Zrewidowała oczywiście w dół, na przykład szacowany spadek przychodów w tym roku miał osiągnąć maksymalnie trzy procent, tymczasem pojawiło się zagrożenie, że dojedzie do pięciu. I to, co szczególnie zabolało inwestorów – dywidenda za 2012 rok wyniesie 1 zł zamiast powszechnie spodziewanej wypłaty o 50 groszy większej. Co prawda dywidenda od TP i tak pozostanie jedną z wyższych, ale przykro, przykro...

Co się właściwie stało? W samych komunikatach spółki i komentarzach do nich można wyłowić kilka niezwykle interesujących wątków. Na przykład wojna cenowa, której zresztą TP nie rozpoczęła. Chodzi o wprowadzone przez operatorów oferty nielimitowanych rozmów za stałą cenę. Dla klientów świetne rozwiązanie, dla operatorów już mniej. Tylko że trudno było nie ulec presji. Efekt? Spadek przychodów.

Nie można mieć złudzeń, operatorzy z tego rodzaju ofert będą się wycofywać i po raz drugi nie dadzą się nadziać na tę samą rafę. Zresztą i tak na polu połączeń głosowych już niewiele się ugra. Tegoroczna wojna cenowa to ostatni wyraz złudzeń, że na tego typu usługach można zrobić dobry biznes. Co pozostaje? Internet, transmisja danych – tutaj będzie się rozgrywał prawdziwy wyścig.

I rzecz druga, która wynika z najnowszego doświadczenia TP. Otóż rewizja wyników jest efektem także spowolnienia gospodarczego. Klienci indywidualni firmy po prostu zaczynają oszczędzać na usługach telekomunikacyjnych. Widać to zresztą nie tylko w Polsce, pod względem spadku przychodów TP znalazła się w znakomitym europejskim towarzystwie – Telefonica, TeliaSonera, Swisscom to nie są mali gracze. Również interesująco wygląda lista tych, którzy obniżyli dywidendę – znów Telefonica, holenderski KPN i tak dalej.

Dotychczas telekomunikacja uchodziła za branżę stosunkowo odporną na kryzys. Opierało się to na prostym założeniu, że czego jak czego, ale klienci nie odmówią sobie korzystania z jej usług. Stało się inaczej, kłopoty gospodarek pokonały kolejną barierę. Czego wyrazem stało się wczorajsze małe trzęsienie ziemi na warszawskiej giełdzie.