Nawet troje ministrów, bezpośrednio zaangażowanych w sprawę OFE, chętnie udzielających się medialnie, nie ustaliło ani między sobą, ani ze swoim szefem polityki informacyjnej. Pani minister pracy Jolanta Fedak przez dwa dni skupiała uwagę mediów palniętym bez namysłu pomysłem, który mógł sugerować, że nasze podatki wzrosną o składkę na zdrowie. Jeśli, jak potem prostowano, miała na myśli tylko składkę za bezrobotnych, to nie musiała z tym biec do telewizji, można to było załatwić w gronie kilku ministrów. To nie jest dzisiaj sprawa najważniejsza.

Michał Boni, zamiast pisać listy do kolegów, powinien je adresować do 15 mln członków OFE. Zaś minister Jacek Rostowski musi uwierzyć, że nie wystarczy podjąć słuszną decyzję, trzeba do niej te 15 mln przekonać. Pomysłu, jak to zrobić skutecznie, rząd najwyraźniej ciągle nie ma. Bałagan panuje nawet w kancelarii, jej urzędnicy w mediach podważają celowość decyzji premiera. Jeśli szefowa departamentu analiz strategicznych się z nią nie zgadza, uważając, że składka na OFE nie powinna być obniżana, najpierw chyba powinna złożyć dymisję, dopiero potem tekst do gazety. Nie wyobrażam sobie, żeby premier przed podjęciem decyzji z jej opinią się nie zapoznał.

Wielu istotnych argumentów, które powinny paść w dyskusji o obniżce składki do OFE, ciągle nie znamy. Bo chociaż o zawiedzionych nadziejach związanych z OFE dyskutujemy od ponad roku, o wielu rzeczach ciągle nie mamy pojęcia. Nie wiemy na przykład, ile kosztują nas emerytury. Słyszymy, że dziura w ZUS sięga 40 mld zł, ale to przecież nie jest jedyny płatnik emerytur! 6 mld zł rocznie dokładamy do KRUS, ale to też nie wszystko. Ile kosztują nas świadczenia dla wojska i policji? Sędziów i prokuratorów? Górników? Jednych trzeba szukać w wydatkach na obronność, innych na bezpieczeństwo czy sprawiedliwość, w sprawozdawczości ZUS nie figurują. Ile kosztują nas wszystkie te świadczenia razem? Jak wyglądałaby nasza składka do ZUS, gdyby ją policzono rzetelnie? Mamy prawo to wiedzieć, bo emerytury, o których mowa, finansujemy my, 15 mln członków OFE. Nie tylko z naszych składek, ale także z podatków i z pożyczonych pieniędzy. Tyle że kolejne rządy, aby zamazać sprawę, poutykały te wydatki w różne budżetowe kieszenie. Gdybyśmy znali prawdę, sondaże na temat konieczności likwidowania przywilejów mogłyby wyglądać inaczej.

Jeśli ktoś dzisiaj ubolewa, że obniżka składki na OFE jest zerwaniem umowy społecznej, to przypominam, że głównym celem tej umowy była obietnica, iż dzięki reformie nie wzrosną składki na ZUS. Nominalnie nie wzrosły, bo za emerytury płacimy z wielu innych kieszeni. Skoro reforma ogłoszona została jako sukces, nie można było pokazać, że ta obietnica nie została dotrzymana. Emerytury pochłaniają lwią część wydatków państwa. Dramatycznie brakuje na wydatki prorozwojowe. Dopóki ofiarą padali tylko członkowie OFE dźwigający ciężar utrzymania państwa, a nie właściciele towarzystw, nikt nie mówił o zerwaniu umowy społecznej. Ani o tym, że reformę należało zaczynać od uporządkowania przedpola, czyli stopniowego ograniczania nadmiernych przywilejów emerytalnych, a nie od tworzenia OFE. W ten sposób zadbano bowiem tylko o interes właścicieli funduszy, a nie o nasz. Zwłaszcza że na tym też reformę zakończono.

Umowa z nami polegała na tym, że mieliśmy zacząć część naszej składki odkładać na starość. Ponieważ jednak tę reformę tylko ogłoszono, ale tak naprawdę jej nie przeprowadzono, państwo ciągle, z naszej kieszeni, wydaje zbyt dużo. Więc żeby odłożyć na przyszłość, musimy te pieniądze pożyczyć. Nam członkom OFE to się nie opłaca. Niech nam to rząd wytłumaczy.