Zachęta (po angielsku incentive) to jedno z najczęściej nadużywanych pojęć w ekonomii. Pewnie dlatego, że brzmi tak ładnie i obiektywnie. Naukowo i bardzo profesjonalnie. Tylko że jak się bliżej tej sytuacji przypatrzyć, to widać, że więcej tu chciejstwa ekonomistów niż faktów.
Weźmy polską debatę na temat 500+. Przeciwnicy tego zakrojonego na bardzo szeroką skalę programu redystrybucyjnego podnoszą argument, że pięćsetka będzie zniechęcać ludzi (zwłaszcza kobiety) do pracy. To poważny zarzut, wobec którego nie można przejść obojętnie. I to z wielu powodów. Choćby zważywszy na to, że we współczesnych systemach ekonomicznych praca jest powiązana np. z nabywaniem uprawnień do świadczeń emerytalnych (co oznacza tyle, że wysysając kogoś z rynku pracy dziś, fundujemy mu problemy z emeryturą w przyszłości).
Ja traktuję tego typu scenariusze poważnie. Sprawdzam więc regularnie, czy widać już faktycznie jakieś twarde dane potwierdzające, że 500+ faktycznie zniechęca ludzi do pracy. Patrzę, patrzę i... nic. Takich danych na razie po prostu nie ma. Są symulacje Banku Światowego, które pokazują, że po pierwszym roku funkcjonowania programu pięćsetka Polaków z rynku pracy nie wysysa. Wielu ekonomistów odpowiada na to, że „nie ma siły, na pewno wyssie”. Albo „nawet jeśli nie wyssie tych, co pracują, to powiększy bariery dla tych, których na rynku pracy jeszcze nie ma”.