statystyki

GPW, czyli smutny rynek

autor: Krzysztof Jedlak24.01.2016, 15:00
GPW w Warszawie

Choroba naszego rynku ma wiele przyczyn, większość jest dobrze znana. Zacznijmy od tego, że nigdy nie był to zbyt mocny organizm. źródło: Bloomberg

Stare giełdowe marzenie – kupić akcje na dnie bessy, a więc bardzo tanio, i sprzedać na szczycie hossy, czyli bardzo drogo. Odzwierciedlająca w pewnej mierze to marzenie i dobrze znana wszystkim inwestorom zasada mówi o kupowaniu, gdy leje się krew, i sprzedawaniu w czasie rynkowej euforii (gdy dominuje chciwość). Drobnych praktycznych problemów nastręcza oczywiście prawidłowe określenie, z czym w danej chwili mamy do czynienia.

reklama


reklama


Krzysztof Jedlak

Krzysztof Jedlak

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Reguły sprawdzają się do czasu, gdy pojawia się czarny łabędź – zdarzenie, którego większość nie przewidywała i którego nie brano pod uwagę w rozmaitych rachubach. Można je porównać do podmuchu wiatru (a czasem ataku tornado), który wywraca stolik (lub rozbija go w drobny mak), zmuszając uczestników toczącej się przy nim gry do jej rozpoczęcia od nowa, w innych warunkach, zazwyczaj bardzo trudnych. Od kilku lat mamy wylęg czarnych łabędzi (kryzys finansowy, kryzys zadłużenia, nadzwyczajna polityka pieniężna kluczowych banków centralnych, wojna na Ukrainie, zalew imigrantów itd.). Dla uproszczenia sprawy nie będziemy zaprzątać sobie nimi głowy, pamiętając jednak, że jeszcze niejeden może się ukazać naszym oczom. Czasy są bowiem niepewne. Właśnie – niepewność to od wielu lat słowo klucz.

Inaczej niż polska gospodarka nasza giełda – jako rynek – wygląda źle, jak pacjent, który zachorował i u którego pojawiają się coraz to nowe komplikacje, a jednocześnie o którego terapii nikt specjalnie nie myśli. Zresztą nie bardzo wiadomo, jak miałaby ona wyglądać. Indeksy są tak nisko, jak w pierwszych miesiącach 2009 r. (wtedy widzieliśmy dno bessy związanej z wielkim kryzysem finansowym, który rozpoczął się pod koniec 2007 r.). Oczywiście mogą się znaleźć jeszcze niżej. W bessie często występuje formacja podwójnego dna. Powinna się pojawić już dawno i zapewne tak by się stało, gdyby nie nadzwyczajne akcje ratunkowe podjęte przez rządy i banki centralne w reakcji na zapaść z 2008 r. W każdym razie dno z 2009 r. nie zostało przebite. Ale może pora na to, skoro jesteśmy (w Polsce) już tak blisko?

Choroba naszego rynku ma wiele przyczyn, większość jest dobrze znana. Zacznijmy od tego, że nigdy nie był to zbyt mocny organizm. Mogliśmy się o tym przekonać na początku wieku, gdy zagościła u nas bessa związana z pęknięciem w USA internetowej bańki. Zupełnie poważnie zastanawiano się wówczas, czy jest sens utrzymywać przy życiu giełdę, która niemal nikomu do niczego nie jest potrzebna i na której handel zamarł prawie zupełnie. Potem nastąpił renesans. I spektakularna hossa. Powodów było kilka, wśród nich i takie, które – paradoksalnie – potwierdzają immanentną słabość GPW. Wejście Polski do UE i związana z tym zmiana postrzegania naszego kraju, napływ zagranicznego kapitału, szybszy wzrost gospodarki zasilanej potężnymi unijnymi funduszami – to wszystko nałożyło się na bezprecedensową hossę na światowych rynkach. I tworzyło cieplarniane warunki dla naszego.

Pierwsze uderzenia globalnego kryzysu popsuły koniunkturę giełdową, ale naoliwione w czasie prosperity rynkowe mechanizmy wciąż dobrze funkcjonowały. Bez przerwy rosły w siłę fundusze emerytalne, „z urzędu” kierujące większość pieniędzy na parkiet. Boom kredytowy rozhuśtał rynek mieszkaniowy, dobrze służąc bankom i branży deweloperskiej. Inwestycje infrastrukturalne (drogowe, w energetyce, związane z Euro 2012) miały zesłać deszcz manny na firmy budowlane. Po początkowej posusze do łask wróciła – z uwagi na potrzeby budżetu – wielka prywatyzacja (np. firm energetycznych, jak PGE), w tym także pod nośnym – a dziś brzmiącym nieco prześmiewczo – hasłem akcjonariatu obywatelskiego (PZU, Tauron, GPW).

Indeksy mocno spadły (2008–2009), a potem mozolnie odrabiały straty (nigdy jednak nie osiągając poprzednich rekordowych poziomów, nawet nie zbliżając się do nich), ale tak czy inaczej interes cały czas się kręcił – i to całkiem dobrze.


Pozostało jeszcze 63% treści
Aby zobaczyć cały artykuł, zaloguj się lub wykup dostęp
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Zapoznaj się z regulaminem i kup licencję

Polecane

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Prawo na co dzień

REKLAMA

Polecane

reklama