Rząd w Canberze może świętować rekordowy okres rozwoju bez kryzysu. Ale na horyzoncie zbierają się chmury. Ostatnim razem, kiedy australijska gospodarka była w recesji, Lech Wałęsa wciąż przyzwyczajał się do prezydenckiego fotela, a pierwsze miejsce na liście przebojów Trójki okupowała piosenka „Losing My Religion” zespołu R.E.M.
Od tej pory Australijczycy cieszą się bezprecedensowym okresem wzrostu gospodarczego, w trakcie którego dynamika PKB kraju była ujemna tylko cztery razy. Co nie znaczy, że wpadła w recesję, bo to wymagałoby dwóch kwartałów spadku z rzędu. W międzyczasie wyspiarze przetrwali kryzys azjatycki, pęknięcie bańki dotcomów, a także globalny kryzys finansowy. I chociaż prognozy mówią, że gospodarka wciąż będzie rosnąć – w przyszłym roku tempo wzrostu ma wynieść nawet 3 proc. PKB – nad południową półkulą zbierają się ciemne chmury.
Cztery dekady temu sprawy nie wyglądały jednak tak różowo. Uważany za ojca narodu pierwszy premier Singapuru Lee Kuan Yew pozwolił sobie nawet w 1980 r. na złośliwy komentarz pod adresem Australijczyków, przestrzegając ich, że mogą stać się „biednymi, białymi śmieciami Azji”. Co ciekawe, ówczesny premier Bob Hawke przyznał mu rację. To m.in. dlatego on, jak również jego następca Paul Keating, rozpoczęli proces reform, które miały uwolnić potencjał australijskiej gospodarki. Uwolnili więc kurs waluty, rozluźnili przepisy dotyczące instytucji finansowych i rynku pracy, obniżyli cła i stworzyli prywatny system emerytalny. Ich następca John Howard dorzucił do tego jeszcze podatek od towarów i usług; w efekcie w poprzedniej dekadzie australijskie budżety miały nadwyżki.