. To pierwsza edycja imprezy mającej być przeciwwagą dla organizowanego już od lat „Weekendu Antykapitalizmu”, a ów rozgadany blondyn to Yaron Brook, amerykański przedsiębiorca, propagator wolnorynkowych idei i szef Instytutu Ayn Rand. Przypomnijmy: Rand to pisarka i filozofka, autorka głośnego „Atlasu zbuntowanego”, dla której kapitalizm był jedynym moralnym i racjonalnym systemem gospodarczym, a przedsiębiorcy w jej oczach urastali do rangi półbogów.
Wróćmy jednak do słów Brooka. Kim są ci nudni, zadowoleni z siebie oni? To mieszkańcy krajów rozwiniętych, zwłaszcza Europy Zachodniej. Istotę tego, co wytyka im Brook, można ująć krótko: rozleniwili się i przestali ryzykować. Zachód to cywilizacja upadająca, ponieważ bez ludzi skłonnych do podejmowania ryzyka dalszy rozwój jest niemożliwy.
Wszystko dla zysku
Trudno zaprzeczyć, że podejmowanie ryzyka buduje cywilizację. Chwała pierwszemu człowiekowi, który wychylił głowę z jaskini i wrócił do niej z płonącą pochodnią. Chwała brawurze Kolumba, który bazując na niepewnej wiedzy, odnalazł coś, czego nominalnie nawet nie szukał. Chwała odkrywcom, takim jak Skłodowska-Curie, którzy rozwinęli naukę, poświęcając na jej ołtarzu zdrowie i życie. Ryzykanci ich pokroju nierzadko w opinii sobie współczesnych byli po prostu bezmyślni i szaleni. Mieli to jednak za nic, bo byli świadomi, że – jak pisał poeta Thomas Stearns Eliot – „tylko ci, którzy ryzykują pójście za daleko, dowiedzą się, jak daleko można dojść”. Gdyby nie tacy ryzykanci, wciąż siedzielibyśmy po ciemku w jaskini, z przerażeniem nasłuchując odgłosów szalejącej burzy – gniewu któregoś z bóstw.
W życiu gospodarczym tymi, którzy „idą za daleko”, są przedsiębiorcy. Ekonomiści wskazują często na cztery główne rodzaje ryzyka, które towarzyszą działalności przedsiębiorczej. Pierwszy to ryzyko finansowe – zazwyczaj pierwszy biznes finansowany jest z własnych oszczędności czy pożyczek zaciągniętych u rodziny i przyjaciół. Nie wypali – tracisz wszystko. Drugi rodzaj ryzyka to ryzyko związane z niepewnością, czy w razie bankructwa uda się jeszcze wyjść na prostą, choćby znajdując normalną pracę („Będą jeszcze mnie, nieudacznika, gdzieś chcieli?”). Trzeci to ryzyko związane z kosztami osobistymi – niejedna rodzina rozpadła się, gdy przedsiębiorca zaczął poświęcać firmie cały swój czas. Czwarte to ryzyko związane ze zdrowiem psychicznym – prowadzenie firmy to nieustanny stres, napięcie, nieprzespane noce.
Guru wolnorynkowej szkoły austriackiej, Ludwig von Mises, uczulał, by słowa „ryzykant” używać wobec przedsiębiorców we właściwy sposób. Owszem, decydując się na zainwestowanie prywatnego kapitału w jakieś przedsięwzięcie, ryzykują stratę w razie niepowodzenia – w tym sensie są ryzykantami. Nie są jednak zdanymi na łut szczęścia „hazardzistami” wybierającymi intuicyjnie między mniej lub bardziej ryzykownymi inwestycjami. „Właściciel kapitału jest zmuszony przez to, jak działa sam rynek, zainwestować fundusze w taki sposób, by zaspokoić najpilniejsze potrzeby konsumentów w najszerszym możliwym zakresie. Kapitalista nigdy nie wybiera inwestycji, która zagraża najmniejszą stratą. Wybiera inwestycję, po której oczekuje jak największego zysku” – pisze Mises w „Ludzkim działaniu”.
Rynkowy ryzykant to zatem nie ktoś, kto zaledwie kalkuluje prawdopodobieństwa wtopy, a ktoś, kto realizuje swój pomysł, oczekując zysku (tak jak on sobie go subiektywnie pojmuje). Nie tylko jednak biznesmen może być ryzykantem – pracownik najemny także. Starając się o pracę, chcemy, by wysiłek włożony w przygotowanie się do jej wykonywania przyniósł jak największy zwrot. To dlatego wykształcony architekt na bezrobociu nie szuka zatrudnienia w najbliższej restauracji McDonald’s, ale jest w stanie nawet przeprowadzić się do innego miasta czy kraju, by zatrudnić się w satysfakcjonującym go biurze projektowym.
Nie wymaga szczególnego dowodu teza, że im w gospodarce więcej ludzi skłonnych jakoś ryzykować, tym lepiej dla jej rozwoju. Kapitał jest wówczas lokowany w bardziej różnorodny i efektywny sposób, większa liczba idei podlega realizacji i rynkowemu testowaniu, co z kolei zwiększa szanse na pojawienie się nowych przełomowych technologii i dalszy wzrost dobrobytu. Kraje Azji Wschodniej, które w ciągu ostatnich 50 lat tak mocno rozwinęły swoje gospodarki, uczyniły to, wykorzystując fakt, że ludzie, których role społeczne były wcześniej ściśle wyznaczone (np. przez partię komunistyczną), nagle w wyniku obdarzenia ich większą wolnością zaczęli działać nieszablonowo w nadziei na osobisty zysk. Państwa Zachodu w tym samym czasie odzwyczajały swoich obywateli od ryzyka, rozbudowując system zabezpieczeń społecznych i siatkę krępujących wolność regulacji. Trudno się więc dziwić, że rozwój w nich zaczął spowalniać, lądując w granicach 1–2 proc. PKB rocznie.
Starość chce bezpieczeństwa
Niektórzy zaprotestują: to nieprawda, że nie ma wśród nas ryzykantów. Jest ich wręcz zbyt wielu. Czy to w końcu nie podejmowanie nadmiernego ryzyka było jedną z najważniejszych przyczyn ostatnich światowych zawirowań gospodarczych?
Faktem jest, że przez dekady macherzy systemu finansowego przesadzali, robiąc z giełd kasyno i korzystając z ekonometrycznych modeli, które utwierdzały ich w przekonaniu, że ryzyko można w systemie rozproszyć i skutecznie zneutralizować. W ten sposób przyczynili się do wybuchu kryzysu w 2008 r. A jednak to nie jest akurat ten problem, na który chcielibyśmy zwrócić tu uwagę. To jest jedynie bolesna konsekwencja tego problemu.
Rzeczywiście nie brakuje nam ludzi, którzy ryzykują życiem i majątkiem. Tyle że cudzym. Jak bankierzy i politycy – bo to łatwe ryzykować za kogoś, gdy samemu jest się chronionym przed bezpośrednią odpowiedzialnością za skutki swoich decyzji. Coraz bardziej jednak brakuje ludzi, którzy chcieliby ryzykować własnym życiem i majątkiem. Problem ten dotyczy w tym samym stopniu kasty bankierów, jak i zwykłych Kowalskich. Różnią ich tylko zasoby, którymi mogliby zaryzykować, ale nie sam fakt, że nie chcą tego robić.
Jak właściwie w praktyce objawia się ta awersja do ryzyka? Jej oblicza i intensywność zależą od tego, o jakim państwie mówimy. W USA np. od dekad obserwuje się spadek tempa wzrostu powstawania nowych firm. Jednocześnie coraz większa liczba ludzi na trwałe wychodzi z rynku pracy. Szacuje się, że ok. 5,5 mln Amerykanów (mężczyzn) od 25. do 54. roku życia ani nie pracuje, ani się nie dokształca. Co zatem robią? Może snują w domowym zaciszu planu podboju świata? Nie. Już nie. Na przykład młodzi bezrobotni mężczyźni grają w gry komputerowe – średnio od 12 do 30 godzin tygodniowo (dane za: prof. Erik Hurst z University of Chicago).
Papierkiem lakmusowym awersji do ryzyka w krajach Europy Zachodniej mogą być np. skłonność do inwestowania oszczędności i liczba samozatrudnionych. Wychodząc z takiego założenia, grupa pięciu ekonomistów opublikowała w październiku pracę „Postawy wobec ryzyka w zależności od etapu życia”, w której przeanalizowano powyższe wskaźniki w kontekście starzejącego się społeczeństwa. Bo to właśnie wiek wpływa na nasz apetyt na ryzyko. Mówiąc obrazowo: młodzi przejawiają śmiertelnie ryzykowne zachowania (sporty ekstremalne), a starzy chcą już tylko bujać się w fotelu przy kominku okryci pledem. Niektórzy neurobiolodzy stawiają hipotezę, że rosnąca z wiekiem awersja do ryzyka może mieć związek z ubytkiem tkanki szarej w mózgu.
Jak wynika ze wspomnianej pracy, każde 10 lat więcej w średnim wieku społeczeństwa oznacza 2,5 proc. niższe inwestycje na giełdzie i o 6 proc. niższą liczbę samozatrudnionych. Wim Naudé, ekonomista z Uniwersytetu w Maastricht, zwraca w tym kontekście uwagę na kryzys przedsiębiorczości w Europie. „Przedsiębiorcy są coraz starsi i radzą sobie coraz gorzej pod kątem zarobków w porównaniu do pracowników najemnych. Małe firmy nie tworzą wystarczającej liczby miejsc pracy i nie zwiększają produktywności pracy, a przedsiębiorcy imigranci nie są produktywnie zasymilowani” – pisze w pracy „Czy europejska przedsiębiorczość jest w kryzysie?”.
Fakt, że starzeje się nie tylko Europa, lecz także Ameryka Północna i Azja, zasmuca. Gdzie podzieje się przedsiębiorczy wigor ludzkości, jeśli, jak obliczają demografowie, za 30 lat po raz pierwszy w historii więcej będzie ludzi powyżej 60. roku życia niż dzieci?
Niestety, nie tylko starsi będą hamulcowymi cywilizacyjnego rozwoju. Młodsi, a więc nadchodzące po millenialsach pokolenie Z (ludzie urodzeni po 1995 r.), także. W raporcie na temat tego pokolenia przygotowanym przez firmę Bainbridge Consulting stwierdzono, że przejawia ono „immanentną awersję do ryzyka”, jest mniej „optymistyczne” i bardziej „pragmatyczne” od przebojowych, ekstrawertycznych millenialsów. Owszem, przedstawiciele Z deklarują, że chcą zakładać własne firmy i naprawiać ludzkość, ale dane o zmierzchu przedsiębiorczości sugerują, że być może deklaracje te wynikają po prostu z mody.
Nasi ryzykanci wyjechali
A Polska? Jest krajem ryzykantów czy asekurantów? To bardzo ważne pytanie, ważniejsze wręcz niż w przypadku krajów starej Unii czy USA. Zachód się rozleniwił, owszem, ale bogactwa, które skumulował przed dwa wieki w wyniku m.in. działalności ryzykantów, wystarczą mu jeszcze na wiele lat. Polska tymczasem dopiero swoje bogactwo buduje – deficyt ryzykantów byłby dla nas tragiczny w skutkach, ponieważ pozbawiłby naszą gospodarkę odpowiedniej dynamiki. Żegnajcie marzenia o innowacyjności.
Odpowiedź na pytanie o nastawienie Polaków do ryzyka nie jest prosta, bo wskaźniki, którymi można by to mierzyć, da się zinterpretować na różne sposoby. Na przykład na pierwszy statystyczny rzut oka może się wydawać, że Polacy są niezwykle przedsiębiorczy. Działa u nas dla przykładu ok. 2 mln firm, co oznacza ok. 48 przedsiębiorstw na tysiąc mieszkańców, czyli prawie dwukrotnie więcej niż w Niemczech czy w Wielkiej Brytanii. Co więcej, nie spada wcale, a raczej nawet rośnie, liczba nowych biznesów. Jednak, jak podkreśla Ewa Wilk w artykule „Zaradni bezradni” opublikowanym w 2015 r. w „Polityce”, część naszej przedsiębiorczości nie bierze się z palącej potrzeby założenia własnego przedsiębiorstwa, bo mamy nań niezwykły pomysł, a z przymusu życiowego. Wiele osób zatrudniłoby się na etacie, gdyby tylko miało taką możliwość, a że nie mają, to rejestrują własną działalność i rozliczają się ze swoimi pracodawcami na bazie faktur. I nikogo nie zatrudniają. Pod względem udziału firm jednoosobowych w ich ogólnej liczbie jesteśmy powyżej unijnej średniej i trudno oczekiwać, że będą to rozwojowe biznesy prowadzone przez przyszłych Steve’ów Jobsów. Co więcej, niewielki apetyt na ryzyko i aspiracje cechuje także średnie i duże polskie firmy – ekonomiści podkreślają, że zamiast dążyć do nieustannej ekspansji, na pewnym etapie rozwoju osiadają one na laurach. Stąd m.in. brak dużych polskich marek. Kilka przykładów międzynarodowego sukcesu, które non stop przewijają się przez prasę (chociażby gra „Wiedźmin”), tej diagnozy nie falsyfikuje. Podobnie jak nie zmienia analogicznie niewesołej diagnozy stanu współczesnej polskiej nauki tych kilka nośnych medialnie przypadków jej tryumfu. Zresztą i tak w końcu okazują się tylko „niewykorzystanymi szansami”. Vide: historia grafenu, o którym jeden z biznesowych dzienników pisał w 2013 r., że to „materiał przyszłości”, który „może zmienić naszą cywilizację”, a „polscy naukowcy wiedzą, jak go produkować”. Może i wiedzieli jak, ale zupełnie nie potrafili poradzić sobie z komercyjnym aspektem swoich odkryć. Jednym z wyjaśnień niepowodzenia może być właśnie to, że w polskim systemie szkolnictwa kreatywność, inicjatywa i działanie to cechy dyskryminowane. A radzenia sobie z ryzykiem uczymy się w praktyce.
Z całą pewnością jednak w Polakach wciąż żyje gen ryzykanta, co udowadniają te rzesze, które po przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej wyjechały na Zachód w poszukiwaniu pracy i lepszego życia, często nawet bez znajomości języka obcego. Uznały, że wówczas ponad 20-proc. bezrobocie w Polsce to wystarczający powód, by zaryzykować życie na obczyźnie. To, że kraj opuściło ok. 2 mln osób, nie oznacza, że pozostali sami asekuranci. Takie osoby nie zbudowałyby stabilnego wzrostu gospodarczego na poziomie 3–4 proc. PKB rocznie. Niestety, mimo to deficyt ryzykantów pozostaje dla nas realnym zagrożeniem.
Jest tak głównie ze względu na wspomniane już starzejące się społeczeństwo. Jesteśmy w niechlubnej awangardzie narodów o najmniejszym współczynniku dzietności (ok. 1,3). I muszę was rozczarować: program 500 plus nie poprawi naszej demografii na tyle, by Polska przestała się starzeć. Dlatego można w ciemno obstawiać, że różnego typu asekuracyjne polityki socjalne będą zyskiwały coraz większe poparcie polityczne, a coraz potężniejsze problemy systemu emerytalnego przysłonią to, co dla gospodarki naprawdę ważne. Młodzi będą traktowani nie jak potencjalni innowatorzy, a wyłącznie jak ekonomiczny zasób utrzymujący starych. Czy rosnąca awersja do ryzyka jest więc zjawiskiem nieuchronnym, które będzie się w Polsce nasilać?
Strach w DNA
Jeśli za jej główną przyczynę uznać starzenie się społeczeństwa, to najprawdopodobniej tak – mimo usilnych prób nie wynaleziono jeszcze lekarstwa na starość. Z drugiej strony neurobiolodzy i psycholodzy coraz śmielej przekonują, że w niedalekiej przyszłości będziemy w stanie wpływać farmakologicznie i za pomocą specjalnych terapii behawioralnych na to, jakie ludzie podejmują wybory, i na ich nastawienie wobec ryzyka. Młodych będzie można uczynić w ten sposób odrobinę bardziej rozsądnymi, a ze starszych zrobić odrobinę większych ryzykantów. Problem z tego rodzaju interwencją medyczną w – ujmijmy to oględnie – mentalność społeczeństwa jest dwojaki. Z jednej strony, jeśli będzie stosowana punktowo, tj. w odosobnionych przypadkach, nie będzie miała znaczenia cywilizacyjnego. Z drugiej zaś, jeśli będzie stosowana powszechnie, np. na takiej samej zasadzie jak obowiązkowe szczepienia, może wywołać niechciane i nieprzewidziane uboczne skutki. Ewolucyjne uwarunkowanie polegające na tym, że młodzi ryzykują śmiertelnie, a starzy nie ryzykują niemal wcale, nie wzięło się przecież znikąd i takie medyczne wypośrodkowanie i zracjonalizowanie naszej awersji do ryzyka może równie dobrze zaszkodzić, co pomóc rozwojowi cywilizacji. Skrajności też mogą być potrzebne.
Rozważcie ten przykład: ludzie zdecydowanie zbyt szybko jeżdżący autami wymuszają na inżynierach innowacje zwiększające bezpieczeństwo jazdy, co służy nam wszystkim. Z kolei ludzie starsi, którzy przestają pracować czy podejmować inicjatywy przedsiębiorcze i jakiekolwiek istotne ryzyko, zmuszają młodszych – swoje dzieci – do wytężonej pracy także na ich rzecz. Wymusza to większą produktywność w gospodarce, lecz także może budować jakiegoś rodzaju poczucie międzypokoleniowej więzi i interesu wspólnego.
Wygląda więc na to, że to nie tyle starszych trzeba uczynić większymi ryzykantami, ile raczej zapobiec temu, by ludzie młodzi zachowywali się jak ludzie starzy. Niestety, pokolenie Z charakteryzuje się tym, że wcześnie podejmuje zobowiązania zawodowe, chcąc szybko uzyskać kontrolę nad swoim życiem po to, by się ustabilizować. Szuka komfortu, a nie niezwykłych przeżyć. Podejmowanie ryzyka nie ma jednak nic wspólnego ze stabilizacją, komfortem i kontrolą. Jeśli więc w mentalności pokolenia Z jest miejsce na przedsiębiorczość, to na małą przedsiębiorczość (oby socjologowie byli tu jednak w błędzie).
Niestety, wpływanie na nasze postrzeganie ryzyka jest niezwykle trudne i wymyślenie programu, który będzie w tym zakresie skuteczny, może być niemożliwe. Dlaczego?
Zdaniem psychologów behawioralnych awersja do ryzyka to cecha ewolucyjnie wpisana w naturę człowieka. Boimy się straty bardziej, niż cieszymy się ze zwycięstwa. Profesorowie Daniel Kahneman i Amos Tversky (nawiasem mówiąc, laureaci Nobla z ekonomii) przeprowadzili nawet eksperymenty sugerujące, że jeśli potencjalna strata (w ujęciu pieniężnym) jest identyczna jak zysk, to średnio będziemy ją odczuwać do 2,5 razy mocniej niż ów zysk. Tu pierwsze skrzypce grają nasze emocje, nie rozum. A co kształtuje nasze emocje – oprócz tego, że tysiąclecia ewolucji społecznej? Kultura, w jakiej żyjemy. A nie żyjemy w takiej, która szczególnie mocno promowałaby ryzykantów. Przeciwnie – coraz śmielej przecież rozważamy całkowitą niemal eliminację ryzyka życiowego poprzez wprowadzenie uniwersalnego dochodu podstawowego. Zapominamy jednak o ważnej starotestamentowej lekcji: zanim lud Izraela dostał mannę od Boga (która była prefiguracją idei dochodu podstawowego), podjął ryzyko buntu przeciw swoim egipskim panom i długiej pieszej wędrówki pod wodzą człowieka twierdzącego, że ma bezpośredni kontakt ze Stwórcą. To było dopiero ryzyko. Bez niego nie byłoby manny.