statystyki

Sprzedawcy czasu: Polskie zegarki luksusowe coraz bardziej popularne

autor: Łukasz Bąk29.01.2016, 18:00; Aktualizacja: 31.01.2016, 12:23
Zegarki firmy Leon Prokop - materiał prasowy producenta, fot. Kamil Szmurło

Zegarki firmy Leon Prokop - materiał prasowy producenta, fot. Kamil Szmurłoźródło: Dziennik Gazeta Prawna

Zegarek na rękę za 10 tys., a może 20 tys. zł? Na miłośnikach szwajcarskich manufaktur takie sumy nie robią wrażenia. Co innego, gdy mówimy o polskich czasomierzach. Nie, to nie jest żart. One naprawdę istnieją

Reklama


Reklama


Apolonia Wood Automatic to rarytas na światową skalę. Tarcza zegarka została wykonana z egzotycznego drewna, które – zanim trafi do koperty – przechodzi skomplikowany proces obróbki: jest odpowiednio docinane, szlifowane i łączone z innymi elementami. Do tej pory sztuka ta udawała się nielicznym, m.in. renomowanemu Rolexowi. Ale jego „drewniany” zegarek kosztuje 11 tys. dol., podczas gdy Apolonia – tylko 3400 zł. W wersji podstawowej, bo gdy klient ma specjalne życzenia, rachunek rośnie. A ma je bardzo często. – Na przykład chce, żeby pasek był wykonany ze skóry warana, strusia lub węża – opowiada Bartosz Szymczyk, założyciel zielonogórskiej manufaktury. Nazwał ją Leon Prokop. – Na cześć dziadka, który zaraził mnie pasją do zegarków i szeroko pojętej techniki – mówi.

Pierwszy zegarek Szymczyk naszkicował sześć lat temu, a w 2011 r. zdecydował o powołaniu marki. Ze stu projektów, jakie od tamtego czasu stworzył, tylko dwa trafiły do produkcji: Bolt i Apolonia. – Tylko one spełniły moje estetyczne oczekiwania – śmieje się. Oficjalnie ze sprzedażą ruszył 11 sierpnia 2014 r. Klienta na pierwszy zegarek znalazł już dwa dni po uruchomieniu strony internetowej, a obecnie kończy 110. czasomierz, co daje średnią 1 zegarka na 4–5 dni. Całkiem nieźle, biorąc pod uwagę, że każdy z nich ma własny numer seryjny i jest spersonalizowany. Czeka się na niego 2–3 tygodnie, jest ręcznie wykonany, klient może zażyczyć sobie osobistego graweru na kopercie, sam wybiera wskazówki, tarczę etc. – Dzięki temu nie ma dwóch identycznych Prokopów. Staram się spełniać każde życzenie – zapewnia Szymczyk. I przywołuje przykład człowieka, który wylicytował jeden z ostatnich egzemplarzy kultowego auta Land Rover Defender i chciał, aby wymienić w nim seryjny zegarek w desce rozdzielczej – z prostego, tandetnego na taki z tarczą w kolorze lakieru auta i sygnaturą Leon Prokop. – Grawerowałem już nawet masońskie znaki na kopertach – wspomina trzydziestolatek. I zarzeka się, że nawet przez myśl mu nie przeszło, że może być konkurencją dla szwajcarskich manufaktur. I dobrze. Bo nie ma na to najmniejszych szans. Jego Leon Prokop jest po prostu za mały. I zdecydowanie za tani.

Z raportu firmy Bain&Company, zajmującej się badaniem globalnego rynku dóbr luksusowych, wynika, że w 2014 r. zegarkowy biznes wart był ponad 30 mld euro. Oczywiście nie wlicza się w to produkowanych masowo czasomierzy Casio czy Timexa, lecz wyłącznie produkty z najwyższej półki. Ich sprzedaż rośnie rok do roku o kilka procent i opiera się nawet kryzysom. Pod koniec 2008 r. wiele szwajcarskich manufaktur ograniczyło produkcję, spodziewając się mniejszego zapotrzebowania związanego z recesją największych światowych gospodarek, po czym okazało się, że w 2009 r. popyt na luksusowe czasomierze wzrósł o niemal 10 proc. Zaś na rynku pojawiła się w tym czasie zupełnie nowa kategoria „million dollar watches”, czyli czasomierze warte więcej niż niejedna luksusowa willa.

Obecnie jest ich osiem, a miejsce lidera zajmuje A. Lange & Söhne Grand Complication wyceniony na 2,5 mln dol. To jednak i tak skromnie w porównaniu z tym, ile trzeba zapłacić za używane kolekcjonerskie egzemplarze. W listopadzie 2012 r. Patek Philippe z 1987 r. należący do Erica Claptona został sprzedany na aukcji za równowartość 3,5 mln dol. Z kolei w 2014 r. Patek Philippe The Henry Graves Supercomplication z 1933 r. poszedł za niewiarygodne 24 mln dol. I swój udział miała w tym Polska. Otóż założyciel szwajcarskiej manufaktury, Antoni Norbert Patek herbu Prawdzic, urodził się w 1812 r. w Piaskach Luterskich pod Lublinem. W latach 30. XIX w. przeprowadził się do Szwajcarii, gdzie w 1845 r. wspólnie z francuskim inżynierem Adrienem Philippe (to jemu świat zawdzięcza mechanizm naciągowy z koronką niewymagający nakręcania) założył manufakturę słynącą do dziś z najdroższych i najlepszych czasomierzy. Obecnie ma ona tylko trzy ekskluzywne salony na świecie – w Londynie, Paryżu oraz rodzinnej Genewie.

Pierwsza nowoczesna marka polskich zegarków – Polpora – też zaczynała od sprzedaży swoich produktów w trzech salonach. Tyle że w Krakowie, Poznaniu i Warszawie. – Gdy w 2007 r. pojechałem do każdego z nich i powiedziałem, że chcę za ich pośrednictwem sprzedawać polskie zegarki, patrzono na mnie jak na wariata – wspomina Krzysztof Janczak, założyciel marki. Jak sam mówi, jego przygoda z zegarkami zaczęła się od rozebrania luksusowego dziadkowego Roamera. – Miałem wtedy może 10 lat. Odkręciłem dekiel i wykręciłem co tylko się dało. Od tego czasu fascynowały mnie wszystkie te maleńkie kółeczka – śmieje się. Historia Polpory zaczęła się w 2006 r. – Miałem 30 lat, za sobą studia ekonomiczne, pracowałem w branży IT i dodatkowo parałem się projektowaniem i grafiką. Pewnego sobotniego ranka po prostu wstałem z łóżka i postanowiłem, że zrobię pierwszy polski zegarek – opowiada. Cały weekend spędził na poszukiwaniu poddostawców, głównie werków (mechanizmów) i kopert (obudowy). – To był poważny problem, bo wówczas branża ta w ogóle w Polsce nie istniała. Na krajowym rynku mogłem dostać najwyżej pudełko do zapakowania zegarka i ekran do prezentacji produktów. Nic poza tym – tłumaczy. Większość podzespołów zamówił w końcu w Szwajcarii – na bazie jego projektu tamtejsze firmy zgodziły się wyprodukować zaledwie kilkadziesiąt sztuk kopert, tarcz i wskazówek. Już na miejscu, w Polsce łączono je z mechanizmami z automatycznym naciągiem. Jednym słowem, powstał zegarek polskiej marki ze sprawdzonych, wysokiej jakości szwajcarskich podzespołów. Na początku grudnia 2007 r. do salonów jubilerskich, które ostatecznie zgodziły się reprezentować młodą polską markę, trafiły pierwsze zegarki Polpora Automatic – limitowana do 27 egzemplarzy seria „Stolice Polski”, obejmująca modele Varsovia, Cracovia i Gnesna. Wszystkie zniknęły jeszcze przed świętami, choć najtańszy kosztował ponad 2000 zł – sporo, jak na nikomu nie znaną markę z Zielonej Góry. – Nie ma co ukrywać: na wielu klientów jak magnes podziałało hasło „Pierwszy polski zegarek na rynku” – uważa Janczak. Do tej pory jego manufakturę opuściło 400 zegarków. Niektóre z nich to kolekcjonerskie unikaty, wykonane wyłącznie w jednym egzemplarzu. Najdroższy z nich – Horologium Grunbergensis Cristobal nr 75 – sprzedany został za 10 tys. zł. A sława Polpory dotarła nawet za granicę. – Mieliśmy zamówienia z Korei Południowej, Kanady, Francji czy Niemiec – wylicza Janczak.


Pozostało jeszcze 71% treści

PROMOCJA
Czytaj wszystkie artykuły
Miesiąc już od 33,00 złZamów abonament

Przeczytaj artykuł
Koszt SMS-a 2,46 złZapłać sms-emMasz już kod?
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Zapoznaj się z regulaminem i kup licencję

Polecane

  • kacperek(2016-01-30 07:24) Odpowiedz 00

    Brylantynka Nowak jest cieniasem w tym towarzystwie buksiaków.

  • Weredyk(2016-01-29 20:03) Odpowiedz 01

    Szwajcarskie w wiekszosci sa brzydkie, ale polskie jeszce brzydsze. Patek, (mimo ze tez Polak) to to nie jest.

  • watchman(2016-05-13 19:15) Odpowiedz 00

    Przed Polporą wszedł na rynek Bisset - też polskie zegarki.

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Prawo na co dzień

Polecane

Reklama