Przedsiębiorcy przez ostatnie lata byli rozpieszczani. Choć doskonała większość z nich uważa, że jest dokładnie odwrotnie i że są najbardziej prześladowaną grupą społeczno-zawodową. Przecież ciągle muszą użerać się ze skarbówką i ZUS, kontrolami kilkunastu inspekcji i niewydolnymi sądami. Na dodatek mają masę biurokratycznych obowiązków, problemy z niewydajnymi pracownikami i nierzetelnymi kontrahentami. A przecież to oni ponoszą ryzyko finansowe związane z prowadzoną działalnością. I trudno odmówić im racji. Ale ci, którzy sobie z całą tą publiczno-biurokratyczną machiną poradzili, mogli się nieźle nad Wisłą urządzić. Rozpieszczała ich rzeczywistość polskiego rynku. Przez ostatnich kilkanaście lat, gdy bezrobocie utrzymywało się na stałym poziomie kilkunastu procent, mogli przebierać w kandydatach do pracy. I oszczędzali na pensjach – w końcu który z polskich pracowników nigdy nie usłyszał od szefa: jeśli ci się nie podobają warunki pracy i wynagrodzenia, to odejdź, mam na twoje miejsce dziesięciu chętnych kandydatów. Na dodatek mieli po swojej stronie państwo, które – wbrew ich opiniom – wcale nie zachowywało się wobec nich tak jednoznacznie nieprzyjaźnie. Owszem, męczyło ich kontrolami i biurokracją, ale też tworzyło specjalne strefy ekonomiczne z podatkowymi zwolnieniami, przymykało oko na przestrzeganie norm prawa pracy, dopuściło do upowszechnienia śmieciowych umów, a nawet np. dopłacało do zatrudniania – czyli do zarabiania na pracy – bezrobotnych. Na dodatek przez osiem lat rządziła partia, która może nieco zawiodła nadzieje na wielkie reformy i uproszczenie prowadzenia biznesu, ale przynajmniej gwarantowała, że przedsiębiorcom w tym kraju nie stanie się krzywda.

To wszystko uśpiło czujność pracodawców. I oto nagle eldorado się skończyło. W ciągu zaledwie dwóch lat sytuacja na rynku pracy odmieniła się diametralnie – firmy mają coraz większy problem ze znalezieniem rąk do pracy. Jednocześnie władzę przejęła partia, która w kampanii wyborczej zapowiadała, że skończy się czas „sytych kotów”. Nie tylko nie gwarantuje firmom spokoju, ale chce wprowadzić nowe podatki i zaostrza prawo pracy. Związki zawodowe, które – poza wielkim przemysłem – traktowano jako ujadających, choć nieskutecznych oponentów, teraz piszą projekty ustaw, które popiera Sejm. Pracodawcy czują się dziś zapewne tak, jakby ktoś nagle wyłączył światło, a oni od nowa i po omacku muszą szukać drogi wyjścia z trudnej sytuacji. Jak na ekonomiczną elitę na razie radzą sobie nie najlepiej. W negocjacjach z rządem i związkowcami zadowalają się choćby minimalnymi ustępstwami. Za każdym razem, gdy zmienić się ma dotyczące ich prawo, grożą zwolnieniami. Ale jednocześnie w mediach żalą się, że pracowników brakuje, a kandydaci mają jakieś żądania płacowe i od nich uzależniają podjęcie zatrudnienia. Dla nich świat stanął do góry nogami. I na razie nie widać, aby mieli pomysł na to, jak go odwrócić.

– Konieczna jest zmiana etosu. Wciąż panuje silne przekonanie – w szczególności wśród samych pracodawców – że to oni są solą gospodarki i jej główną siłą twórczą. Dlatego jakiekolwiek zmiany pogarszające ich sytuację wywołują frustrację. Jednocześnie niewiele firm traktuje swoich pracowników i ich reprezentację jako partnerów. Wygrał model zarządzania przypominający folwark – tłumaczy prof. Ryszard Bugaj z Instytutu Nauk Ekonomicznych PAN.

Trudne czasy

Pozornie kondycja polskich firm nie zmieniła się w istotny sposób w ciągu ostatnich kilku lat. Zasadniczo przeobraziły się jednak warunki, w jakich prowadzą one swoją działalność, w tym przede wszystkim rynek pracy. We wrześniu tego roku stopa bezrobocia wyniosła 8,4 proc. i była najniższa od 25 lat (od czerwca 1991 r.). W publicznych pośredniakach zarejestrowanych było 1,3 mln osób. To oczywiście wciąż dość duży rezerwuar siły roboczej, ale firmy nie mogą już przebierać w kandydatach tak jak jeszcze kilka lub kilkanaście lat temu. Dla przykładu w I kw. 2003 r. pracy szukało aż 3,5 mln bezrobotnych (stopa bezrobocia osiągnęła wówczas rekordowy po 1989 r. poziom 20,7 proc.). Oczywiście od tego momentu upłynęło 13 lat, więc teoretycznie pracodawcy mieli czas na to, aby przygotować się do zmian. Ale bezrobocie zaczęło szybko spadać dopiero w ciągu ostatnich dwóch lat. Jeszcze w lutym 2014 r. bez pracy pozostawało 2,3 mln osób (wskaźnik wyniósł 13,9 proc.). Zatem w ciągu 2,5 roku na rynku liczba bezrobotnych zmniejszyła się aż o 1 mln (w ciągu ostatniego roku o 214 tys., a w ciągu ostatniego miesiąca – o 21 tys.). Tak duży ubytek chętnych do podjęcia zatrudnienia nie mógł nie wpłynąć na sytuację firm. Potwierdzają to zresztą kolejne statystyki. W II kw. 2014 r. publiczne pośredniaki dysponowały 283 tys. wolnymi miejscami pracy (ofertami zatrudnienia zgłoszonymi przez pracodawców). Dwa lata później było ich już 413 tys., co oznacza wzrost wakatów aż o 45,9 proc. Dziś coraz więcej firm nie ukrywa tego, że brakuje im rąk do pracy. Z raportu firmy doradczej Grant Thornton wynika, że 40 proc. średnich i dużych firm z Polski ma problemy ze znalezieniem pracowników z odpowiednimi kwalifikacjami. Spośród 14 państw UE objętych badaniem tylko w krajach bałtyckich pracodawcy deklarują większe niedobory kadrowe (dla porównania w Niemczech takie kłopoty zasygnalizowało tylko 13 proc. firm).

W ciągu ostatnich lat na niekorzyść pracodawców zmieniło się jednak nie tylko otoczenie rynkowe, ale też prawne i polityczne. Pierwsze zmiany zapoczątkowały trybunały. W marcu 2014 r. Trybunał Sprawiedliwości UE zakwestionował zasady zatrudniania na czas określony obowiązujące w Polsce. W rezultacie w lutym tego roku weszła w życie nowelizacja kodeksu pracy, która ogranicza możliwość terminowego zatrudnienia (wprowadza niekorzystne z punktu widzenia firm zmiany – 33-miesięczny limit czasowych umów oraz dłuższe okresy ich wypowiedzenia). Z kolei w czerwcu 2015 r. Trybunał Konstytucyjny uznał, że prawo do zrzeszania się w związki zawodowe przysługuje nie tylko osobom zatrudnionym na umowie o pracę, lecz także np. samozatrudnionym i zleceniobiorcom. Tego typu zmiany przyspieszyły jednak dopiero po jesieni ubiegłego roku, czyli po wyborach parlamentarnych i zmianie rządu. Jednym ze sztandarowych haseł kampanii wyborczej Prawa i Sprawiedliwości była walka ze śmieciowym zatrudnieniem. A jedną z jej kluczowych podstaw – sojusz z NSZZ „Solidarność”, największą związkową centralą w Polsce.

Na efekty zmiany władzy firmy nie musiały długo czekać. W życie weszły już np. przepisy, które nakazują im zawieranie umów o pracę na piśmie jeszcze przed dopuszczeniem do świadczenia obowiązków. W ten sposób zlikwidowano syndrom pierwszej dniówki, czyli przypadki, gdy przedsiębiorstwa w praktyce zatrudniały na czarno, a w razie kontroli inspekcji pracy twierdziły, że dana osoba jest pierwszy dzień w pracy i do końca dniówki zostanie z nią podpisana umowa (co było zgodne z prawem; w ten sposób pracodawcy mogli latami oszczędzać na składkach i podatkach). W kolejce na wprowadzenie czekają już następne korzystne dla zatrudnionych zmiany, w tym ograniczające nadużywanie pracy tymczasowej (za pośrednictwem agencji zatrudnienia) oraz realizujące wspomniany wyrok TK (np. zleceniobiorca-działacz związkowy ma być chroniony przed rozwiązaniem umowy i może być zwolniony z obowiązków pracowniczych na czas pełnienia funkcji w związku). Stosunek nowego rządu do pracodawców najlepiej obrazuje jednak kwestia minimalnego wynagrodzenia. Resort pracy proponował jego podwyższenie od 2017 r. o 70 zł (z 1850 zł do 1920 zł). Związkowe centrale postulowały kwotę wyższą – 1970 zł. Ostatecznie premier Beata Szydło przebiła nie tylko resortowe propozycje, ale nawet te związkowe. Płaca minimalna od przyszłego roku wzrośnie do 2 tys. zł. Jednocześnie uchwalono już wprowadzenie minimalnej stawki godzinowej (13 zł) dla zleceniobiorców i samozatrudnionych (obecnie nie przysługuje im żadne minimum). Podobnie zachowuje się Sejm. Posłowie zdecydowali się pracować nad obywatelskim projektem w sprawie zakazu handlu w niedzielę, przygotowanym przez NSZZ „Solidarność”. Nie odrzucono go w pierwszym czytaniu, choć to jeden z najbardziej niedopracowanych i budzących wątpliwości projektów z zakresu prawa pracy (nie jest dostosowany do kodeksu pracy, nie jest pewne, kto w praktyce będzie mógł handlować w niedziele i komu będzie grozić kara więzienia za jego naruszenie).

Słabsza strona

Jak pracodawcy reagują na tak niekorzystne dla nich zmiany? Na razie bez przemyślanej strategii. Najczęściej grożą zwolnieniami, tak jak w przypadku wspomnianego projektu w sprawie handlu w niedzielę (według szacunków organizacji pracodawców etaty może stracić nawet 80 tys. osób). Tyle że jeśli takie groźby formułowane są zbyt często, przestają wywierać wrażenie. Dziewięć lat temu, gdy Sejm wprowadzał zakaz pracy w handlu w święta, pracodawcy też grozili redukcjami etatów. Okazało się, że zatrudnienie w handlu nie tylko nie spadło, ale w ciągu roku od wprowadzenia zakazu wzrosło o 7 proc.

Firmy wyrażają też protest na forum Rady Dialogu Społecznego (w jej skład wchodzą przedstawiciele rządu, central związkowych i organizacji pracodawców; ma służyć konsultowaniu zmian w prawie ze stroną społeczną i wypracowywaniu kompromisowych rozwiązań). Sprzeciw na razie nie przynosi jednak żadnych efektów – w praktyce rząd wspierany przez związki zawodowe odrzuca zdecydowaną większość postulatów zgłaszanych przez stronę pracodawców (tak było np. w przypadku projektów dotyczących pracy tymczasowej lub rozszerzenia prawa do zrzeszania się w związki zawodowe). Odmienna taktyka też nie przynosi szczególnych rezultatów. Pracodawcy zgodzili się np. na wprowadzenie minimalnej stawki godzinowej dla samozatrudnionych i zleceniobiorców, uzyskując w zamian to, że nie będzie ona stosowana wobec osób wynagradzanych wyłącznie prowizyjnie i które w praktyce same zarządzają swoim czasem pracy (chodzi np. o przedstawicieli handlowych). To niezbyt duże ustępstwo ze strony związków i rządu. A może być kosztowne dla wiarygodności zatrudniających. Zgoda na wprowadzenie stawki pokazała bowiem, że wieloletni sprzeciw firm w sprawie objęcia wspomnianych osób minimalną stawką nie był uzasadniony. Propozycje takiej zmiany były zgłaszane przez związki już od kilku lat, ale zdaniem przedsiębiorców rozwiązanie to było niedopuszczalne jako niezgodne m.in. ze swobodą zawierania umów prawa cywilnego. Nagle okazało się, że takie ważne obiekcje – w obliczu choćby niewielkich korzyści – są nieistotne. To, w jakiej sytuacji znalazły się firmy, najlepiej obrazuje rozmowa dwóch przedstawicieli organizacji pracodawców podsłuchana w trakcie obrad jednego z zespołów RDS. Gdy reprezentanci związków zgłaszali swoje kolejne propozycje wzmacniające prawa pracownicze, jeden z nich zapytał drugiego: „Sprzeciwiamy się?”. „Nie, bo mogą chcieć jeszcze więcej” – odparł drugi.

Trudno też zaobserwować realne działania pracodawców, które miałyby poprawić ich coraz bardziej kłopotliwą sytuację na rynku pracy. Najczęściej zgłaszanym przez nich panaceum na braki kadrowe jest propozycja szerszego otwarcia się na imigrację zarobkową ze Wschodu (przede wszystkim z Ukrainy). Ale i pod tym względem trudno o sukces. Rząd zapowiada np. uszczelnienie systemu zatrudniania cudzoziemców na oświadczenia, bo doprowadził on do niekontrolowanego napływu osób z zagranicy. Nie wycofuje się też – pomimo ewidentnego sprzeciwu firm – z przywrócenia poprzedniego, wcześniejszego wieku emerytalnego. A to spowoduje dodatkowy odpływ rąk do pracy.

W pułapce

Łatwo zarzucać firmom marazm i brak efektywności, a trudniej wskazać, co takiego mogłyby zrobić, aby polepszyć swoją sytuację. To niełatwe, bo niestety sami pracodawcy przyczynili się do tego, w jakim położeniu znaleźli się obecnie. Polska gospodarka, a więc też pracodawcy, wpadli w pułapkę średniego rozwoju. Sukces wielu przedsiębiorstw oparty był przede wszystkim na dostępie do taniej (w porównaniu z zachodnią Europą) siły roboczej. Wystarczy przypomnieć, w jakich sektorach Polska jest europejskim liderem. Delegowanie pracowników za granicę, usługi outsourcingowe dla biznesu, produkcja towarów bez konieczności używania wysokich technologii. Każda z tych branż opiera się na kapitale ludzkim. Gdy bezrobocie znacząco spadło, a około 2,4 mln Polaków wyjechało do pracy za granicę (po wstąpieniu do UE), coraz trudniej będzie tym krajowym firmom zachować konkurencyjność. Czy zatem inwestowanie w takie branże bez pomysłu na to, jak pokonać pułapkę średniego wzrostu, nie było przejawem krótkowzroczności?

W dużej mierze z własnej winy firmy mają też obecnie problem z brakiem fachowców, którzy są zainteresowani podjęciem pracy. – W Niemczech pracodawcy finansują praktyczną naukę zawodu. W ciągu roku tamtejsze firmy zgłaszają około 0,5 mln ofert zatrudnienia dla osób, które jednocześnie uczą się i pracują. W ten sposób przygotowują kadrę, która będzie pracować dla nich w przyszłości. W Polsce pracodawcy konsekwentnie odmawiają finansowania kształcenia zawodowego. Twierdzą, że to rola systemu oświaty – tłumaczy prof. Mieczysław Kabaj z Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych. Podkreśla, że dzięki zaangażowaniu firm około 2/3 młodych Niemców decyduje się na podjęcie kształcenia zawodowego. – W trakcie łączenia pracy z nauką zarabiają około 600–800 euro. Na ostatnim roku nauki osiągają już około 60 proc. wynagrodzenia osoby wykwalifikowanej. Dla porównania zarobki młodocianych uczących się zawodu w Polsce sięgają średnio tylko 4–6 proc. pensji pracownika wykwalifikowanego. Trudno więc dziwić się, że nauka zawodu nie cieszy się popularnością – dodaje.

Podobnie jest z dialogiem społecznym. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że firmy zbierają dziś żniwo swojej bezczynności z ostatnich lat. W czasie rządów PO-PSL przedsiębiorcy nie musieli szczególnie liczyć się z centralami związkowymi i dbać o zawieranie z nimi kompromisów. To pracodawcy zajmowali bowiem wówczas pozycję sojusznika rządu, którą w nowym układzie politycznym przejęły związki zawodowe. A te ostatnie kują żelazo póki gorące. Skoro nie liczono się z nimi przez tak długi czas, to i one pozostają teraz głuche na apele firm o zawieranie porozumień, dialog, wzajemne zrozumienie.

Trzeba jednak też przyznać, że pracodawcy nie posiadają w swoim arsenale tak spektakularnych form oddziaływania jak związki zawodowe. „Jeśli nie podobają się im zmiany, to niech strajkują” – w taki prześmiewczy sposób ich możliwości oceniają związkowcy. Przedsiębiorcy raczej nie wyjdą na ulicę i nie będą podpalać opon pod siedzibami ministerstw. Wykluczają też możliwość opuszczenia lub zawieszenia uczestnictwa w RDS, uznając, że jakikolwiek dialog jest cenniejszy od żadnego (związki, które czuły się marginalizowane przez poprzedni rząd, wycofały się z komisji trójstronnej, co w praktyce doprowadziło do zastąpienia jej Radą Dialogu Społecznego). Wzorem związków mogą jednak kwestionować niekorzystne dla nich rozwiązania np. przed TK lub organami UE (zmiany w umowach na czas określony wprowadzono m.in. na podstawie rekomendacji Komisji Europejskiej, do której skargę złożyła NSZZ „Solidarność”). Wydaje się, że sięgną po takie narzędzia. Organizacje pracodawców nie wykluczają np. zakwestionowania zmian w ustawie o związkach zawodowych do Międzynarodowej Organizacji Pracy. Będą chcieli wykazać, że skoro muszą znacząco współfinansować działalność zrzeszeń pracowników (np. poprzez tzw. etaty związkowe), to nie są one niezależnym podmiotem, z którym można prowadzić dialog społeczny.

– Trzeba też pamiętać, że zaangażowanie polityczne związków zawodowych, czyli wsparcie konkretnej partii, ma swoją cenę – podkreśla prof. Ryszard Bugaj. Nie ułatwia ono współpracy z innymi siłami politycznymi i wpływa na wiarygodność związkowców. Organizacje pracodawców starają się zachować większą neutralność w tej materii. Ich przewagą może być też działalność Ministerstwa Rozwoju i wicepremiera Mateusza Morawieckiego. Jego Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju zakłada m.in. ograniczenie uciążliwości kontroli firm, zmniejszenie biurokratycznych obowiązków (np. skrócenie okresu przechowywania dokumentacji pracowniczej i jej digitalizację), uproszczenie systemu podatkowego, likwidację zbędnych koncesji i zezwoleń. Nie da się ukryć, że nie wszystkie tego typu rozwiązania cieszą się wsparciem związków zawodowych, a nawet poszczególnych resortów. W interesie pracodawców jest dbanie o to, aby nie zostały tylko propozycjami na papierze. – Celem planu jest jednak przede wszystkim poprawa jakości życia Polaków, czyli wzrost wynagrodzeń. W długofalowej perspektywie firmy powinny więc zmienić politykę płacową. W przeciwnym razie nadal trzeba będzie liczyć się z odpływem wykwalifikowanych osób do pracy za granicą – twierdzi prof. Mieczysław Kabaj. Jego zdaniem szybsze efekty przyniosłoby realne zaangażowanie się pracodawców w kształcenie zawodowe. – Bez zawarcia umowy społecznej w tej kwestii między rządem i partnerami społecznymi brak fachowców na rynku będzie trwałą barierą w rozwoju firm, potęgowaną dodatkowo przez niż demograficzny – dodaje.

Okolicznością sprzyjającą firmom jest też powołanie komisji kodyfikacyjnej prawa pracy. W jej skład wchodzą nie tylko przedstawiciele doktryny prawa pracy i środowiska akademickiego, lecz także przedstawiciele partnerów społecznych – reprezentatywnych organizacji pracodawców i central związkowych. Komisja ma opracować projekty dwóch kodeksów pracy (zbiorowego i indywidualnego), które będą dostosowane do obecnych realiów gospodarczych. A to najlepsza okazja do tego, aby np. zliberalizować zbyt sztywne dla firm rozwiązania, zwłaszcza te dotyczące choćby czasu pracy oraz zawierania i rozwiązywania umów. Nowe przepisy nie mogą przecież pomijać zmian strukturalnych w gospodarce – większość pracowników zatrudniona jest obecnie w małych i średnich firmach, a nie wielkich zakładach. Jednocześnie rośnie udział pracujących w usługach kosztem wielkiego przemysłu, a te wymagają większej elastyczności zatrudnienia. Zmienia się też sam charakter pracy. Coraz mniej osób wykonuje swoje obowiązki jedynie w konkretnych godzinach i miejscu. Internetyzacja ułatwia pracę w niestandardowych formach, umożliwia dzielenie się nią przez kilka osób. Coraz częściej też sami zatrudnieni nie są zainteresowani pracą dla jednego podmiotu od 9 rano do 16 po południu. Pracodawcy mogą wykorzystać te trendy do tego, aby prawo pracy było dla nich bardziej przyjazne. Podobnie mogą wpływać na projektowane zmiany w systemie podatkowym (wprowadzenie tzw. jednolitej daniny obejmującej podatki i składki).

– Ta kwestia może mieć kluczowe znaczenie. W rządzącej partii nie brakuje osób, które uważają, że system podatkowy może być prosty, podczas gdy może być on tylko mniej lub bardziej skomplikowany. To budzi obawy co do ostatecznego efektu takich zmian – uważa prof. Ryszard Bugaj.

Sposobów na wyjście z trudnej sytuacji jest więc co najmniej kilka. Trzeba jedynie po nie sięgnąć. I wykorzystać przewagę polegającą na tym, że od sukcesu polskich firm zależy też dobrobyt państwa i pracowników. Wszystkim więc powinno na nim zależeć.

Firmy zbierają dziś żniwo swojej bezczynności z ostatnich lat. To pracodawcy zajmowali bowiem pozycję sojusznika władz, którą w nowym układzie politycznym przejęły związki zawodowe. A te ostatnie kują żelazo póki gorące. Skoro nie liczono się z nimi przez tak długi czas, to i one pozostają teraz głuche na apele firm o wzajemne zrozumienie

Łukasz Guza