A także – kto naprawdę za nie płaci. Czy klient, w dobrej wierze szukający najlepszego sposobu na ulokowanie swoich oszczędności. Czy instytucja finansowa, której produkty zaleca doradca. Sens publikowania takich informacji jest bezsporny: jeśli nie płacę ja, tylko fundusz inwestycyjny albo firma ubezpieczeniowa, to jaką mam gwarancję, że faktycznie mowa o najkorzystniejszej dla mnie ofercie?

Oczywiste, prawda? Dlaczego w takim razie w Polsce jest inaczej? Ogromna część kredytów mieszkaniowych (największego finansowego zobowiązania, jakie bierzemy na siebie w życiu) jest brana właśnie z udziałem doradców. A standardem jest to, że doradca całą swoją pracę – znalezienie najbardziej odpowiedniego banku, przeprowadzenie klienta przez skomplikowaną procedurę, często zadbanie o to, by przyszły kredytobiorca dobrze wypadł w badaniu zdolności kredytowej czy nawet wynegocjowanie „promocyjnej” stawki – odwala zupełnie za friko. Przy mniej pracochłonnych (co nie znaczy, że mniej opłacalnych) dla doradcy produktach inwestycyjnych – lokatach, polisach, funduszach, złocie, ziemi, winie (listę można by ciągnąć jeszcze długo) – co do zasady jest zupełnie tak samo.

Z tej perspektywy jest zupełnie oczywiste, że prawdziwym klientem doradcy nie jest ten, który przychodzi po pomoc, ale fabryka produktów finansowych, dla której sprzedaż przez pośrednika jest po prostu wygodniejsza.

Pozostają drobne wątpliwości: skoro to wszystko jest takie podejrzane, dlaczego nie odwracamy się do pośredników plecami? I dlaczego nie przebił się na rynku żaden uczciwy doradca, który mówiłby: płacisz mi, ale za to ja na pewno nie zrobię cię w trąbę?

Najprostsza odpowiedź jest taka: przez z grubsza dekadę działania u nas darmowych doradców przyzwyczailiśmy się, że za to się nie płaci. Pośrednicy zarabiają, nas to przyzwyczajenie może sporo kosztować.