W sam raz na rozpoczęcie międzynarodowej konferencji klimatycznej w Paryżu autor „Kapitału w XXI wieku” zaprezentował nową pracę. Rzecz napisana została do spółki z Lucasem Chancelem z paryskiej Science Po i nosi tytuł „Węgiel i nierówności”. A Piketty oraz Chancel wywracają w niej do góry nogami dotychczasową logikę towarzyszącą dyskusjom o walce z nadmierną emisją CO 2 e (dwutlenek węgla i inne gazy cieplarniane) do atmosfery.

Dziś jest bowiem tak, że na walkę ze zmianami klimatu zrzucają się niemal wyłącznie kraje bogate. Logiczne: dzieje się tak dlatego, że to gospodarki rozwinięte emitują najwięcej. A emitują najwięcej właśnie dlatego, że są rozwinięte i mają najbardziej rozwinięty przemysł. Taka logika sprawia jednak, że polityka klimatyczna nie ma szans rozwinąć skrzydeł. Bo rządy krajów zachodnich są w ciągłym konflikcie wartości. Z jednej strony mają gospodarkę i miejsca pracy, z drugiej troskę o klimat. Tego konfliktu łatwo i szybko rozwiązać się nie da. Można jednak próbować nieco inaczej rozłożyć ciężar odpowiedzialności. I świeżym okiem spojrzeć na emisję indywidualną. Czyli tzw. ślad węglowy, który zostawia za sobą każdy z nas. Ale nie ma on dziś właściwie żadnego znaczenia praktycznego. No, może poza moralną satysfakcją co bardziej wyczulonych na zieloną tematykę.

Piketty oraz Chancel wywracają w niej do góry nogami dotychczasową logikę towarzyszącą dyskusjom o walce z nadmierną emisją CO2e

I właśnie tu zaczyna się nowatorska opowieść Piketty’ego i Chancela. Ich propozycję streścić można bowiem w kilku krótkich słowach: konsumujesz i emitujesz? Płać od tego progresywny podatek. Niezależnie od tego, w jakim kraju żyjesz. W tym miejscu badacze opierają się na pracy Glena Petersa i Robbie Andrew z Centrum Międzynarodowych Badań nad Klimatem i Środowiskiem (CICERO) w Oslo. Których wkład polega na stworzeniu modelu przekładającego sytuację majątkową na emisję CO2 w różnych krajach. Ich model przeczy trochę obiegowej opinii, że ubodzy emitują więcej. Bo na przykład ogrzewają się węglem i mają stary paliwożerny samochód. Ale to nieprawda. Ponieważ nawet jeśli bogatsi obywatele mają większy dostęp do czystszych technologii, to jednocześnie zdecydowanie więcej konsumują albo podróżują (i to na przykład straszliwymi z punktu widzenia „śladu węglowego” samolotami). Co do zasady dysponują też większymi nieruchomościami, które trzeba zaopatrzyć w energię.

Idąc tym tropem, Piketty i Chancel dochodzą do wniosku, że najsensowniej byłoby obłożyć ludność świata progresywnym podatkiem ekologicznym powiązanym z dochodami. Modeli jest kilka. Można sobie na przykład wyobrazić, że ustalamy pewien próg indywidualnej emisji (u Piketty’ego i Chancela mowa o 6,5 t rocznie, w Polsce to średnio 8,2 t), powyżej którego zaczyna się zbieranie progresywnej daniny. Im więcej emitujesz, tym więcej płacisz. W modelu drugim bierzemy tylko 10 proc. największych światowych emitentów indywidualnych (to ci, których ślad węglowy przekracza 12 t). Jeszcze inny model polega na obłożeniu podatkiem tylko tych absolutnie najbogatszych, których emisja to więcej niż 45 t. To wcale nie tak dużo. Najbogatszy 1 proc. mieszkańców USA, Luksemburga, Singapuru czy Arabii Saudyjskiej potrafi produkować rocznie nawet 200 t CO 2 e. I to nie w sumie, ale na głowę.

Po co to wszystko? Po pierwsze dlatego, że byłoby sprawiedliwiej. Bo dziś na przykład bogacąca się klasa średnia i wyższa w krajach rozwijających się w ogóle nie płaci. A dzieje się tak dlatego, że ich gospodarki jako całość jeszcze nie doszły do poziomu USA czy Europy Zachodniej. Po drugie, powiązanie emisji z opodatkowaniem mogłoby stanowić zachętę do bardziej ekologicznych zachowań. Po trzecie wreszcie, taki podatek mógłby stanowić podstawę do finansowego wzmocnienia międzynarodowego funduszu ekologicznego. Z którego finansowane będą inwestycje w proekologiczną infrastrukturę i przeciwdziałanie zmianom klimatu, które już zachodzą.

I znów jak to z Pikettym. Można go lubić albo nie. Ale trzeba przyznać, że umie się wstrzelić w najważniejsze dyskusje publiczne swoich czasów.