Co uważa pan za najbardziej istotne czynniki ryzyka dla naszego sektora bankowego?

Generalnie to elementy, które mogą go zdestabilizować. Takich obszarów jest sporo. Bez wątpienia to są elementy regulacyjne, typu rozwiązanie problemu kredytów we frankach, a także problem instytucji finansowych, które mają trudności finansowe. To są sprawy o potencjalnie dużym znaczeniu, ale mają one wymiar krótkoterminowy. Mam nadzieję, że w ciągu kilku miesięcy to się wyjaśni – i to w pozytywny sposób.

Banki z trudnościami – co ma pan na myśli?

Instytucje, które mają kuratora, realizują programy naprawcze. Wystąpienie zagrożenia upadku nawet jednego małego banku, nie mówiąc o kilku małych czy jakimś średniej wielkości, oznacza dużą niepewność dla całego sektora głównie przez kanał środków gwarantowanych, powierzonych przez klientów, które trzeba zrekompensować. Nie chodzi o jakieś zaburzenie, nazwijmy to – makroekonomiczne czy brak finansowania podmiotów gospodarczych, ale o wpływ na wynik sektora. W ubiegłym roku mieliśmy takie przypadki. To bardzo dużo kosztuje. A dzisiaj zdolność do generowania zysków na podwyższonym poziomie to bardzo duże wyzwanie, które stoi przed każdym bankiem, tak za granicą, jak i w Polsce. Kolejnym elementem są pogłoski o niestabilności właścicieli niektórych polskich banków.

Ale jeśli to wszystko byśmy odrzucili i zastanowili się, jak inwestorzy patrzą na sektor bankowy w Polsce, to jest on dla nich atrakcyjny. Inwestorzy nadal sądzą, że polskie banki mają zdolność wzrostową, są efektywne i są w stanie generować odpowiedni zwrot z zainwestowanego kapitału. Jeśli popatrzeć np. na wskaźnik ceny do wartości księgowej, to on u nas wygląda całkiem dobrze.

Może pan tak mówić, bo ING BSK ma jeden z wyższych wskaźników w sektorze, a akcje w ciągu ostatniego roku właściwie nie spadły...

Na rynku jest to faktycznie dość wyjątkowa sytuacja. Ale to wynika ze struktury biznesu ING Banku Śląskiego, którą ma on od wielu lat. Zawsze się mówiło, że nasze akcje nie rosną tak szybko jak rynek w momencie hossy, ale też nie spadają wtedy, gdy koniunktura jest gorsza. Nie przesadzę, jeśli powiem, że od 20 lat staramy się, by nasze akcje miały bardziej charakter obligacyjny – w miarę pewnego instrumentu stabilnej instytucji.

Czy zamieszanie wokół inwestorów strategicznych, o którym pan wspomniał, ma przełożenie na to, jak klienci postrzegają poszczególne banki?

To może dotyczyć przede wszystkim dużych firm i bogatszych klientów indywidualnych. Klient od banku oczekuje stabilności. Tego, że będzie miał dostęp do pieniędzy, które temu bankowi powierzył. Że będzie miał dostęp do finansowania, jeśli bank chce być partnerem w realizacji strategii biznesowej. Faktycznie widzimy już, że banki, które są oceniane jako bardziej stabilne, są chętniej wybierane przez klientów.

Wśród zagrożeń nie wymienił pan niskich stóp procentowych. Jakie one mają znaczenie?

Do tej pory mówiłem o czynnikach krótkoterminowych. W średnim terminie kluczowa jest sytuacja makroekonomiczna, która wiąże się z tempem wzrostu gospodarczego i poziomem stóp procentowych. Oba czynniki są mniej więcej równoważne. Oczywiście najgorszy wariant to niski wzrost PKB przy niskich stopach. Niski wzrost PKB dla gospodarki polskiej ma bardzo duże znaczenie nie tylko dlatego, że wprost uzależniona jest od niego np. wysokość stopy bezrobocia, ale też ze względu na to, że on nam jest potrzebny do wyrównywania ciągle dużych nierówności społecznych i ze względu na duże uzależnienie budżetu od wzrostu. Dla nas ryzyko zaczyna się wtedy, gdy wzrost PKB czy też prognozy wzrostu spadałyby poniżej 3 proc. w skali roku. A że nie jesteśmy bardzo daleko od tego poziomu, to i tu można mówić o jakiejś niepewności.

Jeśli chodzi o stopy procentowe, to one u nas są niskie, ale od krajów, gdzie są stopy ujemne, dzieli nas wciąż spory dystans. Generalnie na rynku panuje opinia, że w najbliższym czasie stopy w Polsce będą stabilne, choć z tendencją wzrostową. My jednak bierzemy pod uwagę również scenariusze, w których stopy idą w dół.

A wyzwania dla banków w dłuższej perspektywie?

Najbardziej istotna jest zmiana modelu biznesowego związana z cyfryzacją i nowym otoczeniem ekonomicznym, w jakim przyjdzie nam funkcjonować. Cyfryzacja jest związana z regulacjami i nowymi formami zachowań klientowskich, innymi potrzebami klientów. Ona powoduje, że cały świat się zmienia, a zmieni się jeszcze bardziej.

Mówi się, że fintechy zjedzą banki...

Patrzymy na te firmy także jako na kolosalną szansę. Zmieniając własną strukturę i będąc partnerem dla nich, możemy osiągnąć własne cele: poprawiać jakość obsługi, dawać nowe funkcjonalności klientom, zwiększać ich zaufanie – a to wszystko przy niższych kosztach.

A na poziomie wykonawczym jak miałoby to wyglądać: kupujecie usługi od fintechów, przejmujecie je, sami prowadzicie taką działalność?

Wszystko to robimy.

Jakieś przykłady?

Fintech to organizacja, która ma coś nowego do wprowadzenia w obszarze usług finansowych. Ale poziom innowacyjności w sektorze finansowym jest bardzo duży. Szczególnie w Polsce. Nasz kraj jest niezwykle konkurencyjny pod tym względem. Banki w Polsce przystosowują się szybciej, dlatego też u nas poziom interakcji z klientem podmiotów, które nie są bankami, nie jest duży.

Czy mimo to nie jest to zagrożenie dla tradycyjnej bankowości?

Ja patrzę na to tak: jesteśmy na rynku od wielu lat i tu zawsze była konkurencja. Czy jej źródłem są banki, które się łączą, dzielą, pojawiające się banki z zagranicy czy wreszcie firmy pozabankowe – dla nas to niewiele zmienia. Ten rynek nigdy nie był łatwy. Dla nas istotne jest to, czy ta konkurencja prezentuje ofertę na tyle wartościową dla klientów, że przyciąga ich uwagę. Jeśli taką ofertę widzimy, to musimy się dostosować.

Czy podatek bankowy zniechęca do zwiększania skali działania? Czy ograniczacie podaż kredytów?

Podatek bankowy, jak każdy inny, wpływa na rentowność firmy. Zysk netto służy nam oczywiście do zaspokajania apetytu akcjonariuszy, którzy dali nam pieniądze, ale przede wszystkim do budowy kapitału. Kapitał w banku warunkuje zdolność do budowania akcji kredytowej. Jeśli pieniądze, które były w banku i mogły stać się częścią kapitału, zostały przekazane na inny cel, to nasza zdolność do generowania akcji kredytowej spada. Rentowność poszczególnych zaangażowań kredytowych jest niższa, ale wszystko zależy od tego, czy bank jako całość jest w stanie generować kapitał na potrzeby akcji kredytowej. Jeśli nie jest – wtedy sytuacja zmusza go do ograniczenia aktywności kredytowej.

W jakiej sytuacji jest ING BSK?

Zdecydowaliśmy, że nie zmniejszamy akcji kredytowej, ponieważ byłby to najgorszy moment z punktu widzenia wzrostu gospodarczego. Rośniemy w akcji kredytowej równie mocno jak w poprzednich latach, a wtedy należeliśmy do rozwijających się najszybciej. Ale podkreślam – nasze podejście wynika z faktu, że mamy odpowiednio wysoką stopę zwrotu z kapitału. Jeśli więcej banków będzie miało niższą rentowność i przestanie kredytować, to jako kraj będziemy mieć problem ze wzrostem gospodarczym.

Czy konsolidacja sektora bankowego to nieuchronna konsekwencja?

Myślę, że tak. Zwłaszcza w kontekście efektów podatku bankowego. Jeśli banki nie będą w stanie zwiększać aktywności, to z czasem staną się obiektem przejęcia ze strony kogoś, kto ma taką zdolność.

Czy jesteście zainteresowani przejmowaniem banków?

Przejmowanie banków ma służyć efektywności, zapewnieniu sobie sytuacji, w której organizacja jest w stanie rosnąć. Żeby osiągnąć tę efektywność, jest wiele metod. Dla nas jest to co do zasady wzrost organiczny. Staramy się połączyć stabilność bilansową z wysoką dynamiką i odpowiednią rentownością. Jeśli ten sam mechanizm można przyspieszyć poprzez zakup, to mówimy: dlaczego nie? Ale przy spełnieniu pewnych kryteriów. Takie przejęcie musi kreować efektywność przynajmniej taką, jaką sami jesteśmy w stanie generować. Wszystko zależy od tego, po ile kupilibyśmy jakiś bank i jaki potencjał reprezentuje dany podmiot. Jeśli to zestawienie wypadłoby korzystnie – to wówczas jesteśmy zainteresowani. Ale w wielu przypadkach, gdy my jesteśmy zainteresowani, pojawiają się inni, cena idzie w górę i nasze podejście się zmienia. Dla nas przejęcia nie są konieczne do życia. To tylko kwestia przyspieszenia tempa wzrostu.

Czy jest panu bliska idea repolonizacji sektora bankowego?

Nie. Ona oznacza renacjonalizację, a mam na tyle długą pamięć, że wiem, iż banki, które były nacjonalizowane albo po prostu były państwowe, nie należały do najbardziej efektywnych. Z drugiej strony uważam za nieuzasadniony zarzut, że banki, które są własnością podmiotów zagranicznych, nie spełniają w gospodarce funkcji infrastrukturalnej. Być może są jakieś wyjątki od reguły, ale jeśli chodzi o ING Bank Śląski – jestem całkowicie przekonany, że zawsze zachowywał się w sposób właściwy i wypełniał obowiązki wobec gospodarki. Jesteśmy polskim bankiem. Ciężko pracuje tu osiem tysięcy Polaków. W związku z tym nie widzę powodu, dla którego repolonizacja miałoby się przyczynić do poprawy polskiej gospodarki. Jeśli ktoś widzi niesprawności w funkcjonowaniu sektora bankowego, to ma narzędzia, by to usprawnić. Natomiast wprowadzanie podziału na banki polskie i niepolskie to kreowanie niepotrzebnych podziałów.

Hasłem przewodnim repolonizacji do niedawna było raczej to, że polskie banki powinny mieć centra decyzyjne w kraju.

Od 25 lat opieramy sektor bankowy na kapitale zagranicznym. Zrobiliśmy to w taki sposób, że nie ma u nas oddziałów zagranicznych banków, ale spółki zarejestrowane u nas z licencją wydaną przez polski nadzór. Przy tym nadzorca bardzo dbał, by banki – szczególnie te większe – podlegały nie tylko wymogom prawa bankowego, ale też prawa o publicznym obrocie papierami wartościowymi. To są banki giełdowe. W ich interesie ekonomicznym jest samowystarczalność, jeśli chodzi o funkcjonowanie na naszym rynku. 

Cały wywiad na www.forsal.pl