Zacznijmy od krótkiego wyjaśnienia, kto to jest Larry Summers. To facet, który w ciągu ostatnich 25 lat pociągał już za (niemal) wszystkie najważniejsze dźwignie sterujące amerykańską gospodarką. Zdarzyło mu się urodzić świetnie (co w USA wbrew mitowi o niesamowitej społecznej mobilności niezwykle ważne): jego wujek ze strony ojca to nie kto inny jak Paul Samuelson, noblista z 1970 r., doradca kilku amerykańskich prezydentów i autor najsłynniejszego podręcznika do ekonomii, z którego uczyły się kolejne generacje nie tylko amerykańskich adeptów zawodu. Z kolei inny wujek (brat matki) to nie kto inny jak Kenneth Arrow, czyli noblista A.D. 1972 i czołowa figura w amerykańskiej ekonomii neoklasycznej XX w.

Trzeba więc przyznać, że co jak co, ale szlaki do kariery ekonomisty to miał młody Summers przetarte. A potem było już tylko lepiej. Tuż przed czterdziestką dostał nagrodę Batesa Clarke’a (zwaną młodym Noblem). Był już wtedy głównym ekonomistą Banku Światowego (1991–1993). Prosto stamtąd trafił do innej, jeszcze bardziej renomowanej waszyngtońskiej instytucji, czyli do Białego Domu. W administracji Billa Clintona był najpierw zastępcą, a potem sekretarzem skarbu (amerykański odpowiednik ministra finansów). Walczył o to, by jak najszerzej otworzyć wrota dla deregulacji systemu finansowego. Skutecznie. Ustawa Gramma-Leacha z 1999 r. znosiła większość ograniczeń narzuconych bankom w czasach Franklina Delano Roosevelta. Słodkie frukta bankowego boomu, który nastąpił bezpośrednio po tej deregulacji, nie ominęły samego Summersa. Po utracie przez demokratów Białego Domu przez kilka lat pracował dla jednego z funduszy hedgingowych na Wall Street. A na samych wykładach dla Goldman Sachs, JPMorgan czy Lehman Brothers zarobił prawie 3 mln dol. W międzyczasie był też prezydentem Uniwersytetu Harvarda.

Argument Summersa to powtórzenie tego, przed czym od lat przestrzegali ekonomiści heterodoksyjni (od marksistów począwszy, na alterglobalistach skończywszy). Jeszcze 15 temu ludzie pokroju Summersa w ogóle nie zwracali uwagi na ich opinie. Lub uważali je za szkodliwe

Mało? To dodajmy jeszcze, że gdy wybuchł kryzys 2008 r., a prezydentem został Barack Obama, to Summers był jednym z pierwszych, którzy przystąpili do gaszenia pożaru. Został szefem doradców ekonomicznych prezydenta elekta i (zdaniem krytyków) zrobił wiele, by stępić ostrze uchwalanej na fali wielkiego publicznego oburzenia ustawy Dodda-Franka, której celem miało być przykręcenie śruby Wall Street. Potem Summers o mały włos nie został szefem Fed, gdy upłynęła kadencja Bena Bernankego. Ostatecznie Obama postawił jednak na Janet Yellen.

To przydługie biograficzne przedstawienie Summersa było konieczne, by dobrze odczytać to, co profesor Harvardu pisze dziś. A pisze rzeczy ciekawe. Już pod koniec 2013 r. Summers wystąpił z tezą, że Zachód znalazł się w środku sekularnej (długoterminowej) stagnacji. Polemizował w ten sposób z innymi kursującymi wówczas wyjaśnieniami, co się właściwie popsuło w światowej gospodarce. A przypomnijmy, że był to moment, gdy winę za przedłużającą się recesję składano albo na wysoki poziom zadłużenia publicznego (teza Rogoffa i Reinhard, która posłużyła za uzasadnienie polityki austerity), albo (rzadziej) na słabnący wzrost produktywności zachodnich gospodarek. Summers argumentował zaś, że przyczyna jest dużo prostsza. I jest nią brak popytu. Za którym kryje się stagnacja dochodów dolnych i średnich klas społecznych oraz generalne osłabienie pozycji pracownika wobec posiadacza kapitału (pracodawcy, rentiera czy wyższej klasy menedżerskiej).

Paradoks całej sytuacji polega na tym, że argument Summersa to w zasadzie powtórzenie tego, przed czym od lat przestrzegali ekonomiści heterodoksyjni (od marksistów począwszy, na alterglobalistach skończywszy). To były argumenty, na które jeszcze 15 czy 20 lat temu ludzie pokroju Summersa w ogóle nie zwracali uwagi. Lub uważali je za szkodliwe. A dziś ich bronią. No cóż. Lepiej późno niż wcale.