Japonia coraz chętniej sięga po węgiel kamienny. Renesans tego surowca to efekt zarówno jego niskiej ceny na światowych rynkach, jak i konieczności wyrównania braków powstałych po rezygnacji z energetyki atomowej. W żadnym innym wysoko rozwiniętym kraju nie powstaje obecnie tyle nowych elektrowni węglowych, ile w Japonii, choć zarazem rosnący udział węgla w bilansie energetycznym budzi pewne kontrowersje.

Będący efektem trzęsienia ziemi i tsunami wyciek radioaktywny z elektrowni atomowej w Fukushimie w marcu 2011 r. spowodował, że Japonia niemal z dnia na dzień całkowicie się wycofała z energetyki jądrowej. W rok po katastrofie czynne były już tylko dwa z 48 reaktorów w tym kraju, obecnie nie działa już żaden (choć cztery prawdopodobnie zostaną w tym roku włączone z powrotem). To jednak oznaczało ogromny ubytek energii, bo elektrownie atomowe zaspokajały prawie 30 proc. popytu.

W tej sytuacji – oraz wobec braku własnych surowców energetycznych i niemożności szybkiego przestawienia się na źródła odnawialne – Japonia zwróciła się w stronę węgla. Decyzję tę ułatwiło to, że węgiel cały czas odgrywał istotną rolę w bilansie energetycznym (24 proc. w 2010 r.), łatwo można było zwiększyć import, a na dodatek jego cena, która po spowodowanym kryzysem załamaniu trochę się odbiła, na początku 2011 r. znów zaczęła spadać. Japonia jest drugim co do wielkości importerem węgla na świecie – w 2012 r. sprowadziła 184 mln ton tego surowca, ustępując pod tym względem tylko Chinom.

Na atrakcyjność węgla jako alternatywy energetycznej wskazał japoński rząd, szacując w 2011 r. koszty wytworzenia jednej kilowatogodziny w różnego typu elektrowniach. W przypadku siłowni węglowej było to – uwzględniając jej budowę i utrzymanie – 7,5 jena (23 gr), jądrowej – 9 jenów (28 gr), gdy paliwem jest gaz ziemny, cena wynosiła 10 jenów (31 gr), a gdy ropa naftowa – już 19 jenów (58 gr). Koszty stają się o tyle istotnym czynnikiem, że do 2020 r. Japonia zamierza zliberalizować swój sektor energetyczny i działające w nim firmy po raz pierwszy będą ze sobą realnie konkurować. W tej sytuacji budowa nowych elektrowni opalanych węglem – mimo nieprzychylnego klimatu dla tego surowca – stała się atrakcyjną alternatywą.

W Japonii istnieje obecnie ponad 60 takich elektrowni, których łączna moc wynosi 41 gigawatów (mniej więcej tyle, ile w Niemczech). Jednak w odróżnieniu od Niemiec, które rezygnując z energetyki jądrowej, starają się przede wszystkim przechodzić na odnawialne źródła, Japonia buduje nowe elektrownie węglowe. Według obecnych planów w najbliższych kilkunastu latach powstanie ich ponad 40. Tylko w pierwszych 10 tygodniach tego roku zatwierdzono budowę siedmiu. Nie znaczy to jednak, że ogólna liczba zwiększy się o ponad 40, bo stopień zaawansowania tych planów jest bardzo różny, a część nowych zakładów zastąpi istniejące (blisko połowa z nich jest przestarzała i mało wydajna).

Co nie zmienia faktu, że udział węgla w bilansie energetycznym już się zwiększył – w 2013 r. wyniósł 28 proc. – oraz że ogólna moc elektrowni węglowych wzrośnie w ciągu najbliższej dekady o od siedmiu do nawet kilkunastu gigawatów. Inna sprawa, że stawianie na zanieczyszczający środowisko węgiel budzi spore kontrowersje. Zaledwie w zeszłym tygodniu minister środowiska Yoshio Mochizuki zapowiedział, że będzie chciał zablokować budowę dwóch nowych elektrowni węglowych – obu na wschodnim wybrzeżu wyspy Honsiu – choć kilka innych projektów zatwierdził.

Z powodu powrotu do węgla Japonia pozostaje w tyle w porównaniu z UE i USA, jeśli chodzi o zobowiązania w zakresie redukcji emisji gazów cieplarnianych. Wprawdzie w lipcu zapowiedziała, że jej celem jest zmniejszenie ich ilości o 26 proc. do 2030 r., ale w stosunku do poziomu z 2013 r. USA i Unia zobowiązały się do podobnej procentowo redukcji, ale punktem odniesienia są dla nich odpowiednio 2005 i 1990 r. Tymczasem w Unii szczyt emisji przypadał na rok 1979, w Japonii był to właśnie 2013 r.

Docelowo Japonia zamierza zmienić swój bilans energetyczny i procentowy udział węgla będzie w nim mniejszy, ale nie z powodu rezygnacji z niego, lecz dlatego, że spodziewa się przywrócenia do łask atomu i rozwoju źródeł odnawialnych. Według przyjętych w połowie lipca rządowych założeń w 2030 r. największy udział w bilansie energetycznym Japonii będą miały: gaz ziemny (27 proc.), następnie węgiel (26 proc.), odnawialne źródła energii (24 proc.), energetyka jądrowa (22 proc.) i ropa naftowa (1 proc.). Nie zmieni się zaś to, że węgiel pozostanie najtańszym źródłem energii.

To samo studium przewiduje, że w 2030 r. jedna kilowatogodzina energii wytworzonej z węgla kosztować będzie 12,9 jena (obecnie 40 gr), podczas gdy z gazu ziemnego 13,4 jena (41 gr), zaś z ropy – 41,6 jena (1,28 zł). I to pomimo że nowe elektrownie węglowe będą znacznie droższe od dotychczasowych. Rząd chce, aby do 2020 r. zaczęły być stosowane na szerszą skalę czystsze technologie węglowe, takie jak IGCC (integrated gasification combined cycle). Zwiększają one koszty budowy nawet dwukrotnie, ale znacznie poprawiają wydajność energetyczną, a ponadto powodują, że zużycie wody jest dwukrotnie mniejsze, zaś emisja gazów cieplarnianych spada o blisko 20 proc.