Polska waluta zyskała w tym roku w stosunku do euro ponad 6 proc. Ostatni raz powyżej 4,3 zł płaciliśmy za euro 21 stycznia. Dzień później Europejski Bank Centralny oficjalnie ogłosił start programu ilościowego luzowania polityki pieniężnej – w uproszczeniu: drukowania pieniędzy. Kilka dni temu kurs europejskiej waluty spadł minimalnie poniżej 4 zł, a minister finansów Mateusz Szczurek pospieszył z zapewnieniami, że obecny poziom nie stanowi zagrożenia dla gospodarki.

Złoty zyskuje na sile, bo pieniądze wypuszczone na rynek przez EBC w ramach ilościowego luzowania (quantitative easing – QE) rozlewają się także poza strefę euro. – U nas może nie widać jeszcze samych pieniędzy z QE, ale są inwestorzy spekulacyjni, którzy chcą być pierwsi – mówi Roland Paszkiewicz, dyrektor biura analiz w CDM Pekao.

Wraz z luzowaniem ilościowym i taniejącym euro poprawia się konkurencyjność eksportu krajów strefy euro, co z kolei powinno być paliwem dla powrotu wzrostu gospodarczego. Na tym powinniśmy skorzystać i my. – Niski kurs euro jest korzystny dla niemieckich eksporterów, a w konsekwencji i dla ich kontrahentów z Polski i innych krajów naszego regionu – wskazuje Michał Dybuła, główny ekonomista BNP Paribas Polska. Według niego ten impuls eksportowy w tym roku podniesie nasz wzrost PKB o 0,6–0,7 pkt proc. W efekcie PKB może nam urosnąć o 3,6–3,7 proc.

Drukowanie euro działa

Europejski Bank Centralny podsumowuje pierwszy miesiąc swojego programu ilościowego luzowania polityki pieniężnej (QE). W jego ramach EBC oraz banki centralne krajów strefy euro skupują m.in. obligacje skarbowe poszczególnych państw. W zamian wpuszczają na rynek gotówkę, która posłużyć ma do rozruszania koniunktury w eurolandzie i zapobiec – jak mówi Michał Dybuła, ekonomista banku BNP Paribas w Warszawie – spirali deflacyjno-recesyjnej.

W marcu Eurosystem (tak określa się EBC i narodowe banki centralne) skupił papiery o wartości 47,4 mld euro, w tym ponad 11 mld euro obligacji niemieckich, 8,8 mld – francuskich i 7,6 mld – włoskich. EBC wyjaśnia, że deklarowany poziom 60 mld euro wyrzuconych na rynek został osiągnięty. Brakująca kwota to wydatki w ramach programów zakupu papierów zabezpieczonych, które rozpoczęły się jesienią 2014 r.

Na razie efekty eurolandowego QE (wcześniej podobne programy prowadzili Amerykanie, Japończycy, a także Brytyjczycy) widać głównie na rynkach finansowych. Ceny akcji spółek na europejskich giełdach są na poziomach nienotowanych od lat. Rekordowo drogie są też papiery dłużne. Wysoka cena przekłada się na ujemną rentowność nie tylko w przypadku obligacji niemieckich, ale i krótkoterminowych papierów rządów Włoch czy Hiszpanii. W tym przypadku pomagają niskie stopy procentowe. Najważniejsza – stopa depozytowa – wynosi minus 0,2 proc., co oznacza, że banki, które chcą ulokować wolną gotówkę w EBC, muszą za to dodatkowo zapłacić.

Jak dotąd efekty QE widać głównie na rynkach finansowych

A najwidoczniejszy efekt to spadek notowań euro wobec dolara. W piątek za euro płacono już poniżej 1,06 dol. Zdaniem wielu ekspertów nieuniknione jest zrównanie się kursów dwóch najważniejszych światowych walut. A później euro pójdzie jeszcze w dół, bo w eurolandzie pieniądze się drukuje, za to Amerykanie swój program QE już zakończyli, a w perspektywie kilku–kilkunastu miesięcy spodziewane są tam podwyżki stóp procentowych.

Gdy EBC uruchamiał swój program QE, eksperci byli zgodni, że jego efekty zobaczymy również na naszym rynku finansowym. Tymczasem na razie wyraźnie korzysta tylko złoty, nie widać wzrostu cen obligacji czy głównych indeksów giełdowych.

– Nasze obligacje są już drogie dla zagranicznych inwestorów, szczególnie dla Amerykanów, którzy u siebie mogą liczyć na niewiele mniejszą rentowność, ale poziom ryzyka jest tam zupełnie inny – wskazuje Marcin Mazurek, analityk mBanku. Według niego można natomiast liczyć na wzrost cen akcji. A także na dalsze umocnienie złotego. – Jeszcze w tym kwartale zupełnie realny jest kurs 3,8 zł za euro. Potem jednak spodziewam się deprecjacji, m.in. za sprawą podwyżek stóp w USA – dodaje Mazurek.

Na giełdzie nadzieje związane z QE były największe. Chodzi nie tylko o inwestorów, ale i o tych, którzy chcieliby sprzedawać akcje. Tuż po starcie europejskiego programu z publiczną ofertą akcji wyszedł Idea Bank. Jej wartość szacowano na ponad 850 mln zł. Ostatecznie bank uzyskał ćwierć miliarda, z czego 100 mln zł od swojego głównego właściciela.

– Sektor bankowy jest w tej chwili największym nieszczęściem naszej giełdy. Niskie stopy procentowe oznaczają mniejsze dochody, na co nakładają się problemy z kredytami we frankach, choćby ograniczenia w wypłacie dywidendy dla kilku banków – wskazuje Roland Paszkiewicz z CDM. I dowodzi, że gdyby nie instytucje finansowe i my moglibyśmy mówić o wyraźnej poprawie koniunktury na giełdzie.

Ta jest znakomita na europejskich parkietach. Indeksom w Mediolanie czy Madrycie niewiele brakuje do najwyższych poziomów od wybuchu kryzysu finansowego we wrześniu 2008 r. A Włochy i Hiszpania należą do krajów najmocniej dotkniętych przez ten kryzys. Główny indeks giełdy w Paryżu wrócił do notowań z początku 2008 r. A giełda we Frankfurcie, która nieźle radziła sobie i przed ogłoszeniem QE (Niemcy mają najmocniejszą gospodarkę w strefie euro), bije rekordy wszech czasów.

W ramach ilościowego luzowania EBC co miesiąc skupuje obligacje państw strefy euro o wartości 60 mld euro. Ma to robić przynajmniej do września przyszłego roku.