– Lata obserwacji rynku piłki nożnej pokazują, że na rynku polskim nie ma sensu, by klub wchodził na giełdę. Dla niego oznacza to głównie obowiązki i utrudnienia, a zyski strategiczne są bliskie zeru lub nawet cały proces generuje straty finansowe – twierdzi Grzegorz Kita, założyciel Sport Management Polska, były dyrektor generalny Legii Warszawa. I tłumaczy, że praktyka pokazuje, iż w Polsce na rynku NewConnect kluby nie są w stanie pozyskać odpowiedniego kapitału na rozwój, za to biorą na swoje barki chociażby wiele rygorystycznych obowiązków informacyjnych. Ogólnie rzecz ujmując – więcej jest strat niż korzyści.

Przy tym model biznesowy klubu piłkarskiego jest nieco odmienny niż każdej innej spółki. Tu wiele zależy od wyników osiąganych przez drużynę. Gdy są złe – kurs spada. A gdy są dobre, często zapada decyzja o wzmocnieniach, czyli wydatkach na nowych zawodników. W takiej sytuacji także kurs nie szybuje, gdyż mimo sukcesu sportowego ryzyko nieopłacalności inwestycji pozostaje duże.

Stopy zwrotu z akcji w 2015 r.

Stopy zwrotu z akcji w 2015 r.

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

– Faktem jest, że do tej pory na rynek giełdowy wchodziły głównie kluby mniejszego kalibru. Trudno jest ocenić, co by było, gdyby na giełdę współcześnie wszedł klub ustabilizowany finansowo, o dobrze zdywersyfikowanych przychodach i silnej marce popartej dużym wolumenem kibiców, jak Legia Warszawa czy Lech Poznań – zauważa Grzegorz Kita.

Kluby często szukają finansowania w zupełnie inny sposób. Przykład? Na początku zeszłego roku gruchnęła informacja, że kadra stołecznej Legii zostanie wzmocniona dzięki współpracy z zamkniętym funduszem inwestycyjnym, założonym przez bogatych kibiców klubu. Mieli oni przeznaczyć kilka milionów złotych na zakup zawodników, którzy zostaliby udostępnieni Legii. Gdyby transfery okazały się trafne, inwestorzy zarabialiby na ewentualnej sprzedaży wypromowanych graczy.

Tyle że tak jak o tym projekcie było głośno, gdy ruszał, tak trudno znaleźć jakiekolwiek informacje teraz. Czy współpraca się powiodła? Ilu zawodników w ten sposób zdobył piłkarski mistrz Polski? Chcieliśmy uzyskać informację u samego źródła, w warszawskim klubie, ale nie otrzymaliśmy odpowiedzi na nasze pytanie.

– Temat mógł upaść ze względu na bardzo restrykcyjne plany UEFA w sprawie ograniczania finansowania przez podmioty zewnętrzne („third-party ownership”). Federacje piłkarskie bardzo mocno starają się ograniczyć możliwość takiego „obracania żywym towarem” i zewnętrznego wpływu świata inwestycji na świat klubów – opowiada Grzegorz Kita.

Istotne ograniczenia zostały wprowadzone także przez ogólnoświatową organizację FIFA. Od 1 maja ub.r. fundusze inwestujące w zawodników miały być wygaszane. Od początku maja bieżącego roku żaden nie powinien już działać.

Chociaż nasza piłka nożna reprezentowana jest tylko na „małej giełdzie”, to Ruch Chorzów wchodzi w skład europejskiego indeksu Euro Stoxx Football. Powód do zadowolenia? Niekoniecznie. Jeśli porównać dzisiejsze notowania z ich poziomem z końca 2008 r., okazuje się, że akcje polskiej spółki należą do najsłabszych. Inwestor, który kupiłby walory Ruchu pod koniec 2008 r. i trzymałby je do dziś – zachowałby niewiele ponad 20 proc. początkowego kapitału. Spośród ponad 20 firm uwzględnionych w indeksie słabiej w tym okresie wypadają tylko dwa kluby z Danii: Aarhus Elite, właściciel klubu AGF Aarhus (w zakończonym sezonie 10. miejsce w ekstraklasie), i Broendby (4. miejsce).

Są jednak i przykłady pozytywne. Cena akcji Borussii Dortmund jest obecnie niemal cztery razy wyższa niż pod koniec 2008 r. Drużyna w 2012 r. zdobyła mistrzostwo kraju, w 2013 r. drugie miejsce w Lidze Mistrzów, a Superpuchar Niemiec dwa razy z rzędu (w 2013 i 2014 r.). Nawet jej trudno jednak równać się z tureckim Besiktasem. Od początku roku cena jego akcji wzrosła trzykrotnie – pomogła poprawa koniunktury na giełdzie w Stambule.