Tak by sprawdzić, czy rzeczywiście potrzebne są im setki spółek córek czy spółek wnuczek, niezwiązanych zupełnie z głównym profilem działalności. Logiczne. Po co KGHM fabryka sztućców, PKP biuro turystyczne, PGNiG udziały w zakładach przemysłu jedwabniczego, a Orlenowi spółka ochroniarska. To tylko kilka przykładów z brzegu.

DGP dotarł do pierwszych wniosków z tych audytów – najważniejszy jest taki, że spośród ponad 700 spółek podległych państwowym potentatom ok. 300 ma zostać zlikwidowanych lub sprywatyzowanych. I za to właśnie można ministra pochwalić, a dlatego tylko „delikatnie”, bo trudno oprzeć się wrażeniu, że gdyby nie ujawnione w ubiegłym roku w mediach nagrania polityków PSL, na których opowiadają o luksusowym życiu i innych profitach czerpanych z majątku państwowych firm, determinacja ministra do zmian byłaby pewnie mniejsza.

Policzmy. W zarządach takich spółek zasiada od jednej do trzech osób, w radach zazwyczaj od trzech do pięciu. Jeśli zniknie 300 z nich, grubo ponad 1000 osób pożegna się ze stanowiskami. A biorąc pod uwagę, że za zasiadanie w radzie nadzorczej spółeczki lekką ręką państwo daje kilka tysięcy złotych, a w zarządzie można dostać jeszcze więcej – oszczędności idą w dziesiątki milionów.

Trzymam kciuki za ministra Budzanowskiego, żeby projekt doprowadził do końca. Bo nie mam wątpliwości, że po drodze napotka na różne przeszkody. Zwłaszcza ze strony tych najbardziej „towarzyskich” polityków, działaczy, urzędników państwowych, często także związkowców, którzy dysponują największą liczbą kuzynów, pociotków, kolesi. Na nieszczęście dla nich liczba ciepłych posadek gwałtownie zostanie zredukowana.

A może warto pójść dalej i w tych mniejszych spółkach, które pozostaną pod kontrolą państwowych gigantów, w ogóle polikwidować rady nadzorcze, a w tych największych zmniejszyć liczbę członków rad. Oby nie brakło determinacji.