Od kilkudziesięciu lat w głównym nurcie ekonomii zdecydowanie przeważał sceptycyzm co do skuteczności dyskrecjonalnej polityki fiskalnej i monetarnej. „Nakręcanie” koniunktury uznano za przeciwskuteczne. I choć wiele rządów – osobliwie w ostatnich pięciu latach – do tego instrumentarium sięgało, były to działania niejako pokątne. Obrońcy neoliberalnego paradygmatu odnosili się do tego ze wstrętem, stawiając za wzór kraje nadbałtyckie i piętnując „drukowanie pieniędzy”.

Trzeba chyba przyjąć, że zarówno polityka gospodarcza, jak i teoria ekonomii znalazły się na zakręcie – nie pierwszy raz. Pewnie szybko z tego wirażu nie wyjdziemy. Jest też mało prawdopodobne, że tym razem przyjdzie definitywne rozstrzygnięcie sporu. Ale takie próby z pewnością będą. W najbliższych miesiącach i latach będziemy obserwować zarówno próby definitywnego odrzucenia zaleceń neoliberalnych dyrektyw, jak i bezkompromisową obronę okopów neoliberalizmu. Będą więc tacy, którzy zakwestionują sens niezależności banków centralnych, i tacy (już chyba są), którzy obecne praktyki EBC (skupowanie rządowych papierów dłużnych) uznają za podeptanie wszelkich zasad racjonalnego działania.

Co pozostało? Moim zdaniem wszyscy, którzy zajmują się gospodarką, powinni przyjąć postawę większej pokory. Uznać, że bardzo wiele jest spraw, których dobrze nie rozumiemy. Ponadto bezustannie zmienia się sama gospodarka. Wbrew temu, co sądzą niektórzy, polityki gospodarczej nie można prowadzić, kierując się jakimkolwiek algorytmem. Polityka gospodarcza jest – i chyba pozostanie na zawsze – przede wszystkim sztuką. Jak mawiał polski ekonomista Józef Pajestka: najważniejsza jest dobrze poinformowana intuicja.

Największą szansę na prowadzenie dobrej polityki gospodarczej mają „ekonomiści dwuręczni” (z jednej strony... z drugiej strony...). Oczywiście bardzo pragmatyczna postawa też niesie poważne ryzyko. A już na pewno ułatwia atak wszelkiej maści fundamentalistów. Takich ataków nikt lekceważyć nie powinien. Mogą one być skuteczne i mobilizować ludzi sfrustrowanych (lub zgoła zrozpaczonych). Populizm może być zarówno ultraliberalny, jak i ultrasocjalny. Może być odpowiedzią na pewne zagrożenia globalne lub bulwersujące zdarzenia lokalne. W obydwu przypadkach polityczni pretendenci – ignorując wszelkie realia – ogłoszą, że problem trzeba rozwiązać definitywnie.

Polityki gospodarczej nie można prowadzić, kierując się algorytmem

Odszedł Lepper, ale jego miejsce zajmują nowi iluzjoniści. Kiedy usłyszałem hasło Janusza Palikota: „Zero bezrobocia. Teraz!” wydawało mi się, że to jedyny aktor na naszej scenie, który gotów jest całkowicie i bez opamiętania blefować. Ale usłyszałem w telewizji pomysł Leszka Millera na pobudzenie (czy raczej ochronę) przemysłu motoryzacyjnego. Miller powiedział, że powinniśmy się wzorować na Niemcach i dopłacać do każdego sprzedanego samochodu... 20 proc. ceny. To by było pewnie

8 tys. zł. Powiedzmy, że produkujemy (w każdym razie montujemy) 700 tys. sztuk. Wychodzi, że budżet powinien na to wydać około 6 mld zł. Może dałoby się utrzymać o 3 tys. więcej miejsc pracy (po 2 mln zł za jedno).

Ale wysoko licytują też rynkowi fundamentaliści. Oni domagają się przede wszystkim drastycznego obcięcia wydatków budżetowych. I obiecują, że jak podatki będą niskie (płaskie już na pewno są), a inflacja także (to też warunek spełniony), to gospodarka zacznie pędzić. Do tego trzeba jeszcze oczywiście wszystko sprywatyzować. Ale ich najważniejsza propozycja nie została nigdy skonkretyzowana i ma status ideologicznego zaklęcia.

Niestety, z tego, że pewnych postulatów nie można w żaden sposób zrealizować (np. zlikwidować bezrobocia albo obciąć 1/3 wydatków budżetu) nie wynika, że jest to politycznie całkowicie pozbawione skuteczności. Można w sprzyjających okolicznościach zachęcić kilka procent kompletnie sfrustrowanych wyborców do postawienia w odpowiednim miejscu krzyżyka na karcie do głosowania. Demokracja jest na pewno lepsza od dyktatury, ale nie jest pozbawiona pewnych wad. Trzeba z nimi żyć.