Nawet jeśli Partnerstwo Transpacyficzne bez USA jest do uratowania, trudno mu będzie konkurować z porozumieniem promowanym przez Pekin.
Reklama
Wycofanie się Stanów Zjednoczonych z Partnerstwa Transpacyficznego (TPP) stworzyło duży dylemat dla pozostałych stron porozumienia, które nie wiedzą, czy próbować je reanimować, czy też uznać je za przegrane i szukać dla siebie alternatyw. A taką oferują na przykład Chiny, co oznaczałoby, że Ameryka na własne życzenie oddała wpływy w regionie swojemu głównemu rywalowi.

Reklama
Formalnie TPP jest już martwe – zgodnie z zapisami miało wejść w życie gdy ratyfikowane zostanie przez wszystkie 12 państw stron (Australia, Brunei, Chile, Japonia, Kanada, Malezja, Meksyk, Nowa Zelandia, Peru, Singapur, USA i Wietnam). A gdyby to nie nastąpiło w ciągu dwóch lat od jego podpisania, czyli do 4 lutego 2018 r., umowa weszłaby w życie po jej ratyfikacji przez co najmniej sześć państw wytwarzających 85 proc. PKB całej grupy. Ponieważ same Stany Zjednoczone odpowiadają za ok. 60 proc. PKB, bez ich udziału układ nie istnieje.
Niektóre państwa przekonują, że porozumienie można jeszcze uratować. Wysiłki podejmuje zwłaszcza Australia. – W trakcie lat negocjacji w sprawie TPP osiągnęliśmy wiele ciężko wywalczonych korzyści. Nie chcemy – i wiem, że inne kraje też tego nie chcą – by te korzyści przeciekły nam przez palce – mówił wczoraj minister handlu tego kraju Steven Ciobo. Uważa on, że po wprowadzeniu niewielkich korekt do tekstu umowa mogłaby obowiązywać pomiędzy pozostałymi państwami. W marcu w Chile będą one na ten temat rozmawiać. Otwarta na tę propozycję jest na pewno Nowa Zelandia, ale nie wszyscy podzielają australijski optymizm. Premier Japonii Shinzo Abe już wcześniej oświadczył, że bez Stanów Zjednoczonych umowa traci sens.
To stwierdzenie nie jest do końca prawdziwe. Oczywiście waga porozumienia bez USA będzie bez porównania mniejsza, ale i tak przynosiłoby ono istotne korzyści. Umowa redukuje cła i bariery pozataryfowe w handlu między stronami, co powinno się przełożyć na zwiększenie obrotów i spadek cen. Poza tym wynegocjowane reguły dotyczące np. ochrony własności intelektualnej, transparentności czy walki z pracą przymusową były dostosowywane do standardów amerykańskich, więc ich stosowanie w takich krajach jak Wietnam czy Brunei byłoby pewną wartością. Z powodu tych standardów do pomysłu wejścia do TPP od początku dość sceptycznie podchodziły Chiny, będące największą gospodarką Azji.
Choć prezydent Donald Trump przekonywał, że TPP – podobnie jak wszystkie wielostronne umowy o wolnym handlu – jest szkodliwe dla amerykańskich pracowników, bo prowadzi do przenoszenia produkcji do krajów o taniej sile roboczej, głównym beneficjentem jego decyzji o wycofaniu się z porozumienia mogą być właśnie Chiny. Pekin od kilku lat promuje alternatywne wobec TPP porozumienie handlowe – Regionalne Całościowe Partnerstwo Gospodarcze (RCEP), które w tej sytuacji tym bardziej zyskuje na atrakcyjności. W negocjacjach na ten temat uczestniczy 10 państw ASEAN (Brunei, Filipiny, Indonezja, Kambodża, Laos, Malezja, Mjanmar, Singapur, Tajlandia i Wietnam) oraz sześć, z którymi ASEAN ma umowy o wolnym handlu (Australia, Chiny, Indie, Japonia, Korea Południowa i Nowa Zelandia).
Łącznie mieszka w nich 3,4 mld osób, czyli 45 proc. ludności świata, odpowiadają za 40 proc. globalnego handlu i wytwarzają ok. 30 proc. światowego PKB, co czyniłoby z RCEP zdecydowanie największy gospodarczo blok naszego globu. I nie ulega wątpliwości, kto w tym porozumieniu odgrywałby pierwsze skrzypce, tworząc reguły, które niekoniecznie byłyby dobre z amerykańskiego punktu widzenia. – Nie możemy pozwalać takim krajom jak Chiny na ustalanie zasad światowej gospodarki. To my powinniśmy ustalać reguły – przestrzegał w zeszłym roku poprzedni prezydent USA Barack Obama.
Ale wiele krajów będzie gotowych zaakceptować te chińskie reguły, szczególnie jeśli Waszyngton faktycznie zdecyduje się na nałożenie zaporowych cen na produkty z Państwa Środka, co rykoszetem uderzy w niemal cały region i raczej nie przyczyni się do zwiększenia sympatii do Amerykanów. Na dodatek na tle Ameryki Donalda Trumpa Chiny paradoksalnie mogą wyglądać na ostoję gospodarczej przewidywalności i racjonalności. – Wycofując się z TPP, Donald Trump jednostronnie pozbył się ogromnego narzędzia nacisku na Chiny. Podstawowa zasada negocjacji zakazuje oddawania czegoś za nic. A on od tego zaczął – mówił stacji CNN Edward Alden, ekspert nowojorskiego think tanku Council on Foreign Relations.
Wiele krajów będzie gotowych zaakceptować chińskie reguły gry.