statystyki

Polska szkoła ekonomiczna: Kalecki i Keynes doszli do podobnych wniosków

autor: Rafał Woś11.12.2015, 07:17; Aktualizacja: 11.12.2015, 09:52
ekonomia

Prawdziwa nauka reaguje na rzeczywistość, a nie obraża się na niąźródło: ShutterStock

Problemy polskiej gospodarki i ustroju ekonomicznego wymagają odpowiedzi osadzonych w nadwiślańskim kontekście. Nie przyniesie nam ich import idei. One muszą wyrastać stąd i być częścią naszych własnych zmagań z historią społeczną i gospodarczą. Dobra wiadomość jest taka, że jest z czego czerpać. Można nawet powiedzieć, że istnieje coś w rodzaju polskiej szkoły ekonomicznej

Reklama


Wszyscy ci polityczni praktycy, choćby nie wiem jak przekonani, że nie podlegają żadnym wpływom intelektualnym, są zazwyczaj niewolnikami pomysłów jakiegoś dawno zmarłego ekonomisty”. Tą przewrotną myślą John Maynard Keynes zakończył wydaną w 1936 r. „Ogólną teorię zatrudnienia, procentu i pieniądza”. Anglikowi szło o to, że wielkie idee (w tym te ekonomiczne) mają kolosalny wpływ na każdego z nas. I nie ma właściwie znaczenia, czy w ogóle jesteśmy świadomi ich istnienia. W uproszczeniu różnica polega tylko na tym: jedni wiedzą, że mówią Hayekiem, Friedmanem albo Keynesem. A drudzy robią to bezwiednie. I z powodu tej nieświadomości są pewnie nawet bardziej „w niewoli” niż ci pierwsi.

Tak czy inaczej przed mówieniem jakimś „dawno zmarłym ekonomistą” uciec się nie da. A skoro tak, to warto przynajmniej nauczyć się w miarę świadomego sposobu decydowania, do którego klasyka się odwołujemy. Jest to też w zasadzie jedyna rada, by ten klasyk jakoś pasował do rzeczywistości, w której się poruszamy. To znaczy, żeby nie mówił nam, co powinni zrobić uczestnicy amerykańskiego rynku finansowego, chińska partia komunistyczna albo francuskie związki zawodowe.

Ale o to nie jest wcale tak łatwo. Co doskonale widać na przykładzie poprzednich odcinków naszego „Podręcznika”. Bo nieważne, czy mowa była o Francuzach od nierówności (Piketty, Saez), nowych etatystach w stylu Mariany Mazzucato albo Daniego Rodrika czy tych wyrosłych z tradycji postkeynesowskiej, większość z nich pisała o problemach i wyzwaniach stojących przed krajami rozwiniętego Zachodu. Z kolei autorzy wywodzący się z tradycji ekonomii rozwoju albo wallersteinowskiej teorii systemów-światów w sposób naturalny przyjmowali raczej klasyczną perspektywę krajów rozwijających się.

Zapewne domyślają się już państwo, do czego zmierzam. Chodzi mi o fundamentalne pytanie: czy istnieje tradycja, do której może się odwołać kraj taki jak Polska? I nie jest to bynajmniej przejaw żadnego nacjonalizmu czy polonocentryzmu. Tylko konstatacja faktu, że problemy polskiej gospodarki i ustroju ekonomicznego są specyficzne. I wymagają odpowiedzi mocno osadzonych w naszym nadwiślańskim kontekście. Takich odpowiedzi nie przyniesie nam import idei. One muszą wyrastać stąd i być częścią naszych polskich zmagań z historią społeczną i ekonomiczną. Dobra wiadomość jest taka, że jest z czego czerpać. Można nawet powiedzieć, że istnieje coś w rodzaju polskiej szkoły ekonomicznej. W zasadzie istniała od dawna, ale była trochę zapomniana, trochę zagadana, a trochę skompromitowana. Dziś wraca. Aktualna jak nigdy dotąd.

Po pierwsze: Kalecki (i Łaski)


Pozostało jeszcze 83% treści

Czytaj wszystkie artykuły
Miesiąc 97,90 zł
Zamów abonament

Mam kod promocyjny
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Kup licencję
Więcej na ten temat

Reklama


Artykuły powiązane

Polecane

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Polecane

Reklama