- Obowiązki przewidziane w projekcie ustawy nie powinny być dla przedsiębiorców zaskoczeniem. Wiele zasad wynika z obowiązującego od 2013 r. unijnego rozporządzenia, którego przepisy stosujemy bezpośrednio - wyjaśnia dr Daria Wierzbińska, radca prawny w kancelarii Kieszkowska Rutkowska Kolasiński.
1 stycznia 2018 r. ma wejść w życie ustawa o produktach kosmetycznych. Co zmieni w życiu przeciętnego konsumenta?
W życiu konsumenta, który kupi np. szkodzący krem do rąk – niewiele. Projektowane przepisy nie odnoszą się bowiem do procedur wycofywania produktu od odbiorcy końcowego. To zresztą jest od bardzo dawna kwestia trudna do rozwiązania. Natomiast sporo zmieni się dla konsumenta dopiero zamierzającego kupić ten sam krem, który wcześniej kupiła inna osoba i zgłosiła jego szkodliwe działanie. Powstanie bowiem System Informowania o Ciężkich Działaniach Niepożądanych Spowodowanych Użyciem Produktów Kosmetycznych. Obecnie niebezpieczne kosmetyki są wpisywane do systemu RAPEX, czyli systemu produktów niebezpiecznych. Obejmuje on jednak wszystkie produkty nieżywnościowe przeznaczone dla konsumentów (z wyjątkiem leków i wyrobów medycznych). Stworzenie systemu poświęconego kosmetykom powinno przełożyć się na lepszy nadzór nad ich bezpieczeństwem i większą ochronę konsumenta. Wprowadzony przez unijne rozporządzenie nr 1223/2009 obowiązek identyfikacji w łańcuchu dostaw ma natomiast pomóc w szybszym wycofaniu szkodliwych kosmetyków ze sklepów.
Reklama
Ministerstwo Zdrowia, które przygotowało projekt, nie ukrywa, że ma na celu przede wszystkim ochronę konsumentów. To się zaś z reguły wiąże z konsekwencjami dla przedsiębiorców. Tak będzie i tym razem?
Bez wątpienia wejście w życie nowych przepisów będzie stanowiło „dokręcenie śruby” producentom produktów kosmetycznych. Obowiązki przewidziane w projekcie ustawy nie powinny być jednak dla nich zaskoczeniem. Wiele zasad wynika z obowiązującego od 2013 r. unijnego rozporządzenia nr 1223/2009, którego przepisy stosujemy bezpośrednio. Rzecz w tym, że bywa to trudne w praktyce, bo obowiązująca nadal „stara” ustawa o kosmetykach jest z aktem unijnym w ogóle niespójna. Przedsiębiorcy czują się zagubieni, skoro formalnie obowiązują ich dwa różne akty prawne, a nie zgadza się w nich nawet używana terminologia.

Reklama
Na czym będzie polegało to dokręcenie śruby?
Większość to kwestie techniczne. Dotyczą rozszerzonych zasad dbania o bezpieczeństwo kosmetyków. Będzie też wymóg dokonania wpisu do wykazu zakładów wytwarzających produkty kosmetyczne. Co ciekawe, samego wpisu będzie można dokonać drogą elektroniczną, ale już wszelkie zmiany w dokonanym wpisie powinno się robić pisemnie. Sądzę, że warto, by ustawodawca to zmienił i dopuścił formę elektroniczną również dla zmiany danych w wykazie zakładów.
Zmieni się też całkowicie model karania za naruszenia. Kary podlegające reżimowi prawa o wykroczeniach zastąpiono administracyjnymi karami pieniężnymi. W toku konsultacji przedsiębiorcy zwracali uwagi, że górne widełki mogą być za wysokie dla niedużych polskich firm. Trzeba bowiem pamiętać, że kosmetyki wytwarzają nie tylko międzynarodowe koncerny kosmetyczne, lecz także małe rodzime przedsiębiorstwa. Ministerstwo Zdrowia obniżyło maksymalny wymiar kar. Nadal są to jednak bardzo duże kwoty, sięgające w przypadku poważnych naruszeń nawet 100 tys. zł – ale wydaje się, że akceptowalne.
Jak wyegzekwować wysoką karę od spółki z ograniczoną odpowiedzialnością z minimalnym kapitałem zakładowym, która wprowadza do obrotu niespełniający wymogów produkt kosmetyczny?
To słaby punkt projektowanych przepisów. Odpowiadając bowiem wprost na to pytanie, mogę powiedzieć, że będzie to bardzo trudne w praktyce, a w niektórych przypadkach nawet niemożliwe. Sądzę, że inspektorzy sanitarni również mogą mieć z tym kłopot. To niestety systemowy problem, dotyczący nie tylko sektora kosmetycznego. Zdarza się, że nieuczciwi przedsiębiorcy pozostają bezkarni. Model wymierzania administracyjnych kar pieniężnych zamiast sankcji karnych jest co do zasady dobry. Zderzenia z firmami krzakami jednak nie wytrzymuje.
Pierwotnie resort zdrowia chciał, aby wszelkie informacje dotyczące produktów kosmetycznych były tłumaczone na język polski. W toku prac nad ustawą jednak uznał, że wystarczy tłumaczenie tylko części z nich. Czy to oznacza, że fragment etykiety na produkcie w drogerii będzie tylko po angielsku lub chińsku?
Nie, to nam nie grozi. Rzeczywiście w projekcie ograniczono zakres tłumaczonych informacji, ale nie dotyczy to tych przekazywanych konsumentom. Chodzi o dokumentację danego produktu, często rzeczy czysto techniczne, niekiedy nawet trudne do przetłumaczenia na język polski. Pełne tłumaczenie dokumentacji służyłoby bez wątpienia inspekcji sanitarnej w przypadku kontroli. Najzwyczajniej w świecie nie musiałaby sama tłumaczyć dokumentów. Uznano jednak, że nie należy wymagać od przedsiębiorców tłumaczenia na język polski całej dokumentacji produktu, a jedynie raportu bezpieczeństwa produktu. To dobra decyzja.
Czyli projekt ogólnie zasługuje na pochwałę?
Znaleźlibyśmy do niego kilka zastrzeżeń, ale ogólnie jest dobry. Problem dla biznesu leży gdzieś indziej. Są nim czasami zbyt krótkie okresy przejściowe wyznaczane przez prawodawcę europejskiego na dostosowanie do nowych wymogów. Rozporządzenie nr 1223/2009 podlega zmianom, na przykład wycofywane są określone substancje, które mogą być zawarte w kosmetykach a niebezpieczne dla konsumentów. O ile jest to dobra decyzja z uwagi na potrzebę zapewnienia bezpieczeństwa konsumentom, o tyle niestety okresy przejściowe, które ustanawia prawodawca europejski, prowadzą do tego, że producenci niejednokrotnie są zmuszeni spisać na straty część już wyprodukowanych kosmetyków.