Simon Kuznets od początku lojalnie o tym niebezpieczeństwie ostrzegał. Były lata 30. XX w. i późniejszy ekonomiczny noblista przedstawiał przed Kongresem USA nowatorski sposób szacowania rozmiaru gospodarki za pomocą PKB.
Kuznets mówił (a potem pisał), że zabawki, którą wymyślił, nie wolno traktować jako niezawodnej. Bo PKB wielu ważnych dziedzin życia nie uwzględnia. A jednym z najbardziej niepokojących „martwych punktów” jest tzw. rachunek produkcji domowej. Czyli wszystko to, co robimy w domu. Poza rynkiem.
Problem wcale nie jest taki błahy. Jest taki (owszem seksistowski i trochę czerstwy) dowcip. Jak w niezawodny sposób profesor ekonomii może przyczynić się do skurczenia gospodarki? Wystarczy ożenić się ze swoją pomocą domową. W wyniku czego prace domowe, które były opłacane i wchodziły do PKB, teraz wykonywane będą darmowo, więc rachunek narodowy go nie uwzględni. No, chyba że rzecz działaby się wśród rolników i dotyczyła pracy w gospodarstwie. Bo akurat ta część produkcji domowej jest do PKB wliczana (tak się kiedyś umówili statystycy).