Parlament Europejski zatwierdził w zeszłym tygodniu unijno-kanadyjską umowę o wolnym handlu (CETA), co na nowo rozbudziło dyskusje o tego typu porozumieniach. Warto przyjrzeć się sprawie w szerszym kontekście. Wśród licznych powodów do niepewności w kontekście prezydentury Donalda Trumpa przynajmniej jedna rzecz wydaje się pewna. Po dekadzie już praktycznie zakończonych negocjacji sprawa podobnej umowy transpacyficznej (TPP) jest w USA tematem zamkniętym. Strony sporu zostały pogodzone – umowy po prostu nie będzie.
Nie można uznać tego wydarzenia za mało znaczące. Zgodnie z polityką Baracka Obamy TPP miało być sztandarowym projektem w planach gospodarczego zbliżenia państw Ameryki (USA, Kanady, Meksyku, Peru i Chile), Azji Płd.-Wsch. (w tym Japonii, Wietnamu i Singapuru) oraz Australii i Nowej Zelandii. Kraje te generują prawie 40 proc. światowego PKB, podczas gdy Unia Europejska odpowiada zaledwie za 22 proc. Biorąc pod uwagę fakt, że obecne wzajemne obroty handlowe państw TPP są dwukrotnie większe od obrotów między państwami UE i USA, w kategoriach ekonomicznych TPP byłoby największą umową handlową w historii. A po planowanym w przyszłości dołączeniu się Chin znaczenie TPP mogłoby w istotny sposób zmienić światowe realia gospodarcze.
Reklama
Problemy leżące u podstaw decyzji USA nie dotyczą barier celnych między krajami rozwiniętymi, i tak już bardzo niskich. Głównymi przeszkodami są zagrożenia dotyczące zmian standardów regulujących funkcjonowanie gospodarek. W przypadku TPP wiąże się to ze wzmocnieniem zasad przestrzegania praw własności intelektualnej, ułatwieniami w zakresie inwestowania przez firmy zagraniczne (zwłaszcza w zasadach przeprowadzania przetargów), lepszą ochroną środowiska naturalnego czy wyższymi standardami praw pracowniczych. Paradoksalnie, o ile analizy ekonomiczne wskazują, że umowy typu TPP wpływają pozytywnie na wzrost PKB poszczególnych państw, o tyle w praktyce czynią beneficjentami swych zapisów korporacje, doprowadzając przy tym także do kłopotów różnych branż przemysłowych, regionów czy całych grup społecznych. Czyli do nierównomiernego w społeczeństwie rozkładu korzyści wynikających z zawieranych porozumień.

Reklama
Choć TPP wzmocniłoby pozycję USA w dynamicznie rozwijającej się Azji, takie konsekwencje umów liberalizujących handel są podstawą gwałtownej krytyki, podchwyconej przez nowego prezydenta USA. Rozpoznał on bez trudu, że postanowienia chroniące interesy korporacji i dające im wpływ na stanowienie prawa uniemożliwiają uzyskanie poparcia społecznego dla umowy. Polityczne znaczenie sprawy podkreśla fakt, że także Hillary Clinton podważała w przedwyborczych wystąpieniach zasadność podpisywania TPP, choć przed laty współuczestniczyła w negocjowaniu paktu.
Poważne zagrożenia zawisły też nad unijno-amerykańską umową TTIP. Ma ona wprawdzie inny charakter niż TPP, ale atmosfera wokół tego typu porozumień może się okazać przeszkodą nie do pokonania. Jak to zwykle bywa, wiele argumentów pod adresem każdej z negocjowanych umów ma swoje uzasadnienie, wiele innych ma jednak charakter populistyczny. Łącznie zaś stanowią zagrożenie dla dotychczasowego charakteru międzynarodowego rozwoju w ogóle, a państw Trzeciego Świata w szczególności. Po raz pierwszy od wielu lat wzrost światowego PKB jest szybszy od wzrostu wartości globalnej wymiany handlowej, a to przecież eksport z krajów na dorobku był głównym motorem ich przyspieszonego rozwoju.
Na niechęć USA do zawierania umów trzeba też patrzeć w kontekście innych krajów. Jedenaście państw negocjujących TPP może zawrzeć pakt z pominięciem USA, których miejsce mogłyby zająć Chiny, wzmacniając swą globalną pozycję. Albo – co bardziej realne – decyzja Trumpa może przyspieszyć podpisanie innego negocjowanego obecnie paktu, mającego harmonizować gospodarki 21 państw azjatyckich, w tym Japonii, Chin i Indii. Umowa RCEP jest dużo prostsza w zamyśle i przezornie pomija kwestie regulacyjne, co czyni ją mniej kontrowersyjną. A ze względu na olbrzymi obszar obejmowany umową może się okazać ważnym elementem fundamentalnej zmiany w układzie międzynarodowych relacji gospodarczych i politycznych. A to nie byłoby na rękę Trumpowi, już dziś deklarującemu intencję zmobilizowania Światowej Organizacji Handlu do wpływu na Chiny w sprawie ich polityki zwiększania konkurencyjności przez zaniżanie wartości waluty.
Umowy takie jak TPP, TTIP czy CETA, będące naturalnymi elementami rozwoju gospodarki będą musiały być w przyszłości inaczej formułowane i negocjowane. Dzisiejsza sytuacja jest zdominowana przez umowy dwustronne (w samej Azji jest 147 takich umów), ale w globalizującym się świecie nieuniknione jest obejmowanie racjonalnymi porozumieniami coraz większych grup państw. Wśród przesłanek merytorycznych najważniejsze są dwie: zapewnienie równowagi między interesem korporacji a społeczeństw oraz daleko idąca powściągliwość przy ujednolicaniu regulacji mogących wpływać na ugruntowane tradycją przekonania i standardy kulturowe (jak sprawa GMO w TTIP) czy etyczne (jak sprawa ważności patentów na leki ratujące życie w TPP).
Ważne jest także pilnowanie, aby uzgodnieniom towarzyszyła akcja informacyjna, w ramach której najważniejsza powinna być analiza korzyści różnych grup obywateli, a nie tylko korporacje. Potrzeba poszerzania współpracy jest oczywista. Sposób postępowania przy zawieraniu niezbędnych do tego umów okazuje się jednak materią bardzo delikatną, wymagającą od negocjujących głębokiej wiedzy o gospodarczo-kulturowych uwarunkowaniach partnerów.