statystyki

Kapitalizm zaczyna gryźć swój własny ogon. Finansjera zajmuje się już tylko gromadzeniem pieniędzy

autor: Rafał Woś28.03.2015, 15:00
pieniądze

Giganci stają się jak disneyowski Sknerus McKwacz, który gromadzi w swoim skarbcu w Kaczogrodzie kolejne sztabki złota.źródło: ShutterStock

Jak świat światem, zawsze rządziły nim pieniądze. Ale jeszcze nigdy dotąd władza kapitału finansowego nie była równie niepodzielna co obecnie. A coraz więcej ekonomistów dowodzi, że tutaj szukać należy przyczyn utraconej równowagi systemu gospodarczego. Tutaj to znaczy w zjawisku finansjalizacji, którego skutki dopiero uczymy się dostrzegać

Jak większość zjawisk ekonomicznych, także i te, o których zaraz państwo usłyszycie, nie zaczęły się wczoraj. Przez długi czas ekonomia głównego nurtu nie potrafiła ich jednak należycie odczytać i zinterpretować. Myślano mniej więcej tak: Żyjemy w kapitalizmie. A w kapitalizmie najważniejszy jest przecież kapitał. A gdzie mamy do czynienia z kapitałem w czystszej postaci, jeżeli nie na rynkach finansowych? Stąd już zaś tylko krok do wniosku, że gdy kwitnie kapitał finansowy, to kwitnie i sam kapitalizm. I w ten właśnie sposób ekonomia głównego nurtu interpretowała to, co się działo w zachodnich gospodarkach w ostatnich trzech dekadach.

A działo się niemało. Najlepiej widać to na przykładzie Stanów Zjednoczonych. W latach 1980–2000 zyski amerykańskiego sektora finansowego wzrosły z 32 mld do prawie 200 mld w roku 2000. Czyli prawie siedem razy! W tym samym czasie udział zysków sektora finansowego w zyskach gospodarki urósł z 19 do 29 proc. Jeszcze w 1983 r. Citibank – największy wówczas bank USA – miał aktywa warte ok. 3,2 proc. amerykańskiego PKB. Dziś Bank of America to ok. 16 proc. dochodu narodowego USA, JP Morgan Chase waży jakieś 15 proc. A Citigroup 13 proc.

Spójrzmy na jeszcze jeden wskaźnik. Jeżeli poszerzyć finanse o blisko powiązane z nim sektory ubezpieczeń i nieruchomości, to wyłania się obraz jeszcze bardziej dojmujący. I tak w 1970 r. udział finansów, ubezpieczeń i nieruchomości wynosił jakieś 35 proc. tej części amerykańskiego PKB, którą wyrabia tzw. branża produkująca. A więc przemysł, rolnictwo, budownictwo i transport razem wzięte. Około 1990 r. ten wskaźnik doszedł do 50 proc. Dziś wynosi ok. 90 proc. Co oznacza tyle, że finanse w praktyce zastąpiły tradycyjną twardą produkcję w roli dmuchawy pompującej PKB. I choć przytoczone tu dane dotyczą tylko amerykańskiego serca współczesnego kapitalizmu, to tendencja jest widoczna w całym (bez wyjątku) rozwiniętym świecie.

Tymczasem ekonomia głównego nurtu przez lata zachowywała się, jakby finansjalizacja oznaczała zmianę kilku dość abstrakcyjnych i trzeciorzędnych procentowych wskaźników. Aż do kryzysu 2008 r. dominowało dość naiwne i zgodne z liberalną ortodoksją przekonanie, że nie ma się czego obawiać. Tłumaczono, że rozrost sektora finansowego to naturalny etap rozwoju gospodarek zachodnich. Które na naszych oczach przechodzą z XX-wiecznej fazy uprzemysłowienia do opartej na usługach ponowoczesności. Trzeba więc iść „z czasem, z postępem, z osiągnięciami”. Owszem, tu i ówdzie pojawiały się głosy krytyczne. Takie jak choćby Michaela Hudsona. Ten obdarzony dobrym piórem i niestroniący od publicystyki ekonomista postkeynesowski napisał w 1998 r. artykuł pod znamiennym tytułem „Financial Capitalism vs. Industrial Capitalism” (Kapitalizm finansowy kontra kapitalizm produkcyjny), w którym ostrzegał, że „nasza gospodarka ewoluuje w innym kierunku, niż większość ludzi sobie to wyobraża. Kapitalizm, w którym żyjemy, nie ma wiele wspólnego ani z tym, co opisują ekonomiści. Ani z analizą i obietnicami polityków którejkolwiek politycznej maści”. Winę za ten stan rzeczy ponosić miała właśnie finansjalizacja, która fundamentalnie zmieniła kapitalizm funkcjonujący przez większą część XIX i XX wieku. Bo fasada pozostała niby taka sama, ale do środka wstawiono całkiem nową i niewypróbowaną maszynerię. Która na dodatek wymknęła się spod czyjejkolwiek kontroli. Tylko że takie głosy lokowały się gdzieś na obrzeżach debaty ekonomicznej. Z dala od miejsc takich jak Davos, Wall Street czy waszyngtońska Dziewiętnasta Ulica (siedziba MFW). Dopiero ostatni kryzys sprawił, że krytyków finansjalizacji przestano uważać za wiecznie wczorajszych fantastów, którzy nie rozumieją zmian, jakie się wokół nich dokonują. I dziś nastał czas uważniejszego wsłuchiwania się w ich argumenty.


Pozostało jeszcze 78% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Kup licencję

Polecane

Komentarze (5)

  • StAAbrA(2015-03-29 19:19) Zgłoś naruszenie 10

    Korporacjonizm , feudalizm , mafijnizm , oligarchie , banksterzy i inna kryminalna swołocz - a nie kapitalizm , umówmy się .

    Odpowiedz
  • Michal(2015-03-30 02:40) Zgłoś naruszenie 11

    3/4 PKB przechodzi przez państwo a Pan nazywa to kapitalizmem. Mamy do czynienia z hybrydą socjalizmu z pewnymi elementami kapitalizmu.
    Czym te wielkie finansowe korporacje różnią się od państwowych molochów albo od źle zarządzanych państw?- niczym - i tu i tu nie ma właściciela, a zrządzają mierni urzędnicy drenujący cały system.

    Odpowiedz
  • Adam(2015-03-29 14:05) Zgłoś naruszenie 10

    Powiedzieć, ze kapitalizm jest zły nie jest trudno. Argumentów w bród. Powiedzieć, co w zamian - o, to jest sztuka. W ostatnich dniach w Moskwie obyło się Moskiewskie Forum Ekonomiczne. Na fali wadzenia się Rosji z Zachodem, ekonomiści rosyjscy postanowili powadzic się z ekonomią kapitalizmu. I zgadnijcie co odkrywają: planowanie, gospodarkę zamkniętą, narodowe kombinaty przemysłowe, itp itd. Prosta droga do komunizmu. Krzyż im na drogę

    Odpowiedz
  • Pozdrowienia(2015-03-28 16:56) Zgłoś naruszenie 00

    "...nasza gospodarka ewoluuje w innym kierunku, niż większość ludzi sobie to wyobraża. Kapitalizm, w którym żyjemy, nie ma wiele wspólnego ani z tym, co opisują ekonomiści. Ani z analizą i obietnicami polityków którejkolwiek politycznej maści”. (Michael Hudson)

    No to strzelił Pan gola do bramki św. inkwizycji starozakonnych (starej ekonomii).
    Wyrywają sobie "kłaki z głowy". Oj namieszał ten kryzys. Ale brawo za pionierską odwagę - "finansjalizacja". Stare paradygmaty mateczki ekonomiki trafia "szlag"
    Pobudka zagrana.

    Odpowiedz
  • janek(2015-03-28 22:19) Zgłoś naruszenie 00

    Wróg naszego wroga nie koniecznie jest naszym przyjacielem (np. Hitler i Stalin). Obaliliśmy komunizm, no i dobrze, ale z tego bynajmniej nie wynika, że kapitali9zm jest O.K., no... przynajmniej taki kapitalizm, jaki mamy u nas, kiedy to do milionów dochodzą przeróżni hochsztaplerzy, cwaniacy, kombinatorzy, kanciarze itp. Jakiś np. typ spod ciemnej gwiazdy, który kiedyś stał pod Pewexem, teraz jest czcigodnym biznesmenem, który komuś łaskawie może dać pracę i trzeba go może za to całować (nie napiszę w co, bo by mi moderator zablokował komentarz). Do mnie np. wydzwaniają organizatorzy tzw. „pokazów” przeważnie „wyrobów zdrowotnych”. Moja mama chodziła na te pokazy i zostawiła mi w spadku stertę do niczego nie potrzebnych rzeczy kupionych na „pokazach” i... nie spłacony kredyt, bo jak tylko poszła na „pokaz”, to tak nią zamanipulowali, że kupiła jakiegoś bubla za kilka tys. zł. zaciągając kolejny kredyt. Oj, chyba nie jeden pałac został wybudowany za pieniądze zarobione na tych pokazach, ale... ci, którzy tym kręcą nie są w przeciwieństwie do mnie, pracującego na etacie, "nieudacznikami", tylko doszli do wszystkiego „ciężką pracą”, no nie?...

    Odpowiedz

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Polecane