Rozpoczyna się nowy tydzień i rozpoczyna się nowy sezon. Na konkursy. Rzecz będzie dotyczyła prezesów i członków zarządów firm z udziałem Skarbu Państwa. PKO BP, PZU, Orlen... Pomijam już fakt, że sama idea konkursów wyłaniających menedżment potężnych firm jest, delikatnie mówiąc, przeżytkiem. Rozumiem, chodzi o zachowanie jakiej takiej, czasami zresztą zupełnie iluzorycznej, przejrzystości całego procesu. Tyle że sama idea konkursów stawia spółki z udziałem państwa na słabszej pozycji wobec tych, gdzie państwa nie ma.

Dlaczego? Pierwsza sprawa to bezkrólewie. Warto przypomnieć sobie, że w prywatnych firmach, jeżeli dochodzi do zmiany prezesa bądź zarządu, na ogół nazwiska następców są znane natychmiast albo – w momencie gdy zmiana jest zapowiedziana – dużo wcześniej przed momentem przejęcia władzy. To jest kwestia reputacji i wiarygodności. Firma po prostu pokazuje, jak sprawnie jest w stanie poradzić sobie z roszadą na najwyższym szczeblu. Ale też pracownicy mają jasny sygnał: tu nie ma miejsca na bezruch i bezwład, istnieje ciągłość władzy, zawsze jest ktoś, kto podejmuje decyzje i będzie z nich rozliczany.

W spółkach Skarbu Państwa mamy konkursy, czyli okazję do dryfu. Tajemnicą poliszynela jest to, że wówczas w tych firmach nie dzieje się nic, pojawia się paraliż w podejmowaniu decyzji, za które nikt nie chce brać odpowiedzialności. Im dłuższy konkurs, tym dłuższy dryf, którego oczywiście nie omieszka wykorzystać konkurencja. Czy i tak będzie tym razem? Pewną nadzieję stwarza zakończony już konkurs w PGNiG, który jak na polskie warunki trwał rekordowo krótko – zaledwie nieco ponad 30 dni, wliczając w to święta, które wypadły po drodze. Czy ta jaskółka jest zapowiedzią wiosny? Dowiemy się w najbliższych tygodniach.

Dowiemy się również, czy ta fala konkursów nie stanie się wymarzoną okazją dla polityków, by trochę zamieszać, co jest drugą zasadniczą wadą mechaniki wyłaniania władz spółek skarbu. Tu i ówdzie mówi się o wzmacnianiu zarządów, czytaj: ich rozszerzeniu, czytaj: wstawieniu swoich ludzi. Oczywiście w niektórych firmach, na przykład w PZU, rozszerzenie składu zarządu jest po prostu konieczne. Ale gdzie indziej już nie za bardzo. Chyba że istnieje potrzeba zapewnienia atrakcyjnej posady koleżance lub koledze, który sobie takową wymarzył. Jak to wpływa na jakość zarządzania tymi firmami, wiadomo nie od dzisiaj.

Od czasu do czasu wśród polityków pojawia się potrzeba, żeby takie zjawiska nazwać i napiętnować. Nazywają więc i piętnują, a w spółkach Skarbu Państwa tak czy inaczej przetaczają się tłumy ludzi z politycznego nadania. I tak od dwudziestu lat, a widoki na zakończenie tej sytuacji są marne. Na przekonywanie do prywatyzacji tych firm chyba już szkoda atramentu. Co gorsza, wygląda na to, że obiektem politycznej przepychanki stał się zespół rozwiązań dotyczących nadzoru właścicielskiego Skarbu Państwa zaproponowany przez Radę Gospodarczą Jana Krzysztofa Bieleckiego. Mimo różnorakich wątpliwości model nominacji do władz spółek skarbu zaproponowany przez Radę stanowiłby jakościowy skok. Nie wierzę, żeby wyczyścił biznes z polityki, ale wpływ polityków na spółki byłby sprawą daleko trudniejszą. I co się dzieje? Procedowanie nowych przepisów idzie jak krew z nosa. Kuluary aż się trzęsą, jak to niechętni są im marszałek, niektórzy ministrowie czy wreszcie koalicjant. Co ciekawe, w tym całym zgiełku nie słychać zarzutów merytorycznych względem rozwiązań zespołu Bieleckiego. Czyli chodzi o czystą politykę i po prostu strach przed utratą wpływów. To może być nawet interesujące, bo wychodzi na to, że kto ostatecznie przyblokuje rozwiązania Bieleckiego, ten ma najwięcej do stracenia. A zatem mamy szansę na poznanie prawdziwej mapy ośrodków wpływów w spółkach Skarbu Państwa. Tylko że korzyści z jej odczytania będą dosyć mizerną nagrodą pocieszenia wobec tego, co może się zdarzyć w państwowych firmach rządzonych przez fachowców z politycznego nadania. Wybranych w konkursach, oczywiście.