Utarło się przekonanie, że inwestycje infrastrukturalne są dobre. A spośród inwestycji infrastrukturalnych najlepsze są oczywiście projekty komunikacyjne. Im większe, tym lepsze. Ostatnio tą drogą postanowił iść rząd Prawa i Sprawiedliwości. Tak przynajmniej można rozumieć zapowiedzi budowy centralnego portu lotniczego czy centralnego dworca kolejowego.
Takie projekty mają swoje uzasadnienie. W zachodnim świecie inwestorzy siedzą na zakumulowanym kapitale i narzekają na brak okazji inwestycyjnych. Również Unia Europejska zamierza w ramach planu Junckera mocno dofinansowywać przedsięwzięcia infrastrukturalne. Rząd słusznie więc kombinuje, jak te pieniądze do kraju przyciągnąć. Przy okazji realizując popularne od lat na prawicy sny o zrobieniu czegoś naprawdę wielkiego. Nie żadnych tam orlików i wyszydzanych aquaparków, lecz nową Gdynię albo COP XXI wieku.
W takim klimacie politycznym panującym w Polsce (i w Europie też) ciekawie czyta się tekst trzech ekonomistów z LSE: Riccardo Crescenziego, Marco di Cataldo i Andresa Rodrigueza-Pose. Stawiają oni pytanie, czy inwestycje w infrastrukturę transportową faktycznie przynoszą tak wielkie korzyści, jak się powszechnie uważa. Czy faktycznie przynoszą długotrwałe i zdrowe ożywienie gospodarcze. Oraz czy wreszcie nie można sobie wyobrazić lepszych (z punktu widzenia interesu publicznego) sposobów wydawania pieniędzy. Tak publicznych pieniędzy, jak i prywatnych.