Wyobraźmy sobie bowiem sytuację, że Europejczycy mogą sprzedawać swoje towary w Stanach Zjednoczonych na podstawie wymogów panujących w Europie, a Amerykanie w Polsce czy Czechach na podstawie regulacji amerykańskich. Dla większości polskich producentów żywności oznacza to plajtę. Powód? Nasze produkty muszą spełniać milion wyśrubowanych norm. Towar amerykański czy kanadyjski nie. W końcu tam panuje żywnościowa „wolnoamerykanka”.

Dlatego też posłowie Kukiz’15 zaapelowali, by pamiętać o tym, że wolny handel – a do tego ma przecież prowadzić zawarcie TTIP – polega na tym, że wszyscy przedsiębiorcy podlegają takim samym lub podobnym regułom gry. W przeciwnym razie mamy do czynienia z patologią. Jeśli bowiem ktoś może nie spełniać wyśrubowanych norm, siłą rzeczy wyprze z rynku tego, który im podlega.

Ta argumentacja jednak wielu parlamentarzystów nie przekonała. Posłowie PO uznali na przykład, że nie ma sensu wyrażać troski o brzmienie TTIP, skoro umowa jeszcze nie weszła w życie. Świetny pomysł, zaprotestujmy, gdy już mleko się rozleje. Argument użyty przez PO zresztą jest dość popularny wśród polityków. Często powtarzają: „Po co pan pisze tekst o tym, że projekt ustawy jest wadliwy? Gdy przyjdzie do uchwalenia ustawy, na pewno będzie dobra”. Narracja się zmienia, gdy dziennikarz opisuje błąd występujący już w ustawie. Wtedy jest: „Na etapie prac legislacyjnych nikt nam nie zwracał uwagi na nieprawidłowości”.

Tak czy inaczej – niedobrze i nie w porę.

Ale żeby nie krytykować tylko opozycji totalnej, trzeba też wspomnieć o stanowisku totalnej władzy. Ta zaś – ustami posła Dominika Tarczyńskiego – orzekła, że kierunek uchwał jest dobry, ale ich tekst może nie być aktualny.

– Sytuacja jest tak dynamiczna, że może być tak, iż za tydzień te uchwały będą nieaktualne – stwierdził poseł.

Myślę, że gdyby przyjęte apele rzeczywiście okazały się bezprzedmiotowe po tygodniu – bo np. ktoś wziąłby je do serca i postanowił zmienić sposób negocjacji (uwaga, żart) – to parlamentarzyści od Kukiza by nie płakali.

A tak powody do płaczu są. Mnie się oczy szklą, jak tylko przypomnę sobie, że najważniejsze gospodarcze porozumienie XXI wieku w imieniu Polski negocjują brukselscy biurokraci. A polscy politycy im w ogóle nie patrzą na ręce i biorą w ciemno to, co nam przyniosą Niemcy i Francuzi.