Przypomnijmy: w zeszłym tygodniu na łamach DGP ukazał się tekst, w którym wskazywaliśmy na zagrożenia dla konstytucyjnych praw w razie uchwalenia projektu nowelizacji ustawy hazardowej w brzmieniu pierwotnie przedstawionym przez resort finansów („Pokerowa zagrywka urzędników: cenzura internetu. I to bez możliwości odwołania się”, DGP nr 124/2016). W znacznej mierze przywoływaliśmy opinię Fundacji Panoptykon.

Gra o duże pieniądze

Gra o duże pieniądze

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

W piątek otrzymaliśmy od resortu stanowisko w tej sprawie. Cytując za pismem: „Ministerstwo Finansów przeanalizowało szczegółowo nadesłane uwagi i doprecyzowało przepisy, które pierwotnie mogły budzić uwagi”.

Sąd nad ministrem

Przede wszystkim w nowej wersji projektu bardziej liberalne są przepisy dotyczące rejestru stron niedozwolonych. Wraz z Panoptykonem zwracaliśmy uwagę, że decyzję o zablokowaniu danej witryny internetowej będzie podejmował samodzielnie minister finansów. A podmiot nią objęty nawet nie będzie mógł się od niej odwołać do sądu.

To już jednak przeszłość.

Zgodnie z nową wersją projektu wprowadzony zostanie system kontroli sądowo-administracyjnej. Podmiot posiadający tytuł prawny do strony internetowej, której domena zostanie wpisana do rejestru, będzie mógł wnieść sprzeciw od dokonania wpisu. I tak, o ile sam wpis będzie stanowił czynność materialno-prawną, której nie można kwestionować, o tyle już odpowiedź organu na sprzeciw przybierze formę decyzji administracyjnej.

A to oznacza, że służyć będzie od niej skarga do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie. W efekcie to sąd oceni, czy dana witryna słusznie została wpisana do rejestru, czy też minister poszedł za daleko w korzystaniu ze swoich uprawnień.

„Dzięki określeniu krótkiego (14 dni) terminu do rozpatrzenia sprzeciwu i dalszej kontroli przeprowadzanej przez niezawisły sąd zagwarantowana została ochrona podstawowych praw konstytucyjnych” – czytamy w nadesłanym nam stanowisku resortu finansów.

Konstytucjonalista prof. Marek Chmaj uważa jednak, że rozwiązanie zaproponowane przez resort – mimo że bez wątpienia korzystniejsze od poprzedniego – nadal musi budzić zastrzeżenia.

– Dlaczego minister nie wyda decyzji od razu, tylko dopiero po wniesieniu sprzeciwu? To bez sensu – wskazuje prof. Chmaj. I uzasadnia, że czynnością materialno-techniczną może być przekazanie komuś kluczy do garażu, a nie zablokowanie witryny internetowej, za pomocą której przedsiębiorca prowadzi biznes. Zdaniem prawnika resort powinien więc od razu, wraz z podjęciem decyzji o wpisaniu danej strony do rejestru, wydawać decyzję administracyjną.

– Byłaby to też oszczędność czasu dla ministra. Po co dwukrotnie przyglądać się tej samej sprawie – najpierw przy wpisywaniu strony do rejestru, a następnie przy wydawaniu decyzji administracyjnej? – zastanawia się prof. Chmaj. I sam sobie odpowiada: chyba jedynie po to, by utrudnić przedsiębiorcom starania o wykreślenie adresu strony internetowej z rejestru. Gdyby decyzja administracyjna była wydawana od razu, przedsiębiorca mógłby też od razu zaskarżyć ją do sądu. W momencie uzyskania korzystnego dla siebie wyroku występowałby zaś o odszkodowanie od Skarbu Państwa za straty spowodowane tym, że nie mógł prowadzić działalności.

– Odpowiedzialność odszkodowawcza wydaje mi się właściwą gwarancją, że minister nie będzie nadużywał przysługujących mu uprawnień. Dlatego też dopuszczalne byłoby, moim zdaniem, pozostawienie na czas postępowania przed sądem spornego adresu strony internetowej w rejestrze – twierdzi konstytucjonalista.

Mniej blokad

Druga z istotnych kwestii dotyczy tego, które witryny znajdą się w rejestrze. W zeszłym tygodniu wskazywaliśmy, że brzmienie proponowanych przepisów jest na tyle niejednoznaczne, że w rejestrze stron niedozwolonych będzie mógł znaleźć się między innymi adres GazetaPrawna.pl. Powód? Piszemy regularnie o branży hazardowej, niekiedy wymieniając nazwy poszczególnych podmiotów, także tych nieposiadających zezwolenia na prowadzenie działalności.

Ministerstwo Finansów jednak w przesłanym nam stanowisku uspokaja. Po pierwsze, do lamusa odchodzi nazwa „rejestr stron niedozwolonych”. Powstanie bowiem „rejestr domen służących do oferowania gier hazardowych niezgodnie z ustawą”.

Oznacza to, że znajdą się w nim wyłącznie nazwy domen internetowych wykorzystywanych do oferowania gier hazardowych w nielegalny sposób.

– Nie zachodzi ryzyko zablokowania stron innych niż te oferujące nielegalnie gry hazardowe – zaznaczają przedstawiciele resortu. Mówiąc prościej: w kontrowersyjnym rejestrze znajdą się np. strony, za pośrednictwem których można obstawiać wyniki meczów, ale już nie będzie w nim stron, na których jedynie pisze się o branży – i to nawet w przypadku, gdy padają nazwy konkretnych firm.

Ministerstwo nie zgadza się jednak na całkowite usunięcie z projektu przepisów o kontrowersyjnym rejestrze. Przedstawiciele resortu przyznają, że co prawda z technicznego punktu widzenia może on nie odnieść pożądanego skutku, gdyż chcący zawsze odnajdą drogę do nielegalnego bukmachera, ale jego pozytywne oddziaływanie i tak będzie znaczące.

– Już znaczne utrudnienie dostępu zrealizowałoby cel w postaci ograniczenia szarej strefy i zwiększenia ochrony gracza w internecie – wskazuje MF. I uzasadnia, że obecnie wiele osób uczestniczących w nielegalnych grach hazardowych nie ma świadomości naruszania przepisów prawa. Wynika to z szerokiej dostępności do nielegalnie działających podmiotów oraz małej świadomości społecznej. W świetle projektowanych przepisów – zdaniem MF – gracze nie mieliby już wątpliwości co do tego, czy korzystają z usług legalnego operatora gier hazardowych.

– Ominięcie blokady ustanowionej przez przedsiębiorcę telekomunikacyjnego oznaczałoby, że użytkownik świadomie decyduje się na skorzystanie ze strony, która nie posiada zezwolenia na urządzanie gier hazardowych w internecie – czytamy w ministerialnym wyjaśnieniu.

Etap legislacyjny

Projekt ustawy w konsultacjach