Są podsumowania, które piszą się niejako same. A są i takie, gdzie szukając lidera, widzi się cały peleton albo liczną „szpicę”. Wcale nie mam na myśli absurdów gospodarczo-politycznych, bo w tej kategorii wybór Top 3 byłby z gatunku „Mission: Impossible”, z czym sam Tom Cruise by sobie nie poradził. Skupię się więc nie na jednorazowych wydarzeniach, a bardziej na kwestiach, które zostaną z nami jeszcze na kolejne lata.
1. Biznes nie gryzie, a deregulacja to nie jest brzydkie słowo
Od wielu lat władzy wykonawczej z trudem przychodzi zrozumienie, jak wielkim stekiem bzdur jest lansowane przez klasyka polskiej polityki stwierdzenie, że „jeśli ktoś ma pieniądze, to znaczy, że skądś je wziął”, ergo każdy przedsiębiorca to potencjalny złodziej, żerujący na pracownikach sęp itd. Tymczasem to my dajemy pracę, płacimy podatki i masę innych danin, dając politykom możliwość alokowania tych środków w ramach budżetu państwa – w mniej lub bardziej racjonalny sposób. To dzięki przedsiębiorcom, naszej kreatywności i determinacji Polska znalazła się wśród 20 najpotężniejszych gospodarek świata. Można rzec, że wręcz pomimo wielu kłód rzucanych nam nieustannie pod nogi.
Rollercoaster to fajna zabawa, ale tylko w wesołym miasteczku. Ostatni przykład z pojawiającymi się i znikającymi propozycjami rozwiązań dotyczących uprawnień Państwowej Inspekcji Pracy i walki z tzw. śmieciówkami, które część polityków forsuje wbrew swoim koalicjantom i stanowiskom reprezentantów pracodawców, jest najlepszym przykładem huśtawki legislacyjnej. Jest też dowodem na klasyczne odwracanie kota ogonem i leczenie grypy plastrem: zamiast poważnie zastanowić się, jak wysokie (i dlaczego) są w Polsce koszty pracy i skąd się w ogóle wzięły umowy B2B, ministrowie prą jak Titanic prosto na górę lodową. W tym przypadku za zderzenie z rzeczywistością (jak zwykle) będziemy płacić my wszyscy, a w pierwszej kolejności niestety pracownicy.
Jednocześnie ostatni rok przyniósł w tej mierze światełko w tunelu. Otóż rząd zaczął prowadzić konstruktywny dialog z przedstawicielami pracodawców, którym zależy na przewidywalności i stabilności rozwiązań prawnych oraz podatkowych. „Akcja: deregulacja” już przynosi pierwsze efekty i może nie widać fajerwerków, ale kierunek zmian jest pozytywny.
2. Konkurencyjność to nie tylko sprawa polska, ale gospodarcze być albo nie być naszego kontynentu
Będę powtarzać do znudzenia, że chorobę europejskiej nadregulacji doskonale zdiagnozował już ponad rok temu Mario Draghi w raporcie, który wydaje się coraz bardziej pokrywać kurzem. Nie ma konkurencyjności bez sprawnego i ustrukturyzowanego działania. Jednak pojedyncze zrywy Komisji Europejskiej pokazujące, że pod dużą presją nawet tak opieszały organ jest w stanie przygotować i wprowadzić rozwiązania prawne (mam na myśli taryfy celne na produkty nabywane na chińskich platformach e-commerce), nie rozwiązują podstawowego problemu. Europejski konsument nie dlatego kupuje produkty wytworzone poza UE, bo nie lubi artykułów „made in EU”, tylko w swoim wyborze kieruje się po prostu ceną i jej stosunkiem do jakości. Niefortunnie dla europejskich producentów „chińszczyzna” coraz mniej oznacza kiepską jakość, a coraz częściej szybkość i efektywność produkcji przy zachowaniu konkurencyjnych cen. Na potwierdzenie tego faktu mogę podać najświeższy przykład. Otóż wpadła mi w ręce przepięknie wydana, oprawiona w jedwab (sic!), drukowana na kredowym papierze książka „Napoleon. Sztuka wojny i władzy”. Zgadnijcie Państwo, gdzie polskie wydawnictwo drukuje tę przepiękną w swej oprawie książkę? Druk: Zhejiang Paperon.co. ltd, China. Jak widać, jesteśmy niekonkurencyjni już nie tylko w wysokich technologiach i odzieży, ale nawet w drukowaniu książek.
Kluczową rolę – oprócz nadmiernej biurokracji i przeregulowania, kosztów osobowych pracy – stanowi tu czynnik energetyczny. Koszt energii, będący pochodną europejskiego podejścia do opacznie rozumianego ratowania klimatu, już pogrąża gospodarkę naszego zachodniego sąsiada (i największego odbiorcę naszych produktów eksportowych). Uzależnienie od węgla, ciągnące się od dziesięcioleci dyskusje oraz prace nad elektrownią jądrową, dostrzegalna niechęć do energetyki odnawialnej (vide przypadek wiatraków) nie sprzyja cenom energii w Polsce. A pamiętajmy, że za subsydia rządowe do cen energii i tak płacimy my, podatnicy. W myśl zasady, że przecież rząd nie ma swoich pieniędzy, tylko nasze.
Podsumowując, aby to dobrze wybrzmiało: bez rewizji nadmiernych, niejednokrotnie bezsensownych obciążeń i przytłaczającej biurokracji, nie będziemy w stanie sprostać konkurencji. I to nie tylko ze strony Chin.
3. Demografia i polityka migracyjna
Europa się starzeje i to jest fakt, a Polska nie jest wyjątkiem. W warstwie deklaratywnej i ideologicznej rozmaici politycy od lat wydają się podchodzić do tego tematu z ogromną troską. Sęk w tym, że same transfery socjalne, kolejne programy 800+ czy nawet 1000+ sprawy nie rozwiążą. Zapewne dużo trudniej jest dociec przyczyn, dlaczego dzietność w Polsce z roku na rok (i to od lat) spada. Uprzejmie informuję, że zapędzanie kobiet na siłę do pilnowania domowego ogniska i represje prawne nie są właściwym kierunkiem (kłania się Gilead z „Opowieści podręcznej”). Aż by się chciało sparafrazować hasło o gospodarce z kampanii Billa Clintona i stwierdzić: „Infrastruktura, głupcze!”. Mam tu na myśli rozwiązania ułatwiające kobietom (i mężczyznom!) łączenie rodzicielstwa i kariery zawodowej, a także ułatwiające edukację i zwiększające bezpieczeństwo potomkom. Pieniądze w ręku to nie wszystko i albo włączy się systemowe myślenie, albo zostaniemy bez rąk do pracy, za to z armią emerytów, których nie będzie komu utrzymywać.
Skoro już mowa o rękach do pracy, to chyba wszyscy wiemy, w jaki sposób łatwo jest obudzić demony i rozpętać kampanię nienawiści. Walka z tym dżinem, raz wypuszczonym z butelki, staje się niezmiernie trudna, a na dodatek czteroletni cykl wyborczy jest za krótki, aby nauczyć polityków odpowiedzialności za słowa i czyny. W tym przypadku partykularny, partyjny interes bezpośrednio godzi w bezpieczeństwo ekonomiczne państwa, a jednak jakakolwiek merytoryczna dyskusja od razu przemienia się w ideologiczną awanturę. Nie wiedzieć czemu, nasi politycy nie są w stanie logicznie i ze zrozumieniem popatrzeć na rozwiązania przyjęte w krajach, które od lat z sukcesem stosują je: Kanada, Szwajcaria czy Australia. Tożsamość kulturowa, chęć integracji i gotowość do nauki języka, poznawania kultury danego kraju, nie wspomniawszy o umiejętnościach zawodowych – to zestaw oczywisty w swojej oczywistości. Niestety ze względów politycznych w tym przypadku rozsądek zdaje się być ostatnią przesłanką analizy sytuacji demograficznej na rynku pracy.
Życząc Państwu wspaniałego 2026 roku, pozostaję z wrażeniem, że stare chińskie powiedzenie (przekleństwo?) o życiu w ciekawych czasach właśnie się materializuje. O czym z przyjemnością będę pisać w kolejnych felietonach.