Zwiększenie o kolejne 16 mld zł rezerwy bezpieczeństwa, jaką ma rząd do przekroczenia 55 proc. długu w relacji do PKB może walutowych graczy zniechęcić do gry na osłabienie złotego na koniec roku. Więc wróżona przez rynek interwencja może nie nastąpić. Na pewno działania resortu mają sens. Podobnie jak przeprowadzona w ciągu roku wcześniejsza obsługa potrzeb pożyczkowych. Tamta decyzja spowodowała, że do niedawna mogliśmy spać spokojnie, jeśli chodzi o nasze papiery skarbowe. Jednak to się skończyło, bo najważniejsza obecnie gra toczy się nie na naszym boisku i nie my bierzemy w niej udział. Choć wczoraj premier próbował wrzucić piłkę do gry.

Zaproponował, by Europejski Bank Centralny zaczął de facto drukowanie euro, jeśli będzie musiał kupować obligacje państwa strefy euro. To apel do Angeli Merkel, by dała na to zgodę. I od tego, czy Niemcy powiedzą tak, będzie zależało powodzenie albo klęska przyszłotygodniowego szczytu w Brukseli. Polska ma trudną rolę, bo jako prezydencja powinna grać pierwsze skrzypce, ale jako kraj spoza strefy euro łatwo może zostać sprowadzona na ziemię.

Więc powinniśmy budować możliwie jak najsilniejszą koalicję państw ze strefy i spoza niej, popierającą integrację fiskalną Unii. Nie ma odwrotu od tej drogi. Bo albo Unia wyjdzie z kryzysu i przeskoczy na nowy poziom instytucjonalny, albo zacznie się rozpad. A wtedy nasze starania, by dług zmniejszyć trochę mniej czy bardziej, nie będą miały żadnego znaczenia. Bo gracze, z którymi minister finansów toczy pojedynek, w grudniu po prostu zabiorą swoje piłki i pójdą grać gdzie indziej.